Testament Towarzysza Podróży Tobiasza

Testament Towarzysza Podróży Tobiasza

Niebezpieczna wyprawa w towarzystwie anioła

Zaprawdę, niech przeklęty będzie dzień, w którym zgodziłem się towarzyszyć synowi starego Tobiasza w jego podróży do odległej Medii! Gdybym wiedział, co mnie czeka, nigdy nie przekroczyłbym progu ich domu w Niniwie. Lecz teraz już za późno na żale, a ja, Rafael syn Gabriela, spisuję ten testament jako przestrogę dla wszystkich, którzy kiedykolwiek rozważaliby podjęcie się roli przewodnika dla nadmiernie pobożnych młodzieńców.

Wszystko zaczęło się niewinnie, jak to zwykle bywa z nieszczęściami. Stary Tobiasz, oślepiony ptasimi odchodami (kto by pomyślał, że taki los może spotkać człowieka oddanego Bogu!), wysłał swojego syna, młodego Tobiasza, by odebrał dziesięć talentów srebra, które przed laty zdeponował u krewnego w Raga, mieście Medii. Chłopak potrzebował przewodnika, a ja, nieszczęśnik, akurat szukałem zatrudnienia.

„Jestem Rafael, syn Gabriela z plemienia Neftalego” – przedstawiłem się, gdy spotkałem młodego Tobiasza przy bramie miasta. Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale cóż miałem powiedzieć? „Jestem Rafael, anioł Pański, jeden z siedmiu, którzy stoją przed tronem Najwyższego”? Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w takie słowa, a ja musiałem pozostać w ukryciu, by wypełnić swoje zadanie.

Młody Tobiasz, trzeba przyznać, był miłym chłopcem. Naiwnym jak jagnię prowadzone na rzeź, ale miłym. Jego rodzice przyjęli mnie z otwartymi ramionami, wypytując skwapliwie o moje pochodzenie i rodzinę. Wymyśliłem na poczekaniu całą genealogię, która na szczęście ich zadowoliła. Nie mają pojęcia, jak trudno jest improwizować ludzką tożsamość, gdy przez tysiąclecia było się bytem niebiańskim!

Wyruszyliśmy następnego dnia o świcie. Młody Tobiasz zabrał ze sobą wiernego psa, który już od pierwszych chwil podróży patrzył na mnie z podejrzliwością. Zawsze twierdziłem, że zwierzęta mają ten szczególny dar – widzą więcej niż ludzie. Pies warczał na mnie, ilekroć zbliżałem się do jego pana, jakby wyczuwał moją prawdziwą naturę. Wielokrotnie kusiło mnie, by za pomocą niebiańskiej mocy uciszyć to irytujące stworzenie, ale powstrzymywałem się. W końcu byłem na misji od Najwyższego.

Pierwszego wieczora rozbiliśmy obóz nad rzeką Tygrys. Młody Tobiasz zszedł do wody, by obmyć nogi po całym dniu drogi, gdy nagle z nurtu wyskoczył ogromny, drapieżny sum. „Pomocy, Rafaelu!” – krzyknął przerażony chłopak, a ja westchnąłem ciężko. Czy naprawdę musiałem interweniować w sprawie zwykłej ryby? Najwyraźniej tak, skoro Tobiasz zamarł ze strachu.

„Chwyć ją i wyciągnij na brzeg!” – zawołałem, wiedząc doskonale, że ta konkretna ryba nie stanowi dla niego zagrożenia. Część boskiego planu, jak mi powiedziano przed zejściem na ziemię.

Ku mojemu zaskoczeniu, Tobiasz rzeczywiście złapał rybę i wyciągnął ją na brzeg. Była to imponująca sztuka, większa niż jego ramię.

„Co mam z nią zrobić?” – zapytał, wciąż drżąc z emocji.

„Wypatrosz ją” – poleciłem, krzywiąc się na myśl o tym, co nastąpi. „Ale zachowaj serce, wątrobę i żółć. Będą… przydatne.”

Tobiasz spojrzał na mnie ze zdumieniem. „Przydatne? Do czego?”

„Serce i wątroba tej ryby, gdy się je spali, wytwarzają dym, który odpędza demony” – wyjaśniłem, czując się nieco głupio. Prawdę mówiąc, czułem się jak szarlatan sprzedający cudowne eliksiry na targowisku. „A żółć leczy białe plamy na oczach.”

Tobiasz wybuchnął śmiechem. „Żartujesz, prawda?”

„Czy wyglądam, jakbym żartował?” – odpowiedziałem poważnie, choć w głębi duszy czułem się coraz bardziej nieswojo z powodu tej całej maskarady. Jednak takie były instrukcje z góry – dosłownie z góry.

Młodzieniec przestał się śmiać, widząc mój wyraz twarzy, i zabrał się do patroszenia ryby. Przygotował resztę na kolację, a wskazane organy starannie zapakował w płótno, zgodnie z moimi wskazówkami. Kiedy jedliśmy pieczonego suma, Tobiasz zasypał mnie pytaniami.

„Dokąd dokładnie zmierzamy w Medii?”

„Do Ekbatany” – odpowiedziałem, wiedząc, że za moment nastąpi kolejny etap tej dziwacznej misji. „Mieszka tam twój krewny, Raguel. Ma córkę o imieniu Sara.”

„Sara?” – Tobiasz uniósł brwi. „Czy to z nią powinienem się ożenić, według pradawnego prawa o małżeństwach w obrębie rodziny?”

Przełknąłem ciężko. Oto nadchodziła najtrudniejsza część. „Tak, ale jest pewien… problem.”

„Problem?”

„Sara miała już siedmiu mężów” – powiedziałem ostrożnie. „I wszyscy zginęli w noc poślubną.”

Tobiasz zakrztusił się kawałkiem ryby. „Co takiego?! I ty chcesz, żebym się z nią ożenił?!”

„Spokojnie” – uniosłem ręce w pojednawczym geście. „Jej poprzedni mężowie zostali zabici przez demona o imieniu Asmodeusz. Ale mamy przecież serce i wątrobę ryby, pamiętasz?”

„Jesteś szalony!” – Tobiasz zerwał się na równe nogi. „Nie zamierzam zostać ósmą ofiarą!”

„Posłuchaj mnie” – mój głos stał się nieco bardziej anielski, z nutą niebiańskiej władzy, której zwykle unikałem. „To jest twoje przeznaczenie. Poza tym, pomyśl o nagrodzie – Sara jest jedyną córką Raguela, a on jest bardzo bogaty. Po jego śmierci odziedziczycie wszystko.”

„Co mi po bogactwie, jeśli będę martwy?!” – krzyczał Tobiasz.

Musiałem przyznać, że miał rację. Jednak moim zadaniem było doprowadzić do tego małżeństwa, bez względu na wszystko. Cóż, przynajmniej nikt nie mógł powiedzieć, że praca anioła jest nudna.

„Pokonamy demona” – zapewniłem go. „Zaufaj mi.”

Powoli, bardzo powoli Tobiasz się uspokoił. Resztę wieczoru spędziliśmy w ciszy, każdy pogrążony we własnych myślach. Ja zastanawiałem się, dlaczego ze wszystkich aniołów Najwyższy wybrał właśnie mnie do tej absurdalnej misji. Czy nie byłoby prościej po prostu zesłać błyskawicę i unicestwić Asmodeusza? Albo przemówić do Sary i Tobiasza we śnie, jak to czasem robiliśmy? Ale nie, ja, Rafael, musiałem paradować w ludzkim ciele, prowadząc młodego człowieka na spotkanie z demonem, uzbrojony jedynie w śmierdzące rybne wnętrzności.


Podróż do Ekbatany zajęła nam kilka dni. Przez cały ten czas młody Tobiasz był niespokojny, często odwracał się za siebie, jakby oczekiwał, że demon Asmodeusz podąża naszym śladem. Starałem się go uspokoić, opowiadając historie o krajach, które odwiedziłem (a jako anioł, widziałem ich wiele), ale niewiele to pomagało.

Gdy przybyliśmy do miasta, skierowałem nasze kroki prosto do domu Raguela. Był to okazały budynek, świadczący o zamożności właściciela. Gdy sługa wpuścił nas na dziedziniec, od razu zauważyłem piękną młodą kobietę stojącą w cieniu drzewa terebintu. Sara. Nawet z odległości mogłem dostrzec ciemne kręgi pod jej oczami – ślady niekończącej się żałoby i bezsennych nocy.

Raguel powitał nas serdecznie, szczególnie gdy dowiedział się, że Tobiasz jest jego krewnym. Zaprosił nas na ucztę, a ja obserwowałem, jak wzrok Sary i młodego Tobiasza wielokrotnie się spotyka. Mimo tragedii, która ją spotkała, Sara zachowała w sobie wewnętrzne piękno i delikatność, które najwyraźniej nie umknęły uwadze mojego towarzysza.

Podczas uczty, zgodnie z przewidywaniami, Raguel zaproponował małżeństwo między Tobiaszem a Sarą. Widziałem, jak twarz chłopaka blednie, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wtrąciłem się:

„Tobiasz nie spocznie, nie zje ani nie wypije, dopóki nie ustalisz z nim tej sprawy.”

Posłałem mu znaczące spojrzenie. Plan musiał się powieść, a ja nie miałem zamiaru spędzić na ziemi ani jednego dnia dłużej niż to konieczne. Im szybciej Tobiasz poślubi Sarę i pokona demona, tym szybciej będę mógł wrócić do nieba, z dala od wszelkich rybich wnętrzności i wścibskich psów.

Raguel westchnął ciężko. „Musze być z tobą szczery, chłopcze. Już siedmiu mężów oddałem mojej córce, i wszyscy zginęli, zanim świt nastał.”

Sara spuściła wzrok, a jej oczy napełniły się łzami. Musiałem przyznać, że czułem współczucie dla tej biednej dziewczyny. To nie była jej wina, że demon Asmodeusz upodobał sobie właśnie ją. Tego typu obsesje były typowe dla upadłych duchów – złośliwe, irracjonalne i niezwykle trudne do przezwyciężenia.

„Wiem o wszystkim” – odparł Tobiasz, a jego głos brzmiał pewniej, niż się spodziewałem. „I nie boję się.”

Kłamca. Widziałem, jak jego ręce drżą pod stołem. Ale doceniałem jego odwagę – wielu ludzi, nawet wiedząc o moim anielskim pochodzeniu, nie zdobyłoby się na taki akt męstwa.

Tej nocy, po ceremonii ślubnej, zaprowadziłem Tobiasza na bok i przekazałem mu ostatnie instrukcje.

„Gdy wejdziesz do komnaty ślubnej, weź serce i wątrobę ryby i połóż je na rozżarzonych węglach. Zapach, który się uwolni, sprawi, że demon ucieknie i nigdy nie powróci.”

„A jeśli to nie zadziała?” – szepnął przestraszony Tobiasz.

„Zadziała” – zapewniłem go, chociaż sam miałem pewne wątpliwości. Nigdy wcześniej nie walczyłem z demonami za pomocą rybich wnętrzności. Zwykle używałem miecza płomienistego lub innych niebiańskich broni. Ale takie były wytyczne tej misji, a ja nie śmiałem ich kwestionować.

Gdy Tobiasz i Sara zostali sami w komnacie ślubnej, ja czuwałem na zewnątrz. Widziałem, jak dym z palących się rybich organów unosi się przez szpary w drzwiach i czułem obecność Asmodeusza. Demon pojawił się, jak zwykle, przyciągnięty zapachem dziewicy, ale gdy tylko wyczuł dym z ryby, zawył przeraźliwie i uciekł.

Musiałem go ścigać. To była ta część misji, o której nie wspomniałem Tobiaszowi – musiałem upewnić się, że Asmodeusz zostanie na zawsze unieszkodliwiony. Podążyłem za nim, przybierając moją prawdziwą anielską formę (co, nawiasem mówiąc, jest niezwykle uwalniające po dniach spędzonych w ograniczonym ludzkim ciele).

Demon uciekał na południe, w kierunku pustyń Górnego Egiptu. Tam go dopadłem, związałem niebiańskimi więzami i zamknąłem w odległej, bezludnej dolinie, gdzie miał pozostać na wieki.

Gdy wróciłem do Ekbatany, zastałem radosny dom. Tobiasz i Sara przeżyli noc poślubną, ku ogromnemu zdziwieniu i radości Raguela, który z wdzięczności wyprawił czternastodniowe wesele i przepisał na zięcia połowę swojego majątku. Reszta miała przejść na młodą parę po jego śmierci.

Podczas gdy wszyscy świętowali, ja niecierpliwie czekałem na moment, gdy będziemy mogli ruszyć w drogę powrotną do Niniwy. W końcu moja misja jeszcze się nie zakończyła – musiałem doprowadzić Tobiasza bezpiecznie do domu i przywrócić wzrok jego ojcu za pomocą rybiej żółci.

I tak, po dwóch tygodniach ucztowania, wyruszyliśmy z powrotem. Sara jechała z nami, wraz z licznymi sługami i pokaźnym posagiem. Tobiasz był szczęśliwy, nieustannie dziękując mi za pomoc i przewodnictwo. Gdyby tylko wiedział, ile wysiłku kosztowało mnie utrzymanie tej fasady zwykłego człowieka!

Szczególnie trudne było udawanie, że potrzebuję snu i pożywienia. Każdej nocy, gdy inni spali, ja wpatrywałem się w gwiazdy, tęskniąc za niebiańskimi przestrzeniami. Czasami, gdy byłem pewien, że nikt nie widzi, unosiłem się nieco nad ziemią, by ulżyć moim ludzkim stopom, które, muszę przyznać, wcale nie były stworzone do długich pieszych wędrówek.

W końcu dotarliśmy do Niniwy. Gdy tylko przekroczyliśmy bramy miasta, Tobiasz, niecierpliwy, by zobaczyć rodziców, pobiegł naprzód. Ja podążyłem za nim w bardziej stonowanym tempie, prowadząc Sarę.

Kiedy dotarliśmy do domu starego Tobiasza, zastaliśmy wzruszającą scenę. Stary człowiek, wciąż ślepy, potykając się, wyszedł na spotkanie syna, prowadzony przez swoją żonę, Annę. Ich radość była przejmująca, ale ja miałem jeszcze jedno zadanie do wykonania.

„Tobiaszu” – szepnąłem do młodzieńca. „Weź żółć ryby i natrzyj nią oczy twojego ojca.”

Młody Tobiasz zrobił, jak poleciłem, a ja dyskretnie użyłem mojej anielskiej mocy, by przyspieszyć proces uzdrowienia. Białe plamy na oczach starego człowieka zaczęły się łuszczyć, a po chwili krzyknął z radości:

„Widzę! Synu, widzę cię!”

Nastąpiła kolejna runda wzruszeń i podziękowań, a ja stałem na boku, czekając na odpowiedni moment, by zakończyć moją misję. Ten moment nadszedł wieczorem, gdy stara Anna przygotowała ucztę dla nas wszystkich.

„Muszę wam coś wyznać” – powiedziałem, gdy wszyscy zasiedli do stołu. „Nie jestem tym, za kogo mnie uważaliście.”

Spojrzeli na mnie z zaskoczeniem.

„Nie jestem Rafaelem, synem Gabriela. Jestem Rafael, jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją przed tronem Najwyższego.”

Ich twarze wyrażały niedowierzanie, więc pozwoliłem, by moja ludzka postać na moment rozświetliła się niebiańskim blaskiem. To wystarczyło, by wszyscy padli na twarz, trzęsąc się ze strachu i czci.

„Nie bójcie się” – powiedziałem, przywracając swoją zwykłą, ludzką formę. „Zostałem posłany, by was wspomóc w trudnościach. Teraz moja misja dobiegła końca.”

I zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, zniknąłem, wracając do nieba, który jest moim prawdziwym domem.


Tak kończy się historia mojej podróży z młodym Tobiaszem. Historia, którą spisuję w formie tego testamentu, nie dla śmiertelników, bo ci nigdy go nie przeczytają, ale dla innych aniołów, którzy mogliby otrzymać podobne zadanie.

Jeśli kiedykolwiek Najwyższy pośle cię, byś stał się przewodnikiem dla ludzi, przyjmij tę misję z pokorą, ale bądź przygotowany na absurd, który towarzyszy ludzkiemu życiu. Bądź gotów na kłamstwa, które będziesz musiał wypowiedzieć, by ukryć swoją prawdziwą naturę. Na niewygody ludzkiego ciała i na nielogiczne plany, które będziesz musiał realizować.

Ale przede wszystkim, bądź gotów na przywiązanie, które poczujesz do tych kruchych, śmiertelnych istot. Bo mimo wszystkich ich wad i słabości, jest w nich coś, co sprawia, że Najwyższy tak bardzo je kocha. I może, gdy spędzisz wśród nich wystarczająco dużo czasu, zrozumiesz dlaczego.

Rafael, Archanioł, Przewodnik Podróżnych i Uzdrowiciel, jeden z Siedmiu Stojących przed Tronem Najwyższego

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *