Gdy padł wróg: Wspomnienia dowódcy oddziału, który ruszył do ataku po śmierci Goliata
Przedmowa
Ja, Benajasz ben Jehoszafat z plemienia Judy, niegdyś dowódca setki w armii króla Saula, a później jeden z trzydziestu bohaterów króla Dawida, spisuję te wspomnienia u schyłku życia. Moja broda jest już siwa, a miecz zbyt ciężki dla moich starych ramion. Lecz mój umysł wciąż jest bystry, a wspomnienia z doliny Ela tak żywe, jakby wydarzenia te miały miejsce wczoraj, a nie czterdzieści lat temu.
Wielu opowiadało historię pojedynku Dawida z Goliatem – historię, która przeszła do legend naszego ludu i jest opowiadana przy ogniskach od Dan aż po Beer-Szebę. Ale mało kto wie, co działo się potem, w godzinach i dniach następujących po upadku filistyńskiego olbrzyma. To właśnie tę część historii chcę przekazać, zanim moje imię zostanie zapomniane wśród pokoleń, które nadejdą.
Byłem tam. Widziałem, jak padł Goliat. Prowadziłem pierwszy oddział, który ruszył do ataku na zdezorientowanych Filistyńczyków. I chcę, byście zrozumieli, jak śmierć jednego człowieka mogła zmienić los całej bitwy – a może nawet los naszego narodu.
Niech te słowa służą ku pamięci tych, którzy walczyli, cierpieli i ginęli za ziemię, którą Jahwe, nasz Bóg, dał naszym przodkom. I niech będą przestrogą, że nawet najpotężniejsi mogą upaść, gdy Bóg stoi po stronie słabszych.
Rozdział 1: Przed pojedynkiem
Obóz Izraelitów przy dolinie Ela tętnił niepokojem jak zaniepokojony ul. Staliśmy naprzeciw armii filistyńskiej już czterdziesty dzień, a żadna ze stron nie odważyła się rozpocząć bitwy. Każdego ranka Goliat, ten olbrzym z Gat, schodził na dno doliny i wyzywał nas, kpiąc z naszej armii, naszego króla i naszego Boga.
„Wybierzcie sobie męża i niech zejdzie do mnie! Jeśli zdoła ze mną walczyć i pokona mnie, będziemy waszymi niewolnikami. Lecz jeśli ja go pokonam i zabiję, wy będziecie naszymi niewolnikami i będziecie nam służyć.”
Każdego dnia słyszeliśmy te słowa, a nasze serca napełniały się strachem. Wszyscy widzieliśmy Goliata – mierzył sześć łokci i piędź, jego pancerz z łusek był cięższy niż dwóch naszych żołnierzy razem wziętych, a grot jego włóczni był jak drąg tkacki. Nikt nie chciał stanąć przeciwko takiemu przeciwnikowi, nawet dla sławy i nagrody oferowanej przez króla Saula.
Tamtego poranka, gdy wstało słońce czterdziestego dnia, nic nie zapowiadało, że coś się zmieni. Mój oddział stacjonował na prawej flance, z widokiem na całą dolinę. Siedzieliśmy przy ognisku, czyszcząc broń i dyskutując, jak długo jeszcze będziemy utrzymywać tę patową sytuację. Wielu z moich ludzi uważało, że powinniśmy się wycofać pod osłoną nocy, unikając bitwy, w której nie mieliśmy szans. Inni twierdzili, że król Saul powinien wysłać kilku wojowników jednocześnie przeciwko Goliatowi – może w grupie mielibyśmy szansę go pokonać.
„Prawo pojedynku jest jasne” – odparłem, gdy ta propozycja padła z ust Uriji, jednego z moich najbardziej doświadczonych wojowników. „Jeśli złamiemy zasady, Filistyńczycy ruszą do ataku całą armią. A ich wojska są liczniejsze i lepiej wyposażone niż nasze.”
„Więc co? Będziemy tu stać, aż umrzemy ze starości?” – zapytał Joram, młody wojownik, który dopiero co dołączył do mojego oddziału. „Każdego dnia ten poganin bluźni przeciwko naszemu Bogu, a my nic nie robimy!”
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo w tym momencie jeden z wysłanników króla Saula przybiegł do naszego obozowiska. Był zdyszany, a jego oczy błyszczały podekscytowaniem.
„Dowódco! Król wzywa cię natychmiast do swojego namiotu. Coś się dzieje. Ktoś zgłosił się do walki z Goliatem!”
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Kto mógłby być na tyle odważny – lub szalony – by podjąć takie wyzwanie?
„Kto?” – zapytałem, wstając pospiesznie. „Który z wojowników?”
„To nie wojownik” – odparł posłaniec, a w jego głosie usłyszałem mieszaninę zdumienia i rozbawienia. „To jakiś młody pasterz. Brat Eliaba z twojego plemienia. Chłopak, który przyniósł prowiant dla żołnierzy.”
Eliab był znanym wojownikiem z plemienia Judy, służącym w innym oddziale. Ale nie słyszałem nic o jego bracie, poza tym, że miał ich kilku i że jego rodzina pochodziła z Betlejem.
Udałem się pospiesznie do namiotu króla Saula, mijając po drodze grupki żołnierzy, którzy już szeptali między sobą, przekazując plotkę. W powietrzu czuć było nagłe napięcie, ale też… nadzieję? Trudno było to określić.
Namiot króla był największy w obozie, ozdobiony znakami plemienia Beniamina. Przed wejściem stali strażnicy z oszczepami, którzy znając mnie, przepuścili mnie bez słowa. Wewnątrz zastałem króla Saula siedzącego na swoim polowym tronie. Obok niego stał Abner, dowódca całej armii, a przed nimi – chłopak.
Był to młodzieniec o rudawych włosach i jasnej cerze, wyglądający na nie więcej niż siedemnaście lat. Miał na sobie prostą tunikę pasterza, przepasaną skórzanym pasem. Nic w jego wyglądzie nie wskazywało na wojownika – żadnej zbroi, żadnego miecza, żadnych blizn świadczących o przebytych bitwach. Ale było w nim coś – w sposobie, w jaki stał przed królem, prosto i bez lęku – co przykuło moją uwagę.
„Ah, Benajaszu,” – Saul skinął mi głową. „Dobrze, że jesteś. Ten chłopak, Dawid syn Jessego, twierdzi, że pokona Goliata.”
Starałem się nie okazać zdziwienia ani sceptycyzmu, ale musiałem zawieść, bo Dawid spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko, jakby czytał w moich myślach.
„Nie bój się o mnie, dowódco,” – powiedział, a jego głos był spokojny i melodyjny. „Twój sługa pasał owce u swojego ojca. Gdy przychodził lew lub niedźwiedź i porywał owcę ze stada, goniłem go, uderzałem na niego i wyrywałem ją z jego paszczęki. A gdy on się na mnie rzucał, chwytałem go za szczękę, biłem i zabijałem. Zarówno lwa, jak i niedźwiedzia zabił twój sługa. I z tym nieobrzezanym Filistynem będzie tak samo, gdyż urągał szykom żywego Boga.”
Muszę przyznać, że słuchałem tych słów z mieszaniną podziwu i niedowierzania. Czy ten chłopak naprawdę myślał, że zabicie lwa gołymi rękami – jeśli rzeczywiście tego dokonał – można porównać do walki z wyszkolonym wojownikiem takim jak Goliat?
Król Saul najwyraźniej miał podobne wątpliwości.
„Nie możesz iść i walczyć z tym Filistynem, bo jesteś jeszcze chłopcem, a on jest wojownikiem od młodości,” – powiedział, choć w jego głosie brzmiała nie tyle stanowczość, co wahanie.
„Jahwe, który wyrwał mnie z łapy lwa i niedźwiedzia, wybawi mnie również z ręki tego Filistyna,” – odpowiedział Dawid z niezachwianą pewnością siebie.
Spojrzałem na Abnera, szukając w jego oczach potwierdzenia, że wszyscy uznajemy tę sytuację za absurdalną. Ale ku mojemu zdziwieniu, stary wojownik patrzył na chłopca z namysłem, jakby rozważał jego słowa z całą powagą.
Po dłuższej chwili Saul westchnął ciężko.
„Idź, a Jahwe niech będzie z tobą.”
Co?! Czy król naprawdę zamierzał wysłać tego bezbronnego chłopca przeciwko Goliatowi? To było jak wysłanie jagnięcia na rzeź!
Zanim zdążyłem zaprotestować, Saul już nakazał swoim sługom przynieść zbroję – swoją własną zbroję królewską – by ubrać w nią Dawida. Obserwowałem, jak nakładają na chłopca spiżowy hełm, pancerz i miecz. Wyglądał komicznie w zbroi przeznaczonej dla dorosłego mężczyzny, znacznie wyższego i potężniejszego. Dawid próbował zrobić kilka kroków, ale poruszał się niezgrabnie, ograniczony ciężarem nieprzystosowanej zbroi.
„Nie mogę w tym chodzić, bo nie przywykłem,” – powiedział w końcu, zdejmując elementy uzbrojenia. „Pójdę tak, jak stoję.”
Zauważyłem, że jedyną bronią, jaką zabrał, była jego pasterska proca i torba, do której włożył pięć gładkich kamieni, podniesionych z potoku płynącego przez dolinę. Żadnego miecza, żadnej włóczni, żadnej prawdziwej broni.
„Królu,” – nie mogłem dłużej milczeć. „Czy naprawdę pozwolisz, by ten chłopak poszedł na pewną śmierć? Goliat roztrzaska go jak muchę!”
Saul spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłem dziwny błysk – może desperacji, może szaleństwa, a może… wiary?
„Mieliśmy czterdzieści dni, by znaleźć wojownika gotowego stanąć przeciwko Goliatowi,” – odpowiedział cicho. „Nikt się nie zgłosił. A ten chłopak… jest w nim coś. Coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Może Jahwe przemawia przez niego. A jeśli tak, to czy mogę sprzeciwiać się woli Boga?”
Nie miałem odpowiedzi na to pytanie. Zresztą, król już podjął decyzję.
„Benajaszu,” – zwrócił się do mnie. „Zbierz swój oddział i bądź gotowy. Gdy Goliat padnie… jeśli padnie… chcę, byś poprowadził natychmiastowy atak na Filistyńczyków. Wykorzystaj ich zaskoczenie i dezorientację.”
Skinąłem głową, przyjmując rozkaz, choć w duchu byłem przekonany, że nie będę musiał go wykonać. Bo jak ten chłopiec z procą miałby pokonać wojennego kolosa, którym był Goliat?
Wyszedłem z namiotu króla i szybko zebrałem swój oddział – stu ludzi uzbrojonych w miecze, oszczepy i tarcze. Wyjaśniłem im sytuację i wydałem rozkazy na wypadek – jak sądziłem, bardzo mało prawdopodobny – gdyby Dawid jakimś cudem pokonał Goliata.
„Wtedy ruszymy natychmiast w dół doliny, nie czekając na sygnał od reszty armii,” – instruowałem swoich ludzi. „Musimy wykorzystać pierwszy moment zaskoczenia, zanim Filistyńczycy zdążą się przegrupować. Joram, twoja dziesiątka pójdzie na prawo, by odciąć im drogę odwrotu. Urija, ty ze swoimi ludźmi uderzysz centralnie. Reszta za mną, w klin, prosto w ich lewe skrzydło.”
Moi żołnierze przyjęli rozkazy z mieszaniną niedowierzania i rozbawienia. Nikt nie wierzył, że będziemy musieli je wykonać. Ale jako doświadczeni wojownicy, przygotowali się sumiennie, sprawdzając broń i zajmując wyznaczone pozycje.
A potem czekaliśmy, obserwując, jak Dawid schodzi w dół zbocza, sam, z procą w dłoni, naprzeciw najpotężniejszemu wojownikowi, jakiego znaliśmy.
Rozdział 2: Kamień i proca
Dolina Ela rozpościerała się przed nami jak scena przygotowana do dramatu. Po jednej stronie staliśmy my, armia Izraela, rozstawiona na wzgórzu, z królem Saulem i jego dowódcami w centrum. Po drugiej – Filistyńczycy, ich szeregi błyszczące od brązowych pancerzy i hełmów, ich włócznie jak las ostrych drzew.
A pomiędzy armiami, na płaskim dnie doliny, stał Goliat. Jego potężna postać była doskonale widoczna z obu stron – olbrzym z Gat, zakuty w zbroję, z ogromną włócznią w jednej ręce i tarczą w drugiej, ze swoim giermkiem stojącym nieco z tyłu. Filistyński czempion czekał, jak co dzień, na odpowiedź na swoje wyzwanie.
I tym razem odpowiedź nadeszła. Samotna postać Dawida, schodzącego ze zbocza po naszej stronie, wydawała się absurdalnie mała w porównaniu z Goliatem. Z mojej pozycji mogłem dostrzec zdziwienie na twarzach Filistyńczyków, a potem – co mnie nie zaskoczyło – wybuchy śmiechu. Nawet z tej odległości słyszałem okrzyki kpiny i drwin.
„Czy ich armia skurczyła się do tego stopnia, że wysyłają dzieci do walki?” „Czy to jakiś żart? Czy Izraelici tak bardzo się nas boją?” „Goliat, uważaj! Ten mały może cię ugryźć w kostkę!”
Podobne szepty rozlegały się też w naszych szeregach. Wielu żołnierzy kręciło głowami z niedowierzaniem lub wstydem. Niektórzy odwracali wzrok, nie chcąc patrzeć na nieuchronną śmierć młodzieńca.
Ale ja patrzyłem. Coś w postawie Dawida – w sposobie, w jaki szedł, pewnie i bez wahania – przykuwało moją uwagę. Nie było w nim strachu. Nie było też brawury czy fałszywej odwagi, jaką czasem widziałem u młodych wojowników przed pierwszą bitwą. Był… spokojny. Zdeterminowany. Jakby wiedział coś, czego my wszyscy nie wiedzieliśmy.
Gdy znalazł się w odległości kilkudziesięciu kroków od Goliata, olbrzym wreszcie w pełni dostrzegł, kto został wysłany przeciwko niemu. Jego śmiech – głęboki, gromiący – przetoczył się przez dolinę jak grzmot burzy.
„Czy jestem psem, że przychodzisz do mnie z kijem?” – zawołał, wskazując na laskę pasterską, którą Dawid niósł w jednej ręce (drugą trzymał ukrytą procę). „Chodź do mnie, a dam twoje ciało ptakom powietrznym i zwierzętom polnym!”
Dawid zatrzymał się. Nawet z tej odległości widziałem, jak jego usta się poruszają – odpowiadał coś Goliatowi, choć nie mogłem dosłyszeć słów. Ale musiały one rozgniewać olbrzyma, bo ten ryknął wściekle i ruszył naprzód, podnosząc swoją ogromną włócznię.
To, co stało się potem, rozegrało się tak szybko, że wielu świadków do dziś spiera się o dokładny przebieg wydarzeń. Ale ja widziałem to wyraźnie, z mojej pozycji dowódczej na wzgórzu.
Dawid również ruszył naprzód, ale nie w panice, nie by uciekać, lecz z determinacją. W biegu sięgnął do swojej torby i wyjął jeden z kamieni. W mgnieniu oka umieścił go w procy i zaczął nią wymachiwać nad głową.
Goliat był już blisko, jego włócznia gotowa do pchnięcia. Ale Dawid nie czekał. Wypuścił pocisk z procy, a kamień pomknął przez powietrze z niesamowitą prędkością.
Trafienie było idealne. Kamień uderzył Goliata dokładnie w czoło, w jedyne niezabezpieczone miejsce jego ciała. Olbrzym zatrzymał się, jakby uderzył w niewidzialną ścianę. Przez moment stał nieruchomo, jego ogromna postać wyprostowana jak słup. A potem, powoli, jakby w zwolnionym tempie, przewrócił się na twarz, upadając na ziemię doliny Ela z hukiem, który wydawał się wstrząsnąć samą ziemią.
Cisza, która zapadła po tym upadku, była absolutna. Nikt nie krzyczał, nikt nie wiwatował, nikt nie ruszył się z miejsca. Zdawało się, że cały świat wstrzymał oddech, nie wierząc w to, co się właśnie wydarzyło.
A potem zobaczyłem, jak Dawid podbiega do nieruchomego ciała Goliata. Nie mając własnego miecza, wyciągnął broń z pochwy olbrzyma – ogromny oręż, który w rękach młodzieńca wyglądał jak miecz przeznaczony dla giganta. I jednym płynnym ruchem odciął głowę swojego przeciwnika.
Ten widok przełamał zaklęcie bezruchu. Z obu stron doliny rozległy się okrzyki – przerażenia ze strony Filistyńczyków, triumfu z naszej strony. Dawid podniósł głowę Goliata wysoko, trzymając ją za włosy, pokazując ją obu armiom – namacalny dowód swojego niewiarygodnego zwycięstwa.
I wtedy przypomniałem sobie o rozkazach króla. To był moment, na który czekaliśmy – moment, w który nie wierzyłem, a który właśnie stał się rzeczywistością.
„Za mną!” – krzyknąłem do swojego oddziału, unosząc miecz. „Naprzód! Za Izrael! Za Jahwe!”
I ruszyliśmy w dół zbocza, stu wojowników biegnących z pełną prędkością, z bronią gotową do zadawania śmierci. Za nami, jak fala powodziowa, ruszyła reszta armii izraelskiej, ich okrzyki bojowe mieszały się w jeden potężny ryk.
Filistyńczycy byli w kompletnym chaosie. Śmierć ich czempiona, człowieka uważanego za niezwyciężonego, załamała ich morale. Niektórzy już odwracali się do ucieczki, inni stali jak sparaliżowani, nie mogąc uwierzyć w to, co widzieli.
Mój oddział był pierwszy, który dotarł do linii filistyńskiej. Uderzyliśmy w nich jak burza, z furią ludzi, którzy przez czterdzieści dni znosili upokorzenia i drwiny.
Pamiętam pierwszego Filistyńczyka, którego zabiłem w tej bitwie – młody wojownik, niewiele starszy od Dawida, który nawet nie próbował się bronić, tak był oszołomiony upadkiem Goliata. Mój miecz przebił jego gardło, zanim zdążył podnieść tarczę.
Joram ze swoją dziesiątką, zgodnie z rozkazem, zaatakował z prawej flanki, odcinając drogę ucieczki części filistyńskiego wojska. Urija uderzył centralnie, przebijając się przez ich szeregi jak przez namoknięty pergamin. A reszta mojego oddziału podążała za mną, formując klin, który wbił się głęboko w lewe skrzydło wroga.
Bitwa – jeśli można tak nazwać tę rzeź – trwała zaledwie kilka godzin. Filistyńczycy uciekali w popłochu, porzucając broń i pancerze, by szybciej biec. Ścigaliśmy ich aż do bram Ekronu, zabijając każdego, kto nie zdołał umknąć wystarczająco szybko.
Gdy wreszcie wracaliśmy do naszego obozu, słońce już zachodziło, barwiąc niebo na czerwono – jakby odbijając krew, która tego dnia została przelana. Byłem wyczerpany, pokryty krwią – swoją i wrogów – ale przepełniony dzikim triumfem.
Bo zwyciężyliśmy. Nie dzięki przewadze liczebnej czy lepszemu uzbrojeniu, ale dzięki jednemu chłopcu z procą, który miał więcej wiary niż cała nasza armia.
Gdy dotarliśmy z powrotem do obozu, Dawid już tam był, otoczony przez wiwatujących wojowników i samego króla Saula. W jednej ręce wciąż trzymał głowę Goliata – makabryczne trofeum, które później zabrał do Jerozolimy. W drugiej dzierżył miecz olbrzyma, który od tej pory stał się jego bronią.
Podszedłem do niego, czując dziwną mieszaninę podziwu, wdzięczności i… tak, wstydu. Wstydu, że ja, doświadczony wojownik, nie miałem odwagi ani wiary, by stanąć przeciwko Goliatowi, podczas gdy ten młody pasterz nie zawahał się ani przez moment.
„Dziękuję,” – powiedziałem po prostu, gdy nasze spojrzenia się spotkały.
Dawid uśmiechnął się – ten sam spokojny uśmiech, który widziałem w namiocie króla.
„Nie dziękuj mnie,” – odpowiedział. „To Jahwe zwyciężył dziś Filistyńczyków.”
I wiedziałem, że mówi prawdę. Bo żaden człowiek, nawet najbardziej utalentowany wojownik, nie mógłby dokonać tego, czego dokonał dziś Dawid. To było więcej niż zwycięstwo – to był cud.
I wtedy, stojąc w blasku zachodzącego słońca, wśród okrzyków triumfu i śpiewów kobiet, które już układały pieśni o zwycięstwie, zrozumiałem, że byłem świadkiem początku czegoś wielkiego. Czegoś, co zmieni losy Izraela na zawsze.
Bo Dawid, syn Jessego, pasterz z Betlejem, nie był zwykłym chłopcem. Był wybrańcem Boga. I jego droga dopiero się zaczynała.
Rozdział 3: Pościg i łupy
Pierwszy dzień po zwycięstwie nad Goliatem spędziliśmy, ścigając rozproszonych Filistyńczyków i zbierając łupy pozostawione w ich porzuconym obozie. Król Saul podzielił armię na kilka grup pościgowych – mój oddział, wzmocniony dodatkowymi wojownikami, miał za zadanie śledzić główną kolumnę uciekających wrogów, którzy kierowali się na zachód, w stronę swoich miast nadmorskich.
Wyruszyliśmy o świcie, zostawiając za sobą dolinę Ela, która jeszcze dzień wcześniej była świadkiem naszego upokorzenia, a teraz stała się miejscem triumfu. Morale moich ludzi było wysokie – po czterdziestu dniach strachu i niepewności, wreszcie mieliśmy przewagę. Filistyńczycy uciekali w popłochu, ich armia była zdemoralizowana, a my ścigaliśmy ich jak wilki ranną zwierzynę.
Pierwszych dogoniliśmy już po kilku godzinach marszu – grupę maruderów, głównie rannych, którzy nie nadążali za resztą uciekającej armii. Niektórzy próbowali walczyć, inni od razu rzucali broń i błagali o litość. Nie mieliśmy czasu na jeńców, nie mogliśmy też zostawić ich za plecami. Prawo wojny jest bezlitosne – wszystkich zabiliśmy szybko i ruszyliśmy dalej.
Może to wydawać się okrutne dla tych, którzy nigdy nie byli na wojnie. Ale tak właśnie postępują wszystkie armie, wszystkich ludów. Filistyńczycy robili to samo z naszymi ludźmi, gdy mieli przewagę. Taka jest natura konfliktów między narodami – brutalna, bezlitosna, nieznająca półśrodków.
Około południa natknęliśmy się na większą grupę – może dwustu wojowników, którzy próbowali zorganizować obronę w wąwozie. Ktoś – jakiś dowódca z doświadczeniem i zimną krwią – zebrał ich i ustawił w szyku, gotowych do stawienia oporu.
„Stać!” – zatrzymałem swój oddział na odległość strzału z łuku. „Uformować linię, tarcze do przodu!”
Moi ludzie posłusznie ustawili się w bojowym szyku. Mieliśmy przewagę moralną, ale Filistyńczycy wciąż byli dobrze uzbrojeni i mieli korzystną pozycję. Frontalny atak mógłby nas kosztować zbyt wiele strat.
„Urijo,” – zwróciłem się do mojego zastępcy. „Weź trzydziestu ludzi i obejdź ich z lewej strony. Joram, ty weźmiesz dwudziestu i zajdziesz z prawej. Na mój sygnał uderzamy jednocześnie – wy na flanki, a my frontalnie. Zrozumiano?”
Obaj skinęli głowami i szybko zebrali swoich żołnierzy. Obserwowałem, jak oddalają się, wykorzystując ukształtowanie terenu, by pozostać niezauważonym przez wroga. Filistyńczycy wciąż stali w miejscu, czekając na nasz ruch. Ich dowódca – wysoki wojownik w charakterystycznym hełmie z czerwonym pióropuszem – musiał wiedzieć, że są otoczeni i że ucieczka jest niemożliwa. Ale najwyraźniej postanowił drogo sprzedać swoje życie.
Dałem swoim ludziom czas na zajęcie pozycji, a potem, gdy uznałem, że są gotowi, uniosłem miecz i krzyknąłem:
„Za Izrael! Za Jahwe!”
Ruszyliśmy biegiem, nasze tarcze tworzyły ścianę, za którą kryły się wymierzone włócznie. Równocześnie, z obu stron, uderzyły oddziały Uriji i Jorama. Filistyńczycy byli przygotowani na frontalny atak, ale boczne uderzenia kompletnie ich zaskoczyły. Ich szyk załamał się niemal natychmiast.
Bitwa była krótka, ale zaciekła. Filistyńczycy walczyli z determinacją ludzi, którzy wiedzą, że nie mają dokąd uciec. Ich dowódca – jak później się dowiedziałem, nazywał się Achisz i był kapitanem gwardii króla Gat – bił się jak demon, kładąc pokotem kilku moich wojowników, zanim zdołaliśmy go otoczyć.
Stanąłem naprzeciw niego, miecz przeciwko mieczowi, tarcza przeciwko tarczy. Był dobry – bardzo dobry. Jego ciosy były precyzyjne i potężne, jego ruchy płynne jak u tancerza. Gdyby nie zmęczenie po długim marszu i psychiczne wyczerpanie po porażce z dnia poprzedniego, mógłby stanowić dla mnie śmiertelne zagrożenie.
Ale był wyczerpany, a ja świeży i pełen bitewnego ducha. Po krótkiej, intensywnej wymianie ciosów, znalazłem lukę w jego obronie i wbiłem miecz głęboko w jego bok, między płytami pancerza. Padł na kolana, a krew trysnęła z jego ust.
„Kto… kto pokonał Goliata?” – zapytał, ku mojemu zdziwieniu, w naszym języku, choć z silnym akcentem.
„Dawid, syn Jessego z Betlejem,” – odpowiedziałem, nie widząc powodu, by odmawiać umierającemu ostatniej informacji.
„Chłopiec… z procą…” – Achisz pokiwał głową, a na jego twarzy pojawił się grymas, który mógł być uśmiechem. „Więc to prawda. Bogowie… opuścili nas.”
To były jego ostatnie słowa. Moment później wydał ostatnie tchnienie, dołączając do licznych wojowników Filistyńskich, którzy tego dnia polegli od naszych mieczy.
Rozejrzałem się wokół. Bitwa już się kończyła – większość Filistyńczyków leżała martwa, kilku próbowało jeszcze walczyć, otoczonych przez naszych żołnierzy. Kilkunastu rzuciło broń i klęczało z podniesionymi rękami, błagając o litość.
„Co z jeńcami?” – zapytał Urija, podchodząc do mnie. Jego twarz była pocięta, a ramię krwawiło, ale stał pewnie i jego oczy lśniły triumfem.
Spojrzałem na klęczących Filistyńczyków. Prawo wojny dawało mi prawo ich zabić – tak jak zabiliśmy rannych maruderów wcześniej. Ale byli to wojownicy, którzy walczyli odważnie i honorowo. A poza tym, wziąć jeńców znaczyło zdobyć informacje.
„Zwiążcie ich i zabierzcie ze sobą,” – zdecydowałem. „Król Saul zdecyduje o ich losie, gdy wrócimy do obozu.”
Urija skinął głową i wydał odpowiednie rozkazy. W międzyczasie ja zacząłem przeszukiwać ciało Achisza, szukając czegokolwiek wartościowego lub interesującego. Znalazłem sakiewkę z monetami – filistyńskimi syklami srebra, kilka osobistych amuletów i – co najbardziej mnie zainteresowało – zwój pergaminu ukryty w skórzanej tubie przy jego pasie.
Rozwinąłem go ostrożnie i zobaczyłem, że jest zapisany w języku Filistyńczyków, który nieco przypominał nasz, ale miał wiele obcych słów i dziwaczne pismo. Nie mogłem go odczytać, ale zachowałem zwój, planując pokazać go później jednemu z naszych skrybów, który mógł znać ten język.
„Dowódco! Spójrz!” – zawołał jeden z moich ludzi, wskazując na coś za skałami.
Podszedłem i zobaczyłem to, co znalazł – wóz pełen broni, zbroi i innych wartościowych przedmiotów. Najwyraźniej część łupów z filistyńskiego obozu, które próbowali zabrać ze sobą uciekający wojownicy.
„Dobre znalezisko, Eleazarze,” – pochwaliłem żołnierza. „Zbierzcie wszystko, co da się zabrać. Resztę zniszczymy.”
Przez następną godzinę przeszukiwaliśmy pobojowisko, zbierając broń, zbroje, monety i inne wartościowe przedmioty. Kiedy skończyliśmy, mieliśmy dwa wozy pełne łupów – więcej, niż mogliśmy ze sobą zabrać, zwłaszcza że musieliśmy ruszać dalej, kontynuując pościg.
„Joram,” – zawołałem swojego podkomendnego. „Weź piętnastu ludzi i wracaj z jeńcami i łupami do głównego obozu. Przekaż królowi, że rozbiliśmy znaczny oddział wroga i kontynuujemy pościg.”
„Tak jest, dowódco,” – Joram zasalutował, uderzając pięścią w pierś.
Reszta moich sił, zmniejszona o straty poniesione w bitwie i ludzi wysłanych z Joramem, liczyła teraz mniej niż stu wojowników. Ale wciąż byliśmy groźną siłą, szczególnie dla rozproszonych grup Filistyńczyków.
Ruszyliśmy dalej, kierując się na zachód, tropem głównych sił wroga. Pogoda sprzyjała nam – niebo było czyste, a wiatr niósł zapach morza, oznaczający, że zbliżamy się do ziem kontrolowanych przez Filistyńczyków.
Pod wieczór dotarliśmy do kolejnej przełęczy, gdzie nasi zwiadowcy dostrzegli duży obóz wroga – nie grupę uciekinierów, ale zorganizowaną jednostkę, która rozłożyła obóz i wystawiła straże. Musieli to być wojownicy z innej części armii filistyńskiej, którzy nie uczestniczyli w bitwie w dolinie Ela, albo odwody, które teraz próbowały osłonić odwrót rozbitych sił.
Szacowałem ich liczebność na około trzystu, może czterystu wojowników. Zbyt wielu, by zaatakować ich bezpośrednio z moimi silnie uszczuplonymi siłami. Ale zbyt ważny cel, by go po prostu ominąć.
„Mamy dwie opcje,” – zwróciłem się do Uriji i innych dowódców w moim oddziale, gdy obserwowaliśmy wrogi obóz z bezpiecznej odległości. „Możemy wycofać się i poczekać na posiłki, albo zaatakować w nocy, wykorzystując element zaskoczenia.”
„Jeśli się wycofamy, mogą zauważyć naszą obecność i uciec pod osłoną nocy,” – zauważył Eleazar, który po wykazaniu się przy znalezieniu wozu z łupami, stał się bardziej odważny w wyrażaniu swojej opinii. „Albo, co gorsza, przygotować zasadzkę.”
„A jeśli zaatakujemy, możemy wszyscy zginąć,” – skontrował Urija, zawsze głos rozsądku w moim oddziale. „Jest ich cztery razy więcej niż nas.”
Rozważałem obie opcje, ważąc ryzyko przeciwko potencjalnym korzyściom. Atak w nocy mógłby być bardzo skuteczny – Filistyńczycy, zdemoralizowani wieściami o śmierci Goliata i klęsce ich głównych sił, prawdopodobnie wpadliby w panikę. Z drugiej strony, jeśli ich dowódca był kompetentny i przygotował odpowiednią obronę, moglibyśmy wpaść w pułapkę.
W końcu zdecydowałem:
„Zaatakujemy o północy, kiedy ich czujność będzie najniższa. Ale nie frontalnie. Podzielimy się na małe grupy i uderzymy z kilku stron jednocześnie, wywołując jak największy chaos. Nie chodzi o pokonanie ich wszystkich – to niemożliwe. Chodzi o to, by uwierzyli, że atakuje ich główna armia Izraela.”
Moi podkomendni skinęli głowami, akceptując plan, choć na twarzy Uriji wciąż widziałem niepewność. Ale był lojalnym żołnierzem i wiedziałem, że wykona rozkazy, niezależnie od własnych wątpliwości.
Przez następne godziny przygotowywaliśmy się do ataku, odpoczywając, jedząc oszczędne racje i przygotowując broń. Gdy słońce zaszło, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, rozdzieliłem swoich ludzi na pięć grup po piętnastu-dwudziestu wojowników. Każda grupa otrzymała konkretne zadania i punkty ataku.
„Pamiętajcie,” – powtarzałem, przechodząc od grupy do grupy. „Nie chodzi o to, by zabić jak najwięcej wrogów. Chodzi o to, by wywołać jak największy chaos. Podpalajcie namioty, róbcie dużo hałasu, atakujcie i natychmiast się wycofujcie. Niech pomyślą, że atakuje ich cała armia.”
O północy, pod osłoną niemal całkowitej ciemności – księżyc był tej nocy zaledwie wąskim sierpem – ruszyliśmy ku obozowi Filistyńczyków. Poruszaliśmy się cicho, unikając gałęzi i kamieni, które mogłyby zdradzić naszą obecność. Straże wroga były nieliczne i niezbyt czujne – najwyraźniej nie spodziewali się, że ktokolwiek będzie na tyle szalony, by zaatakować ich w takiej sytuacji.
Pierwsza grupa, którą prowadził Eleazar, zaatakowała straże przy północnej krawędzi obozu. Dwóch Filistyńczyków zginęło, zanim zdążyli podnieść alarm, ale trzeci zdołał krzyknąć, ostrzegając obóz.
To był sygnał dla pozostałych grup. Urija ze swoimi ludźmi uderzył od wschodu, ja z zachodu, a dwie pozostałe grupy od południa. W kilku miejscach jednocześnie podpaliliśmy namioty, używając przygotowanych wcześniej pochodni. W ciągu kilku chwil filistyński obóz zamienił się w scenę kompletnego chaosu.
Wojownicy wroga wypadali z namiotów, zdezorientowani i przerażeni, wielu w samych tunikach, bez zbroi czy hełmów. Atakowaliśmy ich szybko, zabijając tych, którzy stawiali opór, przepędzając tych, którzy próbowali się organizować. Ogień rozprzestrzeniał się szybko, oświetlając całą scenę upiornym, pomarańczowym blaskiem.
Pamiętam, jak biegłem między płonącymi namiotami, mój miecz ociekał krwią, a w powietrzu unosił się zapach dymu i śmierci. To nie była uporządkowana bitwa – to był chaos, rzeź, walka o przetrwanie. Filistyńczycy nie wiedzieli, ilu nas jest, skąd atakujemy, ani jak się bronić. Niektórzy walczyli dzielnie, inni uciekali w panice, jeszcze inni po prostu stali, sparaliżowani strachem.
Gdy ogień objął większość obozu, a wrzaski rannych i umierających wypełniły powietrze, dałem sygnał do odwrotu. Moi ludzie, zgodnie z rozkazem, wycofali się tak szybko i cicho, jak przyszli, pozostawiając za sobą obóz w płomieniach i setkę trupów.
Spotkaliśmy się w wyznaczonym miejscu, oddalone o kilka stadionów od obozu wroga. Z ulgą zobaczyłem, że większość moich ludzi dotarła bezpiecznie. Mieliśmy straty – siedmiu zabitych, kilkunastu rannych – ale biorąc pod uwagę nierówne siły, był to cud, że tak wielu z nas przeżyło.
„Udało się,” – sapnął Urija, podchodząc do mnie. Jego tunika była przesiąknięta krwią, ale nie wydawał się poważnie ranny. „Uwierzyli, że to główna armia. Widziałem, jak ich dowódcy wydają rozkazy do całkowitego odwrotu.”
„Dobra robota,” – pochwaliłem go, klepiąc po ramieniu. „Wszyscy się spisaliście.”
Przez resztę nocy odpoczywaliśmy, opatrując rany i zbierając siły na następny dzień. Z oddali wciąż widzieliśmy łunę płonącego obozu Filistyńczyków, a odgłosy zamieszania dochodziły do nas jeszcze długo po naszym odwrocie. Nasz atak osiągnął dokładnie to, co planowaliśmy – całkowite załamanie morale wroga i jego dezorganizację.
Rankiem, gdy pierwsze promienie słońca oświetliły wzgórza, wysłałem zwiadowców, by sprawdzili, co zostało z filistyńskiego obozu. Wrócili z wieściami, że miejsce jest opuszczone – ci, którzy przeżyli nasz nocny atak, uciekli w panice, pozostawiając za sobą wielu rannych, cały sprzęt i zaopatrzenie.
„Biorą ich ze sobą?” – zapytałem, wskazując na jęczących rannych Filistyńczyków, których moi zwiadowcy znaleźli w obozie.
„Tak, dowódco,” – odpowiedział Eleazar, który dowodził zwiadem. „Część jest w stanie iść, pozostałych nosimy. Mają cenne informacje.”
„A co z łupami?”
„Więcej, niż możemy zabrać,” – przyznał z uśmiechem. „Porzucili wszystko – broń, zbroje, jedzenie, namioty. Nawet skrzynię z żołdem dla żołnierzy.”
Skinąłem głową z satysfakcją. To był dobry dzień dla Izraela. Bez ryzyka otwartej bitwy z siłami znacznie przewyższającymi nas liczebnie, zdołaliśmy całkowicie rozbić ważny oddział wroga, zdobyć cenne łupy i jeńców, oraz zabezpieczyć drogę powrotną dla głównej armii.
„Dobra robota, wszyscy,” – ogłosiłem do zgromadzonych wokół wojowników. „Zbierzcie wszystko, co możemy unieść, i przygotujcie się do marszu. Wracamy do głównego obozu.”
Rozdział 4: Powrót do obozu
Droga powrotna do głównego obozu izraelskiego była wolniejsza, niż marsz w pościgu za wrogiem. Byliśmy obładowani łupami, prowadziliśmy jeńców, a wielu z nas było rannych. Ale był to marsz triumfalny, pełen dumy i satysfakcji z dobrze wykonanego zadania.
Po dwóch dniach ujrzeliśmy wreszcie wzgórze, na którym rozłożony był nasz obóz. Flagi dwunastu plemion powiewały na wietrze, a dym z ognisk unosił się ku niebu. Z daleka widziałem ruch i aktywność – najwyraźniej główne siły już wróciły z pościgu, i teraz wszyscy przygotowywali się do powrotu do domów.
Gdy zbliżyliśmy się do bram obozu, zostaliśmy przywitani okrzykami i wiwatami. Wieści o naszych wyczynach musiały już dotrzeć do głównych sił, prawdopodobnie przyniesione przez Jorama i jego ludzi, których wysłałem wcześniej z pierwszą partią łupów i jeńców.
Król Saul czekał na nas przy wejściu do obozu, otoczony swoimi dowódcami i strażą przyboczną. Wyglądał imponująco w swojej królewskiej zbroi, z hełmem ozdobionym czerwonymi piórami i purpurowym płaszczem spływającym z jego ramion. Był wysokim, przystojnym mężczyzną, choć jego twarz nosiła ślady trosk i niepokojów, które dręczyły go od początku jego panowania.
Zatrzymałem swoich ludzi w odpowiedniej odległości i podszedłem sam, by złożyć raport królowi. Zgodnie z protokołem, ukląkłem na jedno kolano i schyliłem głowę.
„Wstań, Benajaszu,” – powiedział Saul, a w jego głosie słychać było szczerą radość. „Dobrze się spisałeś, ty i twoi ludzie. Joram opowiedział nam o waszych wyczynach.”
„Dziękuję, królu,” – odpowiedziałem, wstając. „Wykonywaliśmy tylko twoje rozkazy.”
„Z wyjątkową gorliwością i skutecznością,” – zauważył Abner, główny dowódca armii, który stał po prawicy króla. „Nie spodziewaliśmy się, że niewielki oddział zdoła dokonać tak wiele.”
„Filistyńczycy byli zdemoralizowani po śmierci Goliata,” – wyjaśniłem. „Uciekali w panice, bez ładu i składu. To nie była prawdziwa wojna – to był pościg za przestraszonym zwierzyną.”
„Niemniej, twoje zwycięstwa zasługują na uznanie,” – stwierdził Saul. „Szczególnie nocny atak na obóz wroga. To była odważna decyzja, którą podjąłeś na własną rękę.”
Zastanawiałem się, czy w tych słowach nie kryje się subtelna krytyka – w końcu zaatakowałem bez bezpośredniego rozkazu, kierując się własną oceną sytuacji. Ale twarz króla nie zdradzała niczego poza szczerym podziwem, więc odpowiedziałem z pewnością siebie:
„Oceniłem, że sytuacja wymaga natychmiastowego działania. Gdybyśmy czekali, wróg mógłby uciec lub się przegrupować.”
„I miałeś rację,” – potwierdził Saul. „Twoje działania pomogły nam zakończyć tę kampanię szybciej i z mniejszymi stratami, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.”
Stojący obok Abnera mężczyzna o siwej brodzie – rozpoznałem w nim Jonathana, najstarszego syna króla i prawdopodobnego następcę tronu – pochylił się do ucha swojego ojca i szepnął coś, co sprawiło, że Saul skinął głową z aprobatą.
„Mój syn słusznie zauważa, że powinieneś być nagrodzony za swoje zasługi,” – powiedział król. „Od dziś będziesz dowodził nie setką, ale tysiącem wojowników. Wybierz ludzi, którym ufasz, i przygotuj ich do nowych zadań.”
Awans był znaczący – z dowódcy setki na dowódcę tysiąca w jeden dzień! Była to odpowiedzialność, ale i wielki zaszczyt, o którym wielu wojowników mogło tylko marzyć.
„Dziękuję, królu,” – odpowiedziałem, pochylając głowę w geście szacunku. „To wielki zaszczyt. Będę służył Izraelowi i tobie z całych sił.”
„Jestem tego pewien,” – Saul uśmiechnął się, a potem jego wzrok przesunął się na kogoś stojącego za mną. „Ah, oto i nasz młody bohater!”
Odwróciłem się i zobaczyłem Dawida – chłopca, który zabił Goliata, a tym samym zmienił losy tej wojny. Nie widziałem go od momentu, gdy ruszyłem w pościg za wrogiem. Wydawał się inny – nie fizycznie, ale coś w jego spojrzeniu, w sposobie, w jaki się trzymał, się zmieniło. Zdawał się bardziej pewny siebie, bardziej… królewski.
„Dawid, podejdź,” – wezwał go Saul, wyciągając rękę w geście powitania. „Poznaj Benajasza, jednego z moich najdzielniejszych wojowników. To on poprowadził pierwszy atak na Filistyńczyków po twojej walce z Goliatem.”
Dawid podszedł z uśmiechem i skłonił głowę lekko ku mnie – nie jak podwładny wobec przełożonego, ale jak równy wobec równego. Było to subtelne, ale znaczące naruszenie protokołu. Zdumiewające, jak szybko zwyciężenie Goliata zmieniło pozycję tego młodego człowieka.
„Słyszałem o twoich czynach, Benajaszu,” – powiedział, a jego głos brzmiał melodyjnie i pewnie. „To zaszczyt poznać wojownika o takiej odwadze.”
„Zaszczyt jest po mojej stronie,” – odpowiedziałem szczerze. „Twój czyn przewyższa wszystko, czego dokonałem ja i moi ludzie. Bez twojego zwycięstwa nad Goliatem, nie byłoby naszego pościgu ani triumfu.”
„Jahwe walczył tego dnia przez nas obu,” – odparł Dawid z prostotą, która jednocześnie zdradzała głęboką wiarę i pokorę. „Ja byłem tylko narzędziem w Jego rękach, tak jak ty byłeś narzędziem w pościgu za wrogiem.”
Zauważyłem, że Saul przyglądał się naszej wymianie zdań z dziwnym wyrazem twarzy – jakby mieszaniną dumy, zazdrości i niepokoju. Jonathan, natomiast, patrzył na Dawida z niekrytym podziwem.
„Dobrze powiedziane, chłopcze,” – wtrącił się Abner, być może chcąc rozładować dziwne napięcie, które nagle zawisło w powietrzu. „Teraz, mój królu, czy chcesz osobiście przejrzeć łupy i jeńców, których przywiódł Benajasz?”
Saul skinął głową, najwyraźniej zadowolony ze zmiany tematu. Przez następną godzinę pokazywałem królowi i jego dowódcom zdobycze wojenne – broń, zbroje, złoto, srebro i inne wartościowe przedmioty, które zabraliśmy Filistyńczykom. Pokazałem również jeńców, a także zwój, który znalazłem przy ciele Achisza.
„To interesujące,” – powiedział król, oglądając pergamin. „Przekażę to naszym skrybom, aby zobaczyli, czy mogą to odczytać. Być może zawiera cenne informacje o planach wroga.”
Gdy przegląd łupów i jeńców dobiegł końca, Saul ogłosił, że wieczorem odbędzie się uczta na cześć zwycięstwa. Wszystkie oddziały, które brały udział w pościgu, miały zostać uhonorowane, a najdzielniejsi wojownicy nagrodzeni.
„Idź teraz i odpocznij, Benajaszu,” – powiedział mi król na zakończenie. „Zasłużyłeś na to. Wieczorem chcę, byś siedział przy głównym stole, wraz z innymi dowódcami.”
Skłoniłem się i oddaliłem, kierując się do części obozu, gdzie rozlokowani byli moi ludzie. Po drodze mijałem grupy żołnierzy, którzy wiwatowali na moją cześć i wznosili okrzyki pozdrowienia. Moje imię było na ustach wszystkich – Benajasz, zwycięski dowódca, który poprowadził pościg za Filistyńczykami.