Wspomnienia Ucznia Jana Chrzciciela

– rozterki po przejściu do grona uczniów Jezusa


Zapiski Natanaela z Kany, rok 30 n.e.


Nisan, 14-ty dzień

Dziś mija dokładnie rok, odkąd opuściłem pustynię i Jana, by pójść za Jezusem z Nazaretu. Rok pełen zmian, wątpliwości, olśnień i pytań, na które wciąż szukam odpowiedzi. Postanowiłem spisać moje wspomnienia i myśli, by uporządkować to, co wydarzyło się w moim życiu od czasu, gdy usłyszałem słowa Jana: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata.”

Nazywam się Natanael ben Tolmai, pochodzę z Kany Galilejskiej. Byłem uczniem Jana Chrzciciela przez trzy lata, zanim spotkałem Jezusa. To, co przeżyłem przez ten rok, przewyższa wszystko, czego doświadczyłem wcześniej. A jednak czasem łapię się na tęsknocie za prostotą życia na pustyni, za bezkompromisowością Jana, za pewnością, która towarzyszyła nam w jego obecności.

Początki z Janem

Miałem dwadzieścia pięć lat, gdy po raz pierwszy usłyszałem o Janie. Wieści o proroku chrzczącym nad Jordanem dotarły do Kany, mojego rodzinnego miasta. Mówiono, że głosi nadejście Mesjasza, wzywa do pokuty i przygotowania drogi dla Pana. Byłem wtedy młodym człowiekiem pełnym ideałów, rozczarowanym skostniałą religijnością faryzeuszów i kolaboracją saduceuszów z rzymskimi okupantami. Słowa Jana brzmiały jak odpowiedź na moje najgłębsze pragnienia.

Pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy go zobaczyłem. Stał w wodach Jordanu, wysoki, ogorzały od słońca, z dziką brodą i włosami, odziany w wielbłądzią skórę przepasaną skórzanym pasem. Jego głos niósł się ponad tłumem: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie!” Nie przemawiał jak uczeni w Piśmie – w jego słowach nie było intelektualnych niuansów ani wyrafinowanych interpretacji Prawa. Była za to moc, która przenikała do głębi.

Gdy nadeszła moja kolej, by przyjąć chrzest, spojrzał mi prosto w oczy. Jego wzrok zdawał się przenikać wszystkie warstwy pozorów, którymi się otoczyłem. „Czy naprawdę jesteś gotów zmienić swoje życie?” – zapytał. Nie musiałem odpowiadać słowami. Kiwnąłem głową, a on zanurzył mnie w wodzie.

To był moment przełomowy. Gdy wynurzyłem się z wody, wiedziałem, że nie mogę wrócić do dawnego życia. Poprosiłem Jana, by pozwolił mi zostać jednym z jego uczniów. Ku mojemu zdziwieniu, zgodził się od razu, jakby czekał na to pytanie.

Przez następne trzy lata żyłem na pustyni, jedząc szarańczę i miód leśny, modląc się, poszcząc, studiując Pisma. Jan nauczył mnie, czym jest prawdziwa sprawiedliwość – nie powierzchowne przestrzeganie przepisów, ale głęboka wewnętrzna przemiana. Nauczył mnie też wytrwałości i odwagi, gdy stał przed Herodem Antypasem, nie bojąc się mówić prawdy o jego niemoralnym małżeństwie z żoną jego brata.

Byliśmy małą, oddaną grupą. Jan nie miał tylu uczniów, co niektórzy popularni rabini w Jerozolimie. Ale ci, którzy z nim zostali, byli gotowi podążać za nim wszędzie, nawet na śmierć. Wierzyliśmy, że przygotowujemy drogę dla Mesjasza, że jesteśmy częścią czegoś większego, co wkrótce odmieni losy Izraela.

A potem wszystko się zmieniło.

Spotkanie z Jezusem

To było nad brzegiem Jordanu, w Betanii za Jordanem. Tłum jak zwykle gromadził się, by słuchać Jana i przyjmować chrzest. Wśród przychodzących zobaczyłem młodego mężczyznę, niewiele starszego ode mnie. Nie wyróżniał się niczym szczególnym – nie był szczególnie wysoki ani silny, nie miał królewskich szat ani orszaku. Był po prostu jednym z wielu Galilejczyków, którzy przychodzili do Jana.

Ale gdy Jan Go zobaczył, stało się coś niezwykłego. Prorok, przed którym drżeli nawet faryzeusze, nagle zamilkł, a jego twarz wypełniło zdumienie zmieszane z czcią. „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” – powiedział. Nigdy wcześniej nie słyszałem, by Jan mówił tak do kogokolwiek.

Młody człowiek odpowiedział łagodnie: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe.” Jan ustąpił i ochrzcił Go jak innych. Ale gdy mężczyzna wychodził z wody, stało się coś, co wciąż trudno mi opisać. Niebo jakby się otworzyło, a na Niego zstąpiła gołębica. I usłyszeliśmy głos z nieba: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.”

Stałem zaledwie kilka kroków od tego wydarzenia, oszołomiony tym, co widziałem i słyszałem. Jan odwrócił się do mnie i kilku innych uczniów stojących najbliżej. Jego oczy płonęły, gdy powiedział: „O Nim mówiłem: Po mnie przyjdzie Ten, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie.”

Następnego dnia, gdy mężczyzna znów przechodził, Jan wskazał na Niego i powiedział: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata.” Dwóch uczniów Jana – Andrzej i Jan – natychmiast poszło za Nim. Wrócili wieczorem, ich twarze promieniały ekscytacją. „Znaleźliśmy Mesjasza!” – wołali.

Byłem zdezorientowany. Z jednej strony, widziałem znak z nieba, słyszałem świadectwo Jana. Z drugiej strony, jak ten prosty człowiek z Nazaretu mógł być Mesjaszem? Gdzie Jego armia? Gdzie królewskie insygnia? Gdzie moc, która złamie rzymskie jarzmo?

Rozdarcie

W ciągu następnych dni coraz więcej uczniów Jana zaczęło odchodzić, by przyłączyć się do Jezusa. Andrzej przyprowadził swojego brata Szymona. Filip, mój przyjaciel z dzieciństwa, również poszedł za Nim, a potem przyszedł do mnie, mówiąc: „Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu.”

„Czy z Nazaretu może być coś dobrego?” – zapytałem sceptycznie. Znałem to małe, nieistotne miasteczko. Żadne proroctwo nie wspominało, że Mesjasz miałby stamtąd pochodzić.

Filip nie argumentował. Powiedział tylko: „Chodź i zobacz.”

Poszedłem, wciąż pełen wątpliwości. Gdy Jezus mnie zobaczył, powiedział coś, co wstrząsnęło mną do głębi: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu.” Skąd mógł wiedzieć cokolwiek o mnie? Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.

„Skąd mnie znasz?” – zapytałem.

„Zanim Filip cię zawołał, widziałem cię, gdy byłeś pod drzewem figowym.”

To niemożliwe – pomyślałem. Byłem pod drzewem figowym tego ranka, modląc się w samotności, z dala od ludzkich oczu. Nikt nie mógł mnie widzieć… chyba że…

„Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!” – te słowa wyrwały się ze mnie, zanim zdążyłem je przemyśleć.

Uśmiechnął się łagodnie. „Czy wierzysz dlatego, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz rzeczy większe od tych.”

Tak zaczęła się moja droga z Jezusem. Ale nie była to prosta decyzja. Jan był w więzieniu, wtrącony tam przez Heroda za mówienie prawdy. Czułem się, jakbym go zdradził, opuszczając w najtrudniejszym momencie. Z drugiej strony, sam Jan wskazał na Jezusa. Sam powiedział: „On ma wzrastać, a ja się umniejszać.”

A jednak rozdartę serce krwawiło. Jan dał mi tak wiele. Nauczył mnie życia w prawdzie, przygotował na przyjście Pana. Jak mogłem go opuścić?

Wątpliwości

Przez pierwszy miesiąc podążania za Jezusem moje serce było pełne sprzecznych emocji. Z jednej strony, byłem świadkiem rzeczy niezwykłych. Na weselu w mojej rodzinnej Kanie, Jezus przemienił wodę w wino – nie byle jakie, ale lepsze niż to, co podawano na początku uczty. W Kafarnaum widziałem, jak uzdrawiał chorych jednym dotknięciem ręki, jak wyrzucał demony swoim słowem.

Z drugiej strony, Jego metody różniły się od wszystkiego, czego nauczył mnie Jan. Jan żył na pustyni, z dala od miast, jadł tylko to, co dała natura, nosił najprostsze odzienie. Jezus chodził na uczty z celnikami i grzesznikami, jadł i pił to, co Mu podawano, nie stronił od miast i wiosek.

Jan głosił surową pokutę, nawoływał do radykalnej zmiany. Jezus mówił o miłosiernym Ojcu, który wyczekuje powrotu marnotrawnego syna, o pasterzu szukającym zagubionej owcy.

Pamiętam, jak podczas jednej z uczt u domu celnika Mateusza, podszedł do mnie jeden z faryzeuszy i zapytał z przekąsem: „Dlaczego twój nowy nauczyciel je i pije z celnikami i grzesznikami? Czy to tak was uczył Jan Chrzciciel?”

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jezus, widząc moje zakłopotanie, sam odparł: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.”

Jego słowa miały sens, ale wciąż czułem dysonans. Jan wymagał od nas ascezy, dyscypliny, wyrzeczeń. Jezus pozwalał na więcej swobody. Uczniowie Jana często pościli, podobnie jak faryzeusze. Uczniowie Jezusa nie pościli, przynajmniej nie tak regularnie.

Gdy zapytałem Go o to pewnego razu, odpowiedział pytaniem: „Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? Nie mogą pościć, jak długo mają pana młodego ze sobą. Lecz przyjdą dni, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w owe dni, będą pościć.”

Jego słowa często były takie – głębokie, ale nie zawsze łatwe do zrozumienia. Mówił w przypowieściach, używał metafor i obrazów, które czasem rozumiałem dopiero po wielu dniach refleksji.

Wiadomość z więzienia

Kilka miesięcy po tym, jak dołączyłem do uczniów Jezusa, dotarła do nas wiadomość, że Jan przysłał dwóch swoich uczniów z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”

Ta wiadomość wstrząsnęła mną do głębi. Jan, który tak pewnie wskazał na Jezusa jako na Baranka Bożego, teraz sam miał wątpliwości? Ten, który widział Ducha zstępującego jak gołębica, który słyszał głos z nieba? Jeśli nawet on wątpił, jak ja mogłem być pewny?

Pamiętam, że tej nocy nie mogłem spać. Wyślizgnąłem się z gospody, gdzie nocowaliśmy, i poszedłem nad jezioro. Siedziałem tam, wpatrując się w wodę rozświetloną księżycem, zadając sobie pytanie: Czy dokonałem właściwego wyboru?

Następnego dnia Jezus odpowiedział posłańcom Jana: „Idźcie i donieście Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi.”

Po ich odejściu Jezus zwrócił się do tłumu i zaczął mówić o Janie. Z Jego słów biła głęboka cześć i szacunek. Nazwał go kimś więcej niż prorokiem, największym z narodzonych z niewiast. Ale dodał też coś, co mnie zaskoczyło: „Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on.”

Później, gdy byliśmy sami, podszedłem do Jezusa i zapytałem: „Rabbi, jeśli Jan jest największym z proroków, dlaczego najmniejsi w królestwie niebieskim są więksi od niego?”

Spojrzał na mnie z tym szczególnym uśmiechem, który pojawiał się na Jego twarzy, gdy zadawaliśmy pytania zbliżające nas do prawdy. „Natanaelu, Jan przygotował drogę. Wskazał na królestwo. Ale wy wchodzicie do tego królestwa. To tak, jakby ktoś stał u bram pałacu, zapowiadając przybycie króla, a wy zostaliście zaproszeni do środka, by zasiąść przy stole królewskim.”

Te słowa dały mi dużo do myślenia. Czy rzeczywiście byliśmy świadkami czegoś większego niż służba Jana? Czy królestwo niebieskie już się zaczęło, tu i teraz, w naszej obecności?

Śmierć Jana

Wiadomość o ścięciu Jana dotarła do nas, gdy byliśmy w Galilei. Jezus właśnie wysłał nas, dwunastu, by głosić nadejście królestwa, uzdrawiać chorych i wyrzucać demony. Pamiętam, jak wróciłem, pełen entuzjazmu po tym, jak widziałem, że nawet demony są nam poddane w Jego imię.

A wtedy Andrzej powiedział: „Jan nie żyje. Herod ściął go na prośbę córki Herodiady.”

Świat jakby się zatrzymał. Mój pierwszy nauczyciel, człowiek, który wprowadził mnie na drogę prawdy, teraz nie żył. I to w taki sposób – ścięty jako prezent urodzinowy dla dziewczyny, której matka go nienawidziła.

Gdy odnalazłem Jezusa, zobaczyłem w Jego oczach głęboki smutek. „Odejdźmy na miejsce pustynne i odpocznijmy nieco” – powiedział. Wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy na odludne miejsce.

Podczas tej podróży milczałem, pogrążony w żałobie. Ale w pewnym momencie Jezus usiadł obok mnie. „Jana już nie ma z nami, ale jego dzieło trwa” – powiedział cicho. „On był lampą, która płonie i świeci. Wy teraz niesiecie to światło dalej.”

„Dlaczego musiał umrzeć?” – zapytałem. „Czy nie mogłeś go ocalić? Jesteś Mesjaszem, masz moc nad chorobami i demonami. Mogłeś uwolnić go z więzienia.”

Nie odpowiedział od razu. Patrzyłem, jak wiatr muska Jego włosy, jak woda rozbija się o burtę łodzi. W końcu powiedział: „Natanaelu, królestwo, które przyszedłem ustanowić, nie jest z tego świata. Nie przyszedłem, by obalić Heroda czy cesarza. Przyszedłem, by wyzwolić z niewoli grzechu i śmierci. Jan rozumiał to lepiej niż wielu. Dlatego mógł powiedzieć: On ma wzrastać, a ja się umniejszać.”

„Ale jak to wszystko ma sens?” – naciskałem. „Jak śmierć sprawiedliwego może pasować do planu Bożego?”

„Ziarno pszenicy musi obumrzeć, by wydać plon” – odpowiedział zagadkowo. Nie wiedziałem wtedy, że za kilka miesięcy te słowa nabiorą jeszcze głębszego znaczenia.

Konfrontacja z faryzeuszami

Od początku mojej drogi z Jezusem zauważyłem, że wielu faryzeuszów odnosiło się do Niego z wrogością. Ale po śmierci Jana ich ataki stały się bardziej bezpośrednie i zacięte. Jakby śmierć proroka nad Jordanem dodała im odwagi.

Pewnego dnia, gdy byliśmy w synagodze, jeden z nich otwarcie zakwestionował Jego autorytet: „Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę?”

To pytanie dotknęło sedna moich własnych rozterek. Jan otrzymał swoje powołanie bezpośrednio od Boga, co potwierdzał swoim prorockim stylem życia, nawiązującym do Eliasza. Ale Jezus? Nie chodził do szkół rabinicznych, nie miał formalnego namaszczenia, nie nosił prorockich szat.

Ku mojemu zaskoczeniu, Jezus nie odpowiedział wprost. Zadał kontrpytanie: „Chrzest Janowy skąd pochodził: z nieba czy od ludzi?”

Patrzyłem, jak faryzeusze wpadli we własną pułapkę. Jeśli powiedzą „z nieba”, Jezus zapyta, dlaczego nie uwierzyli Janowi. Jeśli powiedzą „od ludzi”, lud się oburzy, bo wszyscy uważali Jana za proroka.

„Nie wiemy” – odpowiedzieli w końcu.

„To i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię” – odparł Jezus.

Ta wymiana zdań pokazała mi coś ważnego. Jezus i Jan, choć różnili się stylem, mieli wspólne źródło autorytetu – Boga. Jeśli uznawało się posłannictwo Jana, trzeba było uznać i posłannictwo Jezusa, bo Jan sam wskazał na Niego.

Później tego dnia Jezus opowiedział przypowieść o dwóch synach. Jeden powiedział ojcu, że pójdzie pracować w winnicy, ale nie poszedł. Drugi odmówił, ale potem zmienił zdanie i poszedł. „Który z nich spełnił wolę ojca?” – zapytał Jezus.

„Ten drugi” – odpowiedzieli.

„Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, a potem nawet nie okazaliście skruchy, żeby mu uwierzyć.”

Te słowa otworzyły mi oczy. Zrozumiałem, że Jezus kontynuuje dzieło Jana, choć w inny sposób. Jan przygotował drogę, wzywając do pokuty. Jezus idzie tą drogą, oferując przebaczenie i odnowę. To nie są sprzeczne misje, ale uzupełniające się części tego samego Bożego planu.

Nauka od obu Mistrzów

Gdy teraz, rok po dołączeniu do Jezusa, patrzę wstecz, widzę, jak wiele zawdzięczam obu moim nauczycielom. Od Jana nauczyłem się rozpoznawania prawdy, nawet gdy jest niewygodna. Nauczyłem się, że nasza wiara musi przekładać się na konkretne czyny, że nie wystarczy mówić „Panie, Panie”, ale trzeba wypełniać wolę Bożą.

Od Jezusa uczę się, że miłosierdzie i sprawiedliwość mogą iść w parze. Że Bóg jest nie tylko surowym sędzią, ale przede wszystkim kochającym Ojcem. Że królestwo niebieskie nie jest tylko odległą obietnicą, ale rzeczywistością, która zaczyna się tu i teraz, w sercach tych, którzy uwierzyli.

Jan przygotował grunt pod radykalną zmianę. Jezus dokonuje tej zmiany, ale nie w sposób, jakiego oczekiwaliśmy. Nie polityczna rewolucja, nie religijna reforma, ale całkowite przeorientowanie w relacji z Bogiem i ludźmi.

Czasem wciąż tęsknię za jasnością i prostotą Jana, za jego bezkompromisowym „tak, tak – nie, nie”. Życie z Jezusem jest bardziej skomplikowane. Jego przypowieści wymagają refleksji, Jego działania często zaskakują, Jego słowa czasem trudno od razu zrozumieć.

Ale coraz częściej dostrzegam w tej złożoności głębszą prawdę. Świat nie jest czarno-biały. Ludzie nie dzielą się prosto na dobrych i złych. W każdym z nas jest zarówno światło, jak i ciemność. Jezus zdaje się to rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny.

Jan pokazał mi idealny standard, do którego powinienem dążyć. Jezus pokazuje mi, jak do niego dążyć z miłością i zrozumieniem dla ludzkiej słabości – nie tylko innych, ale i mojej własnej.

Patrząc w przyszłość

Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Jezus coraz częściej mówi o tym, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie. Mówi o swojej śmierci, ale też o zmartwychwstaniu trzeciego dnia.

Te słowa mnie niepokoją. Jan został zabity przez władcę, którego skrytykował. Czy Jezusa czeka podobny los z rąk religijnych przywódców, których tak często konfrontuje? I co oznacza to zmartwychwstanie, o którym wspomina?

Piotr raz próbował odwieść Go od tych myśli, ale Jezus zganił go surowo: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie.”

Coraz lepiej rozumiem, że droga, na którą wstąpiłem, nie będzie łatwa. Że bycie uczniem najpierw Jana, a teraz Jezusa, oznacza gotowość na niezrozumienie, odrzucenie, może nawet prześladowanie.

Ale po wszystkim, co widziałem i słyszałem, nie wyobrażam sobie innej drogi. Jan wskazał mi kierunek. Jezus prowadzi mnie dalej. Jedno uzupełnia drugie, jak dwa rozdziały tej samej księgi.

Jeśli przyszłość przyniesie cierpienie, jestem gotów je przyjąć. Jeśli przyniesie radość, przyjmę ją z wdzięcznością. Najważniejsze, że znalazłem prawdę – albo raczej, że prawda znalazła mnie. A jak powiedział Jezus: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.”

Dziś, na moje wspomnienie roku drogi z Jezusem, chcę podziękować Bogu zarówno za Jana, który wskazał mi drogę, jak i za Jezusa, który jest tą drogą. Bez pierwszego nie poznałbym drugiego. Bez drugiego nauki pierwszego pozostałyby niekompletne.

Ziarno, które zasiał Jan, teraz rośnie i wydaje plon pod opieką Jezusa. A ja mam przywilej być częścią tego procesu, tego wspaniałego Bożego planu, który rozwijał się na moich oczach.

„On ma wzrastać, a ja się umniejszać” – powiedział Jan. Teraz rozumiem, że nie chodziło tylko o relację między nim a Jezusem. Chodzi o każdego z nas. Im bardziej Jezus rośnie w naszych sercach, tym mniej miejsca zajmuje nasze własne „ja” – nasze ambicje, nasze lęki, nasze wyobrażenia o tym, jak wszystko powinno wyglądać.

I tak, gdy patrzę wstecz na moją drogę od ucznia Jana do ucznia Jezusa, widzę, że nie było to porzucenie jednego dla drugiego. Było to raczej przejście od przygotowania do wypełnienia, od obietnicy do realizacji, od proroctwa do jego spełnienia.

A ja jestem wdzięczny, że mogłem być świadkiem obu.


Spisano w Kafarnaum, roku 30 po narodzeniu Pańskim


Dodatek:

Rok 33, po zmartwychwstaniu

Minęły trzy lata od mojego ostatniego zapisu. Trzy lata, które zmieniły wszystko. Nie podejmuję się teraz opisać wszystkiego, co wydarzyło się w tym czasie – potrzebowałbym wielu zwojów i wielu dni.

Ale muszę dodać te słowa, by moje świadectwo było pełne. Jezus rzeczywiście poszedł do Jerozolimy. Rzeczywiście cierpiał z rąk starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie. I rzeczywiście został zabity – nie przez ścięcie jak Jan, ale przez ukrzyżowanie, śmierć haniebną i bolesną.

Przez trzy dni nasz świat się zawalił. Myśleliśmy, że to koniec. Że wszystko, w co wierzyliśmy, okazało się złudzeniem.

A potem, trzeciego dnia, grób był pusty. A On ukazał się nam, żywy. Jadł z nami, rozmawiał, pozwalał się dotykać. Przez czterdzieści dni był z nami, zanim wstąpił do nieba, obiecując, że wróci.

Teraz już w pełni rozumiem słowa Jana: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata.” Jan wiedział. Od początku wiedział, jaka będzie droga Jezusa. Wiedział, że Mesjasz będzie cierpiącym sługą, zanim stanie się triumfującym królem.

Jan przygotował drogę nie tylko dla pierwszego przyjścia Jezusa, ale i dla naszego zrozumienia Jego misji. Bez surowej prawdy Jana, bez jego bezkompromisowego wezwania do pokuty, nie bylibyśmy gotowi na radykalną miłość Jezusa, na Jego ofiarę, na Jego zwycięstwo nad śmiercią.

Dziś jestem apostołem Chrystusa zmartwychwstałego. Niosę dalej świadectwo o Nim, tak jak kiedyś uczniowie Jana nieśli świadectwo o nadchodzącym Mesjaszu. Ale teraz świadczymy nie o tym, co ma nadejść, lecz o tym, co już się wydarzyło, co widzieliśmy na własne oczy i czego dotykały nasze ręce.

Kiedy teraz, z perspektywy czasu, wspominam moje rozterki związane z przejściem od nauk Jana do nauk Jezusa, widzę, jak niepotrzebnie się martwiłem. To nie była kwestia wyboru między dwoma nauczycielami czy dwoma systemami wierzeń. To była naturalna progresja od przygotowania do wypełnienia, od proroctwa do jego realizacji.

Jan i Jezus – jakże różni, a przecież tak samo skupieni na jednym celu: przybliżeniu ludzi do Boga. Jan poprzez surowość i wezwanie do pokuty, Jezus poprzez miłosierdzie i ofiarę. Jeden jak surowy głos na pustkowiu, drugi jak ciepły głos przyjaciela przy wspólnym stole. A jednak obaj mówili tę samą prawdę, tylko na różne sposoby, odpowiednie do ich misji.

Refleksje nad moją drogą wiary

Często myślę o tym, jak moja droga wiary ukształtowała się dzięki wpływowi obu tych niezwykłych nauczycieli. Od Jana nauczyłem się bezkompromisowości w sprawach zasad, niezłomności wobec presji świata, gotowości do poświęceń. Od Jezusa nauczyłem się, że prawdziwa siła leży w miłości, że największa moc objawia się w przebaczeniu, że królestwo Boże to nie tyle miejsce, co stan serca.

Jan zasiał we mnie ziarno, które Jezus pielęgnował i doprowadził do rozkwitu. Jan oczyścił pole, Jezus zasiał nowy plon. Jan pokazał mi, co jest złe w moim życiu i w świecie, Jezus pokazał, jak to naprawić.

I choć przez pewien czas czułem się rozdarty między lojalnością wobec mojego pierwszego nauczyciela a powołaniem do pójścia za Tym, którego Jan nam wskazał, teraz widzę, że to było fałszywe rozdarcie. Prawdziwa lojalność wobec Jana wymagała pójścia za Jezusem. Sam Jan o tym wiedział i tego chciał.

Losy innych uczniów Jana

Nie tylko ja przeszedłem tę drogę. Wielu uczniów Jana ostatecznie dołączyło do Jezusa, choć każdy w swoim czasie i na swój sposób. Andrzej i Jan byli pierwszymi, którzy poszli za Nim, już następnego dnia po tym, jak Jan nazwał Go Barankiem Bożym. Inni, jak ja, potrzebowali więcej czasu, by zrozumieć i zaakceptować tę zmianę.

Byli jednak i tacy, którzy pozostali wierni tylko Janowi, nawet po jego śmierci. Spotykam ich czasem w moich podróżach – w Efezie, w Aleksandrii, nawet w dalekim Rzymie. Wciąż praktykują chrzest Janowy, wciąż czekają na Mesjasza, którego Jan zapowiadał. Gdy próbuję im opowiedzieć o Jezusie, o Jego zmartwychwstaniu, niektórzy słuchają z zainteresowaniem, inni z podejrzliwością. Ci, którzy są otwarci, często dołączają do nas po wysłuchaniu pełnej Ewangelii. Inni pozostają przy swoich przekonaniach.

Nie osądzam ich surowo. Rozumiem ich przywiązanie do Jana – sam go doświadczyłem. Jan był potężnym prorokiem, ostatnim z długiego szeregu mężów Bożych prowadzących Izraela. Był jak Eliasz powracający, by przygotować drogę. Jego charyzma, jego bezkompromisowość, jego oddanie prawdzie – wszystko to czyniło go kimś wyjątkowym, kimś, za kim warto było pójść nawet na pustynię, nawet ryzykując gniew władców.

Ale Jan, przy całej swojej wielkości, wskazywał poza siebie. „Ja chrzczę was wodą, ale idzie mocniejszy ode mnie… On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem”. To była istota jego misji – nie gromadzić uczniów wokół siebie, ale kierować ich ku Temu, który miał nadejść.

Ostatnie refleksje

Teraz, gdy głoszę Ewangelię w dalekich krajach, często myślę o dwóch mężczyznach, którzy ukształtowali moje życie. O Janie, który nauczył mnie szukać prawdy za wszelką cenę, i o Jezusie, który pokazał mi, że tą prawdą jest On sam.

Czasem, w trudnych chwilach, gdy napotykam opór lub prześladowanie, przypominam sobie surowość Jana, jego odwagę w obliczu zagrożenia. Innym razem, gdy rozmawiam z celnikami i prostytutkami, gdy dotykam trędowatych i wyklętych, odnajduję w sobie współczucie Jezusa, Jego zdolność do dostrzegania wartości w tych, których społeczeństwo odrzuciło.

To są dwa oblicza tej samej wiary – sprawiedliwość i miłosierdzie, prawda i łaska. I w tym sensie wciąż czerpię od obu moich nauczycieli, choć jeden odszedł przez miecz Heroda, a drugi wstąpił do nieba po zwycięstwie nad śmiercią.

Gdyby Jan żył dłużej, jestem pewien, że byłby jednym z najgorliwszych apostołów Jezusa. Ale być może jego wczesna śmierć także była częścią planu – pokazała nam, że królestwo, które nadchodzi, nie jest z tego świata. Że zwycięstwo, które Mesjasz przynosi, nie jest zwycięstwem politycznym czy militarnym, ale duchowym.

I tak, gdy wspominam moją drogę od pustyni Jana do dróg, którymi chodziliśmy z Jezusem, od wód Jordanu do pustego grobu w Jerozolimie, widzę, że to była jedna podróż, jedna historia – historia o tym, jak Bóg przyszedł do swojego ludu, jak wypełnił swoje obietnice, jak objawił swoją miłość w sposób, którego nikt się nie spodziewał.

A ja, Natanael ben Tolmai, miałem przywilej być świadkiem tego wszystkiego. I teraz, gdy niosę tę wieść dalej, robię to z wdzięcznością zarówno dla Jana, który pokazał mi drogę, jak i dla Jezusa, który jest tą drogą, prawdą i życiem.

Spisano w Efezie, roku 33 po narodzeniu Pańskim, ku pamięci i świadectwu dla przyszłych pokoleń.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *