– relacja kobiety pomagającej przy narodzinach Mojżesza
Nazywam się Puah. Dziś jestem starą kobietą o drżących dłoniach i przygasłych oczach, ale te dłonie przyjęły na świat więcej dzieci, niż jest gwiazd na niebie w bezchmurną noc. Wiele lat minęło odkąd ostatni raz pomogłam dziecku przyjść na świat, lecz jedno narodzenie pozostanie w mojej pamięci jaśniejsze niż wszystkie inne. Narodziny chłopca, którego fale Nilu poniosły ku przeznaczeniu.
Spisuję te wspomnienia dla moich wnuków i ich dzieci, aby pamiętali, że nawet w najczarniejszej godzinie, gdy faraon i jego siepacze zdają się wszechmocni, odwaga kilku kobiet może zmienić bieg historii. I by nie zapomnieli, że w sercu ich egipskiej babki płynie krew buntowniczki.
Rozkaz faraona
Pamięć nie zawodzi mnie, choć ciało słabnie z każdym dniem. Dokładnie pamiętam dzień, gdy wezwano mnie wraz z Szifrą przed oblicze faraona. Byłyśmy wówczas najbardziej szanowanymi akuszerkami wśród Hebrajczyków, córek Izraela, które faraon uczynił niewolnikami. Choć sama byłam Egipcjanką, spędziłam życie pomagając hebrajskim kobietom przy porodach. Nauczyłam się ich języka, poznałam ich zwyczaje i pokochałam ich Boga, choć nigdy otwarcie tego nie wyznałam.
Pałac faraona olśniewał bogactwem, które przyprawiało o zawrót głowy. Kolumny wznosiły się ku niebu, ściany pokrywały malowidła przedstawiające bogów i zwycięstwa wojenne, a służba wachlarzami z piór strusich chłodziła władcę, gdy nas przed niego prowadzono. Nigdy wcześniej nie stałam przed faraonem. Drżałam, a Szifra ściskała moją dłoń tak mocno, że niemal czułam, jak kruszą się moje stare kości.
Faraon siedział wysoko na tronie z kości słoniowej i złota, spoglądając na nas z mieszaniną pogardy i znudzenia.
– Przyprowadzono akuszerki, o Wielki – oznajmił dostojnik, padając na twarz.
Skłoniłyśmy się nisko, jak nakazywał obyczaj. Serce waliło mi jak młot w piersi.
– Podejdźcie bliżej – rozkazał faraon głosem, który nie znosił sprzeciwu.
Podeszłyśmy o kilka kroków, wciąż z opuszczonymi głowami.
– Spójrzcie na mnie – powiedział, a gdy podniosłyśmy oczy, kontynuował: – Hebrajczycy stają się zbyt liczni. Ich plemię rozrasta się jak chwast, którego nie sposób wyplenić. Coraz trudniej utrzymać ich w posłuszeństwie. Lęgną się jak muchy i pewnego dnia może ich być więcej niż nas, Egipcjan.
Faraon przerwał, przyglądając się nam przenikliwie, jakby chciał odczytać nasze myśli. Potem wstał i podszedł bliżej, tak blisko, że czułam zapach olejków, którymi namaszczano jego skórę.
– Od dziś, gdy będziecie odbierać poród u hebrajskich kobiet, będziecie patrzeć, czy rodzi się chłopiec, czy dziewczynka. Jeśli to dziewczynka, może żyć. Ale jeśli to chłopiec… – zawiesił głos, a jego oczy stały się zimne jak pustynia w nocy. – Zabijecie go natychmiast po urodzeniu. Udusicie albo utopicie, wszystko jedno. Ale żaden hebrajski chłopiec nie może przeżyć. Czy to jasne?
Poczułam, jak nogi uginają się pode mną. Błagałam wszystkich bogów – egipskich i hebrajskiego – by faraon nie dostrzegł przerażenia, które musiało malować się na naszych twarzach. Szifra, starsza i mądrzejsza ode mnie, zdołała odpowiedzieć:
– Jak rozkażesz, o Wielki.
Zostałyśmy odprawione. Gdy tylko znalazłyśmy się poza zasięgiem uszu strażników, Szifra zatrzymała mnie za kolumną i szepnęła:
– Nie zrobimy tego. Nie możemy tego zrobić.
– Ale faraon… – zaczęłam.
– Faraon jest potężny, ale Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba jest potężniejszy – odpowiedziała z pewnością w głosie. – Nie możemy zabijać niewinnych dzieci. Nie obawiaj się, Puah, znajdziemy sposób. Bóg nam pomoże.
Nie podzielałam jej pewności, ale wiedziałam, że ma rację. Nie mogłabym żyć ze świadomością, że moje ręce, które pomagały tylom dzieci przyjść na świat, stały się narzędziami śmierci.
Oszukanie faraona
Przez kolejne miesiące łamałyśmy rozkaz faraona każdego dnia. Gdy rodziły się chłopcy, mówiłyśmy matkom o niebezpieczeństwie i pomagałyśmy im ukryć dzieci. Niektórzy rodzice uciekali z noworodkami na pustynię, woląc zaryzykować niepewny los niż pewną śmierć. Inni ukrywali chłopców w specjalnie przygotowanych skrytkach, ucząc starsze rodzeństwo i sąsiadów, by nie wspominali o istnieniu chłopca żadnemu Egipcjaninowi.
Oszukiwałyśmy strażników, które czasem przychodziły sprawdzać, czy wykonujemy rozkazy faraona. Mówiłyśmy im, że dziecko urodziło się martwe albo że był to kolejny poród dziewczynki. Ci mniej gorliwi przymykali oczy, nie chcąc być świadkami mordowania dzieci. Inni przyjmowali łapówki – kawałek chleba, trochę miodu, cokolwiek, co biedna hebrajska rodzina mogła ofiarować za życie syna.
Ale czułyśmy, że nasze oszustwo nie może trwać wiecznie. Faraon zaczął podejrzewać, że nie wykonujemy jego rozkazów, widząc, że liczba hebrajskich chłopców nie maleje tak szybko, jak oczekiwał. Pewnego dnia znów wezwano nas przed jego oblicze.
– Dlaczego pozwoliłyście żyć hebrajskim chłopcom? – zapytał, a jego głos był cichy i groźny jak syk węża.
Szifra ponownie odezwała się pierwsza, jej głos był spokojny, choć wiedziałam, że drży wewnętrznie:
– O Wielki, hebrajskie kobiety nie są jak Egipcjanki. Są silne jak zwierzęta polne. Zanim zdołamy do nich dotrzeć, one już rodzą.
Patrzyłam w ziemię, bojąc się, że jeśli faraon spojrzy mi w oczy, zobaczy kłamstwo. Ale Szifra mówiła z takim przekonaniem, że nawet ja niemal uwierzyłam w jej słowa.
Faraon milczał długo, zbyt długo. W końcu machnął ręką:
– Wynoście się. Ale pamiętajcie, że mam oczy i uszy wszędzie. Jeśli odkryję, że mnie okłamujecie, wasze życie skończy się w męczarniach.
Gdy wyszłyśmy, nogi miałam jak z waty. Szifra objęła mnie ramieniem:
– Bóg nas ochronił, Puah. On wie, że postępujemy właściwie.
– Faraon nam nie uwierzył – powiedziałam. – On tylko odłożył naszą karę. Co teraz będzie?
Miałam rację. Kilka dni później faraon wydał nowy rozkaz, tym razem skierowany do wszystkich Egipcjan: każdego hebrajskiego chłopca, który się urodzi, należy wrzucić do Nilu. Za ukrywanie dziecka groziła śmierć całej rodzinie. Rozkazał swoim strażnikom przeszukiwać hebrajskie domy, szukając noworodków.
Rozpacz ogarnęła hebrajskie kobiety. Wiele przestało zachodzić w ciążę, bojąc się, co się stanie, jeśli urodzą syna. Inne próbowały wywoływać poronienia, gdy dowiadywały się, że noszą dziecko. Nigdy wcześniej ani później nie widziałam takiego cierpienia.
Jochebed i jej dziecko
Wśród Hebrajek, które znałam najlepiej, była Jochebed z plemienia Lewiego. Pomogłam jej przy narodzinach córki, Miriam, a potem syna, Aarona. Było to jeszcze przed rozkazem faraona. Oboje wyrośli na zdrowe, silne dzieci. Miriam miała już osiem lat i często pomagała matce, a Aaron był zaledwie trzyletnim berbeciem, gdy Jochebed znów zaszła w ciążę.
Przyszła do mnie pewnego wieczoru, gdy zapadł zmrok. Jej oczy były podkrążone od płaczu, a dłonie spoczywały na zaokrąglonym brzuchu.
– Puah – powiedziała cicho – boję się. Czuję, że to chłopiec. Co mam zrobić?
Objęłam ją ramionami, nie znajdując słów pociechy. Prawda była taka, że nie wiedziałam, co jej doradzić. Rozkaz faraona był bezwzględny – każdy hebrajski chłopiec miał zostać wrzucony do Nilu.
– Może się mylisz – powiedziałam w końcu. – Może to dziewczynka.
Jochebed potrząsnęła głową.
– Nie, wiem, że to syn. Bóg przemówił do mnie we śnie. To będzie wyjątkowe dziecko, Puah. Nie mogę pozwolić, by je zabili.
– Może uciekniesz z rodziną na pustynię? – zaproponowałam, choć wiedziałam, jak nikłe są szanse przetrwania dla kobiety w zaawansowanej ciąży, dwojga małych dzieci i jej męża Amrama, który nie był przyzwyczajony do koczowniczego życia.
– Złapaliby nas przed wschodem słońca – odpowiedziała Jochebed. – Nie, musimy znaleźć inny sposób.
Przez kolejne tygodnie spotykałyśmy się potajemnie, rozważając różne możliwości. Czas mijał, a brzuch Jochebed rósł, przypominając nam o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
W końcu nadszedł dzień porodu. Byłam przy Jochebed, gdy wody odeszły. Jej mąż Amram zabrał Miriam i Aarona do sąsiadki, by nie byli świadkami narodzin i nie zdradzili przypadkiem tajemnicy.
Poród był szybki i łatwy, jak to często bywa u kobiet, które już rodziły. Chłopiec przyszedł na świat z głośnym płaczem, jakby protestował przeciwko światu, który chciał go zabić, zanim zdążył w nim zaistnieć. Był piękny – o złocistej skórze, czarnych włosach i niesamowicie intensywnym spojrzeniu.
– Jakie imię mu nadacie? – zapytałam, gdy położyłam dziecko na piersi matki.
– Nie nadamy mu imienia – odpowiedziała Jochebed, a łzy spływały po jej policzkach. – Jak możemy nadać imię dziecku, które wkrótce stracimy?
Ale wtedy spojrzała na syna z taką miłością, jakiej nie widziałam nawet u matek, których dzieci były bezpieczne.
– Jest taki piękny – wyszeptała. – Nie mogę pozwolić, by go zabrali.
I wtedy powzięła decyzję, która miała zmienić losy narodu: postanowiła ukryć syna.
Trzy miesiące strachu
Przez trzy miesiące Jochebed ukrywała dziecko w swoim domu. Był to cud, że nikt ich nie zdradził, bo trudno ukryć obecność noworodka. Kiedy płakał, Jochebed zatykała mu usta piersią, a gdy do domu zbliżali się strażnicy, Amram uciekał z dzieckiem na dach lub do skrytki wykopanej pod ziemią.
Przychodziłam do nich regularnie, przynosząc zioła wzmacniające dla Jochebed i sprawdzając zdrowie dziecka. Z każdym dniem chłopiec rósł i był coraz silniejszy, coraz bardziej świadomy. Zaczął rozpoznawać twarze, uśmiechać się, wydawać dźwięki inne niż płacz. Jochebed nazywała go „mój mały skarb”, „mój książę” albo po prostu „dziecię”, ale dalej nie nadała mu formalnego imienia.
Miriam, mądra nie na swoje lata, stała się strażniczką brata. Wyglądała przez szpary w ścianach, ostrzegając przed zbliżającymi się Egipcjanami. Aaron był zbyt mały, by zrozumieć potrzebę tajemnicy, ale szczęśliwie był też zbyt mały, by wiele mówić.
Jednak wraz z upływem tygodni sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Sąsiedzi zaczęli coś podejrzewać, strażnicy częściej patrolowali okolicę. W końcu Jochebed wezwała mnie pewnego wieczoru, a jej oczy były pełne determinacji.
– Nie możemy dłużej go ukrywać – powiedziała. – Znajdą go i zabiją nas wszystkich. Wymyśliłam inny sposób.
Opowiedziała mi o swoim planie: zrobi koszyk z papirusu, uszczelni go żywicą i smołą, a potem położy dziecko w koszyku i umieści go wśród szuwarów na brzegu Nilu. Miriam będzie obserwować z ukrycia, co się stanie.
– To szaleństwo! – zawołałam. – Dziecko utonie albo zostanie zjedzone przez krokodyle!
– Bóg go ochroni – odpowiedziała z niezachwianą wiarą. – To wyjątkowe dziecko, Puah. Wiem to w głębi serca. A lepiej, by miał szansę przeżycia na Nilu, niż pewną śmierć z rąk strażników.
Nie mogłam temu zaprzeczyć. Z ciężkim sercem pomogłam jej przygotować koszyk, wyścielając go miękką tkaniną, by dziecku było wygodnie. Patrzyłam, jak owijała syna w najlepszy kawałek materiału, jaki miała, i całowała jego czoło, jakby żegnała się na zawsze.
– Idź z nim, Puah – poprosiła mnie. – Ty wiesz, gdzie nad Nilem córka faraona przychodzi się kąpać. Pomóż Miriam umieścić koszyk tak, by prąd zaniósł go tam.
Zdumiona, zapytałam:
– Córka faraona? Co ona ma z tym wspólnego?
– Widziałam ją wiele razy, gdy prałam ubrania w rzece. Ma dobre serce, nie takie jak jej ojciec. Jeśli znajdzie dziecko, może się nad nim zlituje.
Plan był szalony, oparty bardziej na nadziei niż prawdopodobieństwie. Ale czy mieliśmy inny wybór?
Łódka z papirusu
O świcie następnego dnia, wraz z Jochebed, Miriam i dzieckiem, udałyśmy się nad Nil. Było to ryzykowne – grupa kobiet z zawiniątkiem o świcie nad rzeką mogła wzbudzić podejrzenia. Ale szczęśliwie nie spotkałyśmy żadnych strażników.
Nad brzegiem Nilu, wśród szuwarów, Jochebed po raz ostatni przytuliła syna. Szeptała mu do ucha słowa, których nie słyszałam, a potem delikatnie umieściła go w koszyku. Dziecko, jakby wyczuwając powagę chwili, nie płakało.
– Kiedy córka faraona przychodzi się kąpać? – zapytała Jochebed.
– Zazwyczaj po południu, gdy słońce nie jest już tak bezlitosne – odpowiedziałam. – Kąpie się właśnie tutaj, wśród tych szuwarów, ze swoimi służkami.
Miriam, dzielna dziewczynka, kiwnęła głową.
– Będę czekać i obserwować. Jeśli ktoś znajdzie koszyk, będę wiedzieć, co się stało.
Jochebed pogłaskała ją po głowie.
– Mądra z ciebie dziewczynka. Ale bądź ostrożna, nie daj się zauważyć.
Następnie zwróciła się do mnie:
– Puah, nie możesz tu zostać. Jako Egipcjanka wzbudzisz podejrzenia, jeśli będziesz się kręcić wśród szuwarów. Idź do siebie i wróć po południu, gdy sytuacja się wyjaśni.
Miała rację, choć ciężko mi było zostawić je w tej sytuacji. Uścisnęłam ją mocno, po raz ostatni spojrzałam na dziecko w koszyku i odeszłam, modląc się do wszystkich bogów, by ochronili to niewinne życie.
Cały dzień nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Ręce drżały mi tak, że rozbiłam dwa gliniane naczynia. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, nie wytrzymałam i pospieszyłam z powrotem nad Nil.
Z dala zobaczyłam Miriam i Jochebed, idące w stronę ich domu. Jochebed płakała, ale nie była to rozpacz, którą spodziewałam się zobaczyć u matki, która straciła dziecko. To były łzy ulgi.
– Co się stało? – zapytałam, dopadając ich. – Dziecko…?
– Żyje – odpowiedziała Jochebed, a jej głos drżał z emocji. – Córka faraona go znalazła. I zatrzymała.
– Zatrzymała? Jak to możliwe?
Miriam wpadła mi w słowo, jej oczy błyszczały:
– Ukrywałam się w szuwarach, obserwując koszyk. Po jakimś czasie przyszła córka faraona ze swoimi służącymi. Zobaczyła koszyk pływający wśród trzcin i wysłała służącą, by go przyniosła. Gdy otworzyła go i zobaczyła płaczące dziecko, od razu wiedziała, że to hebrajski chłopiec. „To jedno z hebrajskich dzieci” – powiedziała.
– I nie wrzuciła go z powrotem do rzeki? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Nie – Miriam pokręciła głową. – Wyglądała na wzruszoną. Wtedy wyszłam z ukrycia i zapytałam, czy mam jej znaleźć mamkę spośród hebrajskich kobiet, która wykarmiłaby dziecko. Zgodziła się!
– I sprowadziłaś własną matkę – dokończyłam, zaczynając rozumieć. – Córka faraona nie wiedziała, że to matka dziecka.
– Tak – potwierdziła Jochebed, a w jej oczach dostrzegłam blask, jakiego nie widziałam od miesięcy. – Zgodziła się płacić mi za karmienie własnego syna! Moje dziecko będzie żyć, Puah! Będzie wychowywać się w pałacu, jako syn córki faraona. Kto wie, co Bóg dla niego zaplanował?
Nie mogłam uwierzyć w ten zbieg okoliczności, w ten cud. Dziecko skazane na śmierć zostało uratowane przez córkę tego, który nakazał jego zabicie.
– Czy teraz nadacie mu imię? – zapytałam.
– Córka faraona już mu je nadała. Nazwała go Mojżesz, „bo wydobyłam go z wody”.
W pałacu faraona
Przez kolejne miesiące Jochebed karmiła swojego syna, odwiedzając pałac codziennie pod pretekstem pracy jako mamka. Mojżesz rósł zdrowo i silnie, wykazując niezwykłą bystrość umysłu. W wieku trzech lat, gdy został odstawiony od piersi, na stałe zamieszkał w pałacu jako przybrany syn córki faraona.
Nie mogłam go już widywać – jako zwykła akuszerka nie miałam wstępu do królewskiej rodziny. Ale Jochebed, która była zatrudniona w pałacu jako służąca, czasem przynosiła mi wieści. Mojżesz uczył się pisma hieroglificznego, matematyki, historii, wszystkich nauk, które studiowali egipscy książęta. Ale nigdy nie zapomniał o swoim pochodzeniu – Jochebed i Miriam, pracując w pałacu, dbały o to, by znał język i tradycje swego ludu.
Pewnego dnia, wiele lat później, usłyszałam, że młody książę Mojżesz zabił egipskiego nadzorcę, który bił hebrajskiego niewolnika, a potem uciekł na pustynię. Niektórzy uznali to za dowód porażki – wybawca stał się wygnańcem. Ale ja wiedziałam, że jego historia jeszcze się nie skończyła.
I miałam rację. Czterdzieści lat później, gdy byłam już bardzo stara i ledwo widziałam, doszły mnie wieści o człowieku imieniem Mojżesz, który wrócił do Egiptu, by wyprowadzić swój lud z niewoli. Mówiono, że rozmawiał z samym faraonem, żądając uwolnienia Hebrajczyków. Opowiadano o plagach, które spadły na Egipt, gdy faraon odmówił.
Nie dożyłam wyjścia Izraelitów z Egiptu – umarłam kilka dni przed tym, jak opuścili ziemię niewoli. Ale umarłam ze spokojem w sercu, wiedząc, że ten mały chłopiec, którego pomogłam ukryć, stał się wybawcą swego ludu.
Epilog
Czasem zastanawiam się, jak potoczyłaby się historia, gdybyśmy z Szifrą wykonały rozkaz faraona. Gdybyśmy zabijały hebrajskie chłopców zaraz po urodzeniu. Gdybym nie pomogła Jochebed ukryć dziecka i przygotować koszyka. Czy jakieś inne dziecko zostałoby ocalone i wyrosło na wybawcę? Czy Hebrajczycy nadal jęczeliby w niewoli?
Nigdy się tego nie dowiemy. Ale w moich ostatnich dniach pocieszam się myślą, że nawet ja, zwykła akuszerka, mogłam odegrać rolę w wielkim planie, którego nie pojmuję.
Nie wiedziałam wtedy, co wyniknie z narodzin tego dziecka. Nie wiedziałam, że w koszyku ratowaliśmy nie tylko jedno życie, ale przyszłość całego narodu. Nie wiedziałam, że ten chłopiec stanie się człowiekiem, który wyprowadzi swój lud z niewoli i przekaże mu prawo od samego Boga.
Ale rozumiałam jedno: nawet w najciemniejszych czasach, gdy władca wydaje się wszechmocny, a jego dekrety nieodwołalne, można znaleźć sposób, by przeciwstawić się złu. Czasem wymaga to odwagi, by otwarcie powiedzieć „nie”. Innym razem – sprytu, by przekazać dziecko w koszyku z papirusu z nurtem rzeki, prosto w ręce córki faraona.
Moje życie dobiegło końca, ale to, w czym uczestniczyłam, trwa nadal. A ja odchodzę ze świadomością, że moje ręce, które przyjęły na świat setki dzieci, pomogły również narodzić się wolności.