– relacja świadka pierwszego cudu
Dzień wspomnienia wesela, rok 28
Dziś mija dokładnie dwa lata od tamtego dnia, który zmienił moje życie. Postanowiłem spisać wszystko, co pamiętam, by przekazać to dzieciom i wnukom. By wiedzieli, że byłem świadkiem czegoś niezwykłego. Czegoś, o czym teraz mówi cała Galilea i Judea. Czegoś, co było początkiem.
Nazywam się Efraim, syn Jakuba. Jestem sługą w domu Natana z Kany Galilejskiej. Przez dwadzieścia lat zajmowałem się jego winnicami, a teraz, gdy moje plecy nie są już tak silne, zostałem przydzielony do prac domowych. To nie jest życie, o jakim marzyłem jako młodzieniec, ale Pan Natan jest dobrym gospodarzem, lepszym niż wielu innych w okolicy.
Dwa lata temu córka Pana Natana, Rebeka, wychodziła za mąż za Józefa, syna kupca z Sefforis. Przygotowania trwały tygodniami. Dom został wyczyszczony od podłogi po dach, zapasy żywności zgromadzone, świąteczne szaty przygotowane. My, słudzy, pracowaliśmy od świtu do nocy. Rebeka była ukochaną córką Pana Natana, jego jedynaczką, więc wesele miało być wyjątkowe.
Zaproszeni zostali wszyscy krewni i przyjaciele, nawet ci dalecy, mieszkający w Nazarecie czy Kafarnaum. Wśród gości miała być Maria, krewna żony Pana Natana, wraz z synem i kilkoma jego przyjaciółmi. Słyszeliśmy już wcześniej o Jeszui z Nazaretu. Podobno był cieślą, jak jego ojciec, ale porzucił to rzemiosło i zaczął nauczać. Niektórzy nazywali go rabbim, choć nie studiował w żadnej z wielkich szkół.
Dzień pierwszy wesela
Uroczystości weselne rozpoczęły się o zmierzchu. Pan młody przybył ze swoimi drużbami, by odebrać pannę młodą. Pochód z pochodniami, muzyką i śpiewem przeszedł przez całą wioskę. My, słudzy, czekaliśmy w domu, przygotowując ucztę.
Wśród gości zauważyłem kobietę w średnim wieku, o łagodnej twarzy i mądrych oczach. To musiała być Maria z Nazaretu. Obok niej stał wysoki mężczyzna, około trzydziestoletni, wyglądający… zwyczajnie. Niczym nie wyróżniał się spośród innych gości, może poza spokojem, który zdawał się od niego emanować. Z nimi było kilku młodszych mężczyzn – prostych ludzi, głównie rybaków, jak się później dowiedziałem.
Uczta rozpoczęła się zgodnie z tradycją. Młoda para zajęła honorowe miejsce, rodzice błogosławili ich, goście składali życzenia. Jedzenia było pod dostatkiem – pieczone jagnię, ryby, świeży chleb, owoce. I wino, oczywiście. Dobre wino z winnic Pana Natana, którego doglądałem przez lata. Nalałem pierwszy kielich dla pana młodego, potem dla innych gości.
Maria z Nazaretu siedziała niedaleko miejsca, gdzie stałem z dzbanem. Zauważyłem, że jej syn nie pił dużo, choć jego towarzysze nie stronili od wina. Obserwował wszystko spokojnie, z lekkim uśmiechem. Kilka razy złapałem jego spojrzenie – przenikliwe, jakby widział więcej niż inni.
Dzień drugi wesela
Drugi dzień uroczystości. Według zwyczaju, wesele może trwać nawet tydzień, zwłaszcza w zamożnych domach. Goście nadal przybywali, składając podarunki i życzenia. Muzyka i tańce nie ustawały.
Około południa Eliasz, starszy sługa odpowiedzialny za piwnicę, podszedł do mnie z zaniepokojoną miną.
„Efraim,” szepnął, „mamy problem. Wino się kończy.”
To była katastrofa. Skończenie wina w połowie wesela byłoby ogromnym wstydem dla Pana Natana i młodej pary. Oznaczałoby, że gospodarz nie przewidział potrzeb gości, nie przygotował wystarczających zapasów – a to najgorszy błąd, jaki można popełnić jako gospodarz w naszej kulturze.
„Jak to możliwe?” spytałem. „Przygotowaliśmy dwanaście dzbanów najlepszego wina!”
„Gości jest więcej, niż przewidywaliśmy,” odpowiedział Eliasz. „I niektórzy piją… hojnie.”
Spojrzał znacząco w kierunku stołu, gdzie siedzieli przyjaciele Jeszui z Nazaretu. Jeden z nich, rudowłosy mężczyzna o donośnym głosie, właśnie opowiadał jakąś historię, wywołując salwy śmiechu. Jego kielich był opróżniany i napełniany niepokojąco często.
„Co robimy?” zapytałem.
„Już powiedziałem starszemu słudze,” odparł Eliasz. „On przekaże wieści Panu Natanowi. Może wyśle kogoś do Sefforis po więcej wina.”
Ale obaj wiedzieliśmy, że to mało prawdopodobne. Droga do Sefforis i z powrotem zajęłaby zbyt dużo czasu. Zanim posłaniec wróciłby z winem, goście już zauważyliby jego brak. Wstyd byłby nieunikniony.
Kontynuowałem nalewanie wina, oszczędzając każdą kroplę. Właśnie wróciłem od kuchni z opróżnionym dzbanem, gdy zauważyłem, że Maria z Nazaretu nachyla się do swojego syna i szepcze mu coś do ucha. Skąd wiedziała o naszym problemie? Może usłyszała rozmowę sług albo zauważyła niepokój na naszych twarzach.
Jeszua wydawał się niechętny. Pokręcił głową, mówiąc cicho: „Czego chcesz ode mnie, niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”
Te słowa mogłyby brzmieć szorstko, ale w jego głosie nie było gniewu, raczej… zaduma. Jakby rozważał coś ważnego.
Maria nie nalegała. Zamiast tego podeszła do mnie i kilku innych sług stojących w pobliżu.
„Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie,” powiedziała spokojnie, ale stanowczo. Jej pewność była uderzająca.
Po chwili Jeszua wstał od stołu i podszedł do nas. Spojrzał na mnie tymi swoimi przenikliwymi oczami.
„Gdzie trzymacie wodę do rytualnych obmyć?” zapytał.
Wskazałem na sześć dużych kamiennych stągwi stojących pod ścianą. Każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary wody – używaliśmy ich, by goście mogli obmyć ręce przed posiłkiem, zgodnie z naszymi zwyczajami.
„Napełnijcie stągwie wodą,” polecił Jeszua.
Spojrzeliśmy po sobie zdumieni. Po co napełniać stągwie, gdy problem dotyczy wina? Ale Maria powiedziała, byśmy robili wszystko, co nam powie. I było coś w jego głosie – spokojny autorytet, który nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Zabraliśmy się więc do pracy. Ja, Eliasz i czterech innych sług. Nosiliśmy wodę ze studni na dziedzińcu i wlewaliśmy ją do kamiennych naczyń. To nie było łatwe zadanie – stągwie były ogromne, a droga do studni daleka. Pot spływał mi po plecach, mimo chłodnego wieczoru.
Gdy napełniliśmy wszystkie sześć stągwi po brzegi, Jeszua podszedł i spojrzał na naszą pracę. Skinął głową z aprobatą.
„Zaczerpnijcie teraz,” powiedział, „i zanieście staroście weselnemu.”
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Starosta weselny – przyjaciel rodziny odpowiedzialny za przebieg uroczystości – miał spróbować wody? Przecież oczekiwał wina!
Ale twarz Jeszui nie wyrażała żartów. Stał spokojnie, czekając, aż wykonamy jego polecenie.
Z wahaniem zanurzyłem czerpak w jednej ze stągwi. Ku mojemu zdumieniu, płyn, który się w nią wlał, nie był przejrzysty jak woda. Miał głęboki, rubinowy kolor wina. Uniosłem czerpak do nosa – zapach był intensywny, bogaty, znacznie lepszy niż zapach wina, które podawaliśmy wcześniej.
Spojrzałem na Jeszuę, oszołomiony. Uśmiechnął się lekko i skinął głową, bym kontynuował.
Drżącymi rękami nalałem płyn do dzbana i zaniosłem go staroście weselnemu. Ten, niczego nieświadomy, wziął spory łyk. Jego brwi uniosły się w zdumieniu. Przywołał do siebie pana młodego.
„Każdy człowiek,” powiedział donośnie, „stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory!”
Pan młody wyglądał na równie zdziwionego jak starosta. Spojrzał pytająco na Pana Natana, który wzruszył ramionami, równie zdumiony.
Tylko my, słudzy, wiedzieliśmy, co się stało. I Maria, oczywiście. Siedziała cicho, z delikatnym uśmiechem na ustach, obserwując, jak jej syn wraca na swoje miejsce przy stole, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło.
Wieczór po cudzie
Uczta trwała dalej, teraz z obfitością najlepszego wina, jakie ktokolwiek z nas kiedykolwiek próbował. Goście byli zachwyceni, choć nie wiedzieli o cudzie. Myśleli, że Pan Natan trzymał najlepszy trunek na później, wbrew zwyczajowi.
My, słudzy, byliśmy w szoku. Sześć stągwi, każda mieszcząca około stu litrów – to ponad sześćset litrów najwyborniejszego wina! Wino, które jeszcze przed chwilą było zwykłą wodą ze studni. Wino stworzone przez słowo i wolę człowieka z Nazaretu.
Pod koniec wieczoru, gdy większość gości już odpoczywała lub tańczyła, znalazłem chwilę, by porozmawiać z Eliaszem i innymi sługami, którzy byli świadkami cudu.
„Co o tym myślicie?” zapytałem cicho.
„To jest… niemożliwe,” wyszeptał Eliasz. „A jednak… widziałem to na własne oczy. Wlewałem wodę, a wylałem wino.”
„Kim on jest?” zapytał młody sługa imieniem Joel. „Zwykły człowiek nie może zmieniać wody w wino.”
„Słyszałem o nim,” odezwał się Abraham, najstarszy z nas. „Ludzie w Nazarecie mówią, że jego narodzinom towarzyszyły dziwne wydarzenia. Gwiazda, anioły, mędrcy ze Wschodu…”
„To były tylko plotki,” przerwał mu Eliasz. „Przynajmniej tak myślałem do dzisiaj.”
„Uczniowie nazywają go rabbim,” powiedziałem. „Ale jaki rabbi ma taką moc? Nawet Eliasz i Elizeusz, najwięksi z proroków, nie czynili takich rzeczy.”
„Chyba że…” Abraham nie dokończył, ale wszyscy wiedzieliśmy, co chciał powiedzieć. Chyba że jest kimś większym niż prorok.
Wtem usłyszeliśmy kroki. To był jeden z uczniów Jeszui – młody człowiek o łagodnych rysach twarzy. Przedstawił się jako Jan.
„Widzieliście, prawda?” zapytał cicho. „Widzieliście, co zrobił.”
Pokiwaliśmy głowami w milczeniu.
„To pierwszy z jego znaków,” powiedział Jan. „Pierwszy, ale nie ostatni. On objawił swoją chwałę, a my uwierzyliśmy w niego.”
„Kim on jest?” odważyłem się zapytać. „Kim naprawdę jest twój nauczyciel?”
Jan spojrzał na mnie intensywnie. „Na początku było Słowo,” powiedział. „A Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Wszystko przez Nie się stało… A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas.”
Nie zrozumiałem wtedy tych słów. Wydawały się zagadkowe, niemal poetyckie. Dopiero później, znacznie później, ich sens stał się dla mnie jasny.
Rok później
Minął rok od wesela w Kanie. Ślad po winie z wody dawno zniknął – wypite do ostatniej kropli przez zachwyconych gości. Ale pamięć o tym, co widziałem, pozostała we mnie żywa.
Wieści o Jeszui z Nazaretu docierały do Kany regularnie. Opowiadano, że uzdrawia chorych, wypędza demony, nawet wskrzesza zmarłych. Mówiono, że naucza z niezwykłą mocą, nie jak uczeni w Piśmie.
Któregoś dnia na rynku w Kanie spotkałem Natanaela, jednego z uczniów Jeszui. Pochodził z naszej wioski, ale od czasu wesela rzadko tu bywał, podróżując z nauczycielem.
„Jak on się ma?” zapytałem. „Twój rabbi?”
Natanael uśmiechnął się. „Czy wiesz, że to właśnie tutaj, w Kanie, zostałem jego uczniem? Mój przyjaciel Filip przyprowadził mnie do niego. Byłem sceptyczny – cóż dobrego może być z Nazaretu? Ale gdy Jeszua powiedział mi rzeczy, których nie mógł wiedzieć, gdy opisał mnie, jakby znał mnie od zawsze… uwierzyłem.”
„A teraz?” dopytywałem. „Po wszystkim, co widziałeś?”
„Teraz wiem, że on jest Synem Bożym, obiecanym Mesjaszem,” odpowiedział Natanael z przekonaniem. „Wino na weselu było tylko początkiem. Widziałem, jak rozmnożył chleb dla pięciu tysięcy ludzi. Widziałem, jak chodził po wodzie podczas burzy. Widziałem, jak uzdrawiał trędowatych jednym dotknięciem.”
Zamyśliłem się. „A jednak wciąż są tacy, którzy w niego nie wierzą.”
„Bo szukają innego rodzaju Mesjasza,” westchnął Natanael. „Oczekują wojownika, który wypędzi Rzymian. Króla, który przywróci chwałę Izraela. Ale jego królestwo nie jest z tego świata.”
„Co to znaczy?”
„To znaczy…” Natanael szukał odpowiednich słów. „To znaczy, że przyszedł, by uwolnić nas od czegoś znacznie gorszego niż rzymska okupacja. Od niewoli grzechu, od śmierci, od oddzielenia od Boga.”
Te słowa wydały mi się wtedy dziwne. Jak ktokolwiek mógłby uwolnić nas od śmierci? To przecież naturalny porządek rzeczy – wszyscy umieramy, nawet najwięksi prorocy. Wszyscy, z wyjątkiem Eliasza, który został wzięty do nieba w ognistym rydwanie – ale to był wyjątek potwierdzający regułę.
Dwa lata później
Dlatego dziś, w drugą rocznicę wesela, siadam, by spisać to wszystko. Bo wieści, które nadeszły z Jerozolimy, są zbyt ważne, by je przemilczeć. Zbyt niewiarygodne, by je zapomnieć.
Jeszua z Nazaretu, nauczyciel, który zamienił wodę w wino, został ukrzyżowany w Jerozolimie podczas święta Paschy. Skazany przez Piłata na żądanie arcykapłanów i tłumu. Ukrzyżowany jak pospolity przestępca, mimo że nawet rzymski namiestnik nie znalazł w nim winy.
Ale to nie koniec historii. Trzy dni po jego śmierci grób znaleziono pusty. Kobiety, które poszły namaścić jego ciało, twierdziły, że spotkały anioła, który powiedział im, że Jeszua zmartwychwstał. A potem jego uczniowie – ci sami, których gościliśmy na weselu – zaczęli głosić, że widzieli go żywego. Że jedli z nim, dotykali jego ran, otrzymali od niego ostatnie nauki, zanim wstąpił do nieba na ich oczach.
Szaleństwo? Tak myślałem, dopóki nie przypomniałem sobie wina. Wina, które kiedyś było wodą. Jeśli potrafił to zrobić – zmienić istotę jednej rzeczy w inną – czy mógłby zmienić również śmierć w życie?
„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo.” Tak powiedział Jan tamtego wieczoru. Teraz zaczynam rozumieć te słowa. Jeśli Jeszua był tym Słowem, które stało się ciałem… jeśli był Bogiem, który przyjął ludzką postać…
Wtedy wszystko nabiera sensu. Pierwszy cud w Kanie nie był przypadkiem ani sztuczką. Był początkiem objawienia, kim naprawdę jest Jeszua. Był pierwszym z serii znaków prowadzących do największego z nich – zmartwychwstania.
Lata później
Dziś jestem już starym człowiekiem. Moje dzieci mają własne dzieci, a ja opowiadam im historię o wodzie, która stała się winem. Historię o człowieku, który okazał się Bogiem.
Wspólnota wyznawców Jeszui – teraz nazywanych chrześcijanami – rośnie mimo prześladowań. Spotykamy się w domach, łamiemy chleb, pijemy wino na pamiątkę jego śmierci i zmartwychwstania. I za każdym razem, gdy podnoszę kielich, przypominam sobie tamten wieczór w Kanie. Pierwszy znak. Początek.
Jestem wdzięczny, że byłem tam, że widziałem. Że mogłem być świadkiem momentu, gdy Bóg objawił swoją chwałę w zmianie wody w wino. Bo ta zmiana była zapowiedzią większej transformacji – mojego własnego życia, z niewolnika grzechu w dziecko Boże. I jeszcze większej przemiany, która nadejdzie, gdy On powróci, by odnowić wszystkie rzeczy.
To właśnie najważniejsza lekcja z wesela w Kanie: Bóg może przemienić coś zwyczajnego w coś nadzwyczajnego. Wodę w najlepsze wino. Zwykłych ludzi w swoich uczniów. Śmierć w życie wieczne.
I za to właśnie dziękuję Mu każdego dnia.
Tutaj kończy się relacja Efraima, syna Jakuba, sługi z wesela w Kanie Galilejskiej, świadka pierwszego cudu Jezusa Chrystusa.