Testament Towarzysza Podróży Macieja

– wspólna misja ewangelizacyjna z nowym apostołem

Wprowadzenie

Ja, Tymoteusz syn Jonasza z Betsaidy, niegdyś rybak, później kupiec, a ostatecznie sługa Ewangelii, kreślę te słowa u schyłku życia, aby pozostawić świadectwo o moim towarzyszu i nauczycielu, apostole Macieju. Piszę to dla was, bracia i siostry w Antiochii, wśród których spędzam ostatnie lata mojego życia, oraz dla wszystkich wspólnot, które poznałem podczas naszych podróży.

Nie jestem uczonym ani prorokiem. Nie posiadam daru pięknego słowa jak Barnaba ani odwagi Piotra. Byłem jedynie towarzyszem podróży, świadkiem i pomocnikiem. Ale to, co widziałem i słyszałem, zasługuje na zapisanie, aby pamięć o apostole Macieju, mężu wybranym przez Boga, nie została zapomniana.

Pierwsze spotkanie

Spotkałem Macieja po raz pierwszy w Jerozolimie, krótko po tym, jak został wybrany na dwunastego apostoła. Była to wiosna, czas Pięćdziesiątnicy. Przybyłem do Jerozolimy z moim ojcem, aby sprzedać ryby i kupić oliwę. Słyszeliśmy już o Jezusie z Nazaretu, o jego ukrzyżowaniu i o pogłoskach, że zmartwychwstał. Wielu w Galilei mówiło o nim jako o proroku, inni twierdzili, że był oszustem. Mój ojciec był sceptyczny, ja – ciekawy.

W dniu Pięćdziesiątnicy byliśmy świadkami niezwykłego wydarzenia. Nagły szum wiatru, języki jakby z ognia, a potem – ci prości galilejscy rybacy i rzemieślnicy przemawiający w językach, których nigdy się nie uczyli. Widziałem Piotra, który przemawiał z mocą, jakiej nie spodziewałbym się po prostym rybaku. Widziałem również Macieja, stojącego nieco z boku, z oczami płonącymi niezwykłym blaskiem.

Tego dnia uwierzyłem. Uwierzyłem, że Jezus jest Mesjaszem, że zmartwychwstał, że przysłał swojego Ducha. Przyjąłem chrzest z rąk Filipa, jednego z siedmiu diakonów. Mój ojciec wściekł się i wrócił do Galilei sam, zapowiadając, że nie ma już syna.

Zostałem w Jerozolimie, dołączając do rosnącej wspólnoty wierzących. Sprzedawałem swoje umiejętności jako rybak i kupiec, aby zarobić na życie, a wieczorami uczestniczyłem w modlitwach i łamaniu chleba w domach wierzących.

To podczas jednego z takich spotkań poznałem bliżej Macieja. Siedział wśród słuchaczy, gdy inni apostołowie przemawiali. Zauważyłem, że słucha uważnie, chwyta każde słowo. Później, gdy większość już się rozeszła, podszedłem do niego.

„Jesteś Maciej, nowy apostoł,” powiedziałem. „Dlaczego nie przemawiasz jak inni?”

Spojrzał na mnie z łagodnym uśmiechem. „Bo wciąż się uczę. Choć chodziłem za Panem od początku, nie byłem wśród Dwunastu za Jego życia. Nie słyszałem wszystkich Jego nauk z pierwszej ręki. Muszę najpierw dobrze poznać Jego słowa, zanim zacznę je głosić innym.”

Jego pokora zrobiła na mnie wrażenie. Mimo statusu apostoła, nie wywyższał się, nie udawał wszechwiedzy. Był gotów uczyć się od innych, nawet jeśli formalnie stał wyżej w hierarchii Kościoła.

„Czy mogę ci jakoś pomóc?” zapytałem, sam nie wiedząc, co miałbym do zaoferowania apostołowi.

„Możesz,” odpowiedział po chwili namysłu. „Znasz języki, prawda? Słyszałem, jak rozmawiałeś z tymi Grekami.”

Przytaknąłem. Jako kupiec musiałem nauczyć się greki i aramejskiego, znałem też trochę łaciny.

„Zamierzam udać się do miast Dekapolis, aby głosić tam Ewangelię. Potrzebuję kogoś, kto zna lokalne dialekty i zwyczaje. Kogoś, kto pomoże mi dotrzeć do ludzi.”

Tak zaczęła się nasza wspólna droga.

Początki misji

Wyruszyliśmy z Jerozolimy dwa tygodnie później. Było nas czterech: Maciej, ja oraz dwaj inni uczniowie – Kleofas i Nikodem. Niewiele mieliśmy ze sobą – torby podróżne, laski, trochę pieniędzy na najpilniejsze potrzeby. Maciej powtarzał słowa Jezusa: „Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski. Wart jest bowiem robotnik swej strawy.”

Naszym pierwszym celem była Jerycho, a stamtąd planowaliśmy udać się na północ, wzdłuż Jordanu, aż do Jeziora Galilejskiego, a następnie do miast Dekapolis.

Już w Jerychu napotkaliśmy pierwsze trudności. Miejscowa synagoga nie była przychylna naszemu nauczaniu. Przełożony zabronił Maciejowi przemawiać, nazywając go „zwolennikiem tego galilejskiego mąciciela”. Nie zraziło to jednak Macieja. Zaczął nauczać na rynku, pod wielkim drzewem sykomory, gdzie gromadziły się kobiety przy studni.

Sposób, w jaki przemawiał, był inny niż u pozostałych apostołów. Nie miał porywającej elokwencji Piotra ani głębokiej wiedzy teologicznej Pawła (którego miałem poznać później). Jego siłą była prostota i autentyczność. Mówił jak człowiek, który naprawdę widział zmartwychwstałego Chrystusa, który naprawdę w Niego wierzył. Nie próbował nikogo przekrzyczeć ani zaimponować uczonością.

„Rabbi Jeszua powiedział: 'Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie’,” zaczynał często. I tłumaczył te słowa w sposób, który poruszał serca prostych ludzi – wdów, handlarzy, rolników, dzieci.

W Jerycho zostaliśmy trzy dni. Piętnaście osób przyjęło chrzest w wodach Jordanu. Nie była to imponująca liczba, ale Maciej wydawał się zadowolony.

„Każda dusza jest ważna dla Pana,” powiedział, gdy wyruszaliśmy dalej. „Nie chodzi o liczby, ale o autentyczność wiary.”

Nauki i metody Macieja

W miarę jak podróżowaliśmy od miasta do miasta, od wioski do wioski, obserwowałem, jak kształtuje się styl nauczania Macieja. Nie był tak bezpośredni jak Piotr, który od razu przechodził do sedna – do ukrzyżowania i zmartwychwstania. Maciej zaczynał często od opowieści z życia Jezusa, od Jego przypowieści i prostych nauk, które łatwo było zrozumieć.

Szczególnie upodobał sobie przypowieści. „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy…” – zaczynał, a ludzie słuchali, bo wszyscy znali gorczycę, wszyscy widzieli, jak z małego ziarenka wyrasta duża roślina. Dopiero gdy wprowadził ich w ten sposób w nauki Jezusa, mówił o zmartwychwstaniu i o tym, co ono oznacza dla nas.

Zauważyłem też, że Maciej przykładał dużą wagę do nauki o miłości nieprzyjaciół. W świecie rzymskiej okupacji, w świecie podziałów między Żydami a Samarytanami, Grekami i barbarzyńcami, było to nauczanie rewolucyjne i trudne. Ale Maciej niestrudzenie je głosił.

„Słyszeliście, że powiedziano: 'Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.’ A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” – cytował słowa Jezusa i tłumaczył je cierpliwie, nawet gdy spotykał się z niezrozumieniem lub odrzuceniem.

Pamiętam, jak w jednej z wiosek w Samarii, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg, miejscowi nie chcieli nas przyjąć, bo byliśmy Żydami. Nocowaliśmy pod gołym niebem, głodni i zmarznięci. Kleofas był wzburzony.

„Panie,” zwrócił się do Macieja, „może jak Eliasz powinniśmy sprowadzić ogień z nieba na tych niewdzięcznych?”

Maciej spojrzał na niego poważnie. „Czy nie pamiętasz, co odpowiedział Pan, gdy Jakub i Jan chcieli uczynić to samo? 'Nie wiecie, jakiego ducha jesteście. Syn Człowieczy nie przyszedł zatracać dusze ludzkie, ale je zbawić.’ Będziemy się modlić za tę wioskę, nie przeklinać ją.”

I przez całą noc, co jakiś czas, słyszałem jak Maciej modli się: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.”

Cuda i znaki

Choć głównym narzędziem ewangelizacji było dla Macieja słowo, zdarzały się też cuda. Nie były one demonstracyjne ani spektakularne, ale zawsze związane z konkretną potrzebą, z konkretnym cierpieniem.

W Betsaidzie kobieta przyniosła swoje chore dziecko, chłopca około siedmiu lat, trawioneego przez febrę. Lekarze nie dawali nadziei. Maciej spojrzał na dziecko, potem na matkę, i zapytał: „Czy wierzysz, że Pan może go uzdrowić?”

„Wierzę,” odpowiedziała z prostotą. „Pomóż mojemu niedowiarstwu.”

Maciej położył ręce na chłopcu i modlił się długo, żarliwie. Nie było błyskawic, nie było spektakularnych efektów. Ale następnego ranka chłopiec wstał, bez gorączki, głodny i pełen energii.

W Gadarze spotkaliśmy człowieka opętanego – nie tak strasznie jak ten, którego Pan uwolnił od legionu, ale wystarczająco, by terroryzował swoją rodzinę i nie mógł funkcjonować. Maciej nie dokonał egzorcyzmu w widowiskowy sposób. Spędził z tym człowiekiem cały dzień, modląc się, przemawiając łagodnie, czasem stanowczo. Pod wieczór człowiek był spokojny, świadomy, uwolniony.

Te cuda nie przyciągały tłumów, nie robiły wielkiego wrażenia na gapiach. Ale zmieniały życie konkretnych ludzi. I o to właśnie chodziło Maciejowi.

„Pan nie przyszedł, by robić pokaz,” tłumaczył nam. „Przyszedł, by służyć, by szukać i zbawić to, co zginęło.”

Prześladowania i trudności

Nie wszędzie nasza misja spotykała się z przyjęciem. W Hippos zostaliśmy aresztowani przez władze miejskie pod zarzutem „wprowadzania zakazanej religii”. Spędziliśmy trzy dni w więzieniu, gdzie Maciej niestrudzenie głosił Ewangelię strażnikom i współwięźniom.

Czwartego dnia przyprowadzono nas przed namiestnika, Rzymianina o imieniu Lucjusz Flavius. Był to człowiek starszy, znużony służbą na prowincji, ale inteligentny i nieufny wobec religijnych fanatyków, którymi w jego oczach byliśmy.

„Jesteście oskarżeni o sianie niepokoju,” powiedział bez wstępu. „O namawianie ludzi do porzucenia kultu bogów imperium na rzecz jakiegoś żydowskiego boga i jego ukrzyżowanego proroka. Co macie na swoją obronę?”

Maciej wystąpił spokojnie. „Dostojny panie,” zaczął, „nie namawiamy nikogo do buntu przeciw cesarzowi ani przeciw prawu. Cesarzowi oddajemy to, co cesarskie – podatki, szacunek, posłuszeństwo w sprawach ziemskich. Ale jest też Bóg, któremu należy się to, co boskie – nasza dusza, nasze sumienie, nasza wiara. Czy to nie jest sprawiedliwy porządek?”

Namiestnik patrzył na niego długo. „Mówisz rozsądnie, jak na religijnego zapaleńca. Ale doniesiono mi, że wasz prorok mówił o sobie, że jest królem. A to już pachnie rebelią.”

„Nasz Pan powiedział: 'Królestwo moje nie jest z tego świata’,” odpowiedział Maciej. „Nie walczymy o ziemskie trony ani o polityczną władzę. Głosimy królestwo miłości, sprawiedliwości i pokoju. Czy to zagraża Rzymowi?”

Lucjusz Flavius milczał przez chwilę, zanim odpowiedział. „Nie wiem, czy zagraża Rzymowi. Ale z pewnością zagraża porządkowi. Ludzie potrzebują prostych zasad i jasnej hierarchii. Wasze nauki o równości wszystkich, o miłości nieprzyjaciół, o wyrzeczeniu się bogactwa – to wywraca ustanowiony porządek.”

„A czy ten porządek jest tak dobry, że nie potrzebuje naprawy?” zapytał cicho Maciej.

Namiestnik uśmiechnął się krzywo. „Może i nie jest. Ale jest nasz. I póki co, to ja tu decyduję.” Zwrócił się do strażników: „Wypuścić ich, ale mają opuścić miasto przed zachodem słońca. I przekazać im jasno: jeśli wrócą, nie będę tak wyrozumiały.”

Opuściliśmy Hippos tego samego dnia, udając się do pobliskich wiosek. Byłem zaniepokojony, ale Maciej wydawał się spokojny.

„Nie bój się,” powiedział, widząc mój niepokój. „Pan jest z nami. A jeśli nas odrzucają, idziemy dalej. Świat jest wielki, a żniwo obfite.”

Kościół w Gergesie

Po kilku miesiącach wędrówki po miastach Dekapolis dotarliśmy do Gergesy. Było to miasto o mieszanej populacji – Żydzi, Grecy, Syryjczycy. Miejsce, gdzie kultury i religie mieszały się, tworząc swoisty tygiel.

Ku naszemu zaskoczeniu, znaleźliśmy tam małą grupę wierzących w Chrystusa. Byli to uczniowie nawróceni przez kogoś, kogo nazywali „człowiekiem uwolnionym od Legionu” – tego samego, którego Jezus uwolnił od demonów, a który potem, wbrew poleceniu Mistrza, głosił w Dekapolis, co Bóg dla niego uczynił.

Ich wiara była niedoskonała, pełna luk i nieporozumień. Czcili Jezusa jako potężnego czarownika, który pokonał demony, ale niewiele wiedzieli o Jego nauce, o Jego śmierci i zmartwychwstaniu.

Maciej spędził z nimi wiele dni, nauczając, korygując, uzupełniając ich wiedzę. Był cierpliwy i wyrozumiały, nie ganił ich za błędy, ale delikatnie prowadził ku pełniejszemu zrozumieniu.

„Nie są mniej warci, bo ich droga do wiary była inna niż nasza,” mówił nam. „Duch wieje tam, gdzie chce.”

W Gergesie pozostaliśmy dłużej niż planowaliśmy, prawie cztery miesiące. Maciej ustanowił tam strukturę gemewy – Kościoła. Wybrał starszych, ustanowił zasady modlitwy i łamania chleba, nauczył ich pieśni, które śpiewaliśmy w Jerozolimie.

Był to pierwszy Kościół, który Maciej założył od podstaw. Nie był duży – około czterdziestu osób – ale był solidny i pełen zapału.

Gdy nadszedł czas naszego odejścia, jedna z nowo nawróconych, wdowa imieniem Tabita, zapytała: „Kiedy wrócisz, nauczycielu?”

Maciej spojrzał na nią z miłością, ale i smutkiem. „Może nigdy, siostro. Świat jest wielki, a robotników mało. Ale pozostawiam was pod opieką Ducha Świętego. On będzie waszym nauczycielem.”

Zanim opuściliśmy Gergesę, Maciej wykonał gest, który później stał się jego zwyczajem przy zakładaniu nowych wspólnot. Napisał list – list zawierający najważniejsze nauki Jezusa, opis Jego śmierci i zmartwychwstania, oraz podstawowe zasady życia chrześcijańskiego. List ten pozostawił w rękach Szymona, najstarszego i najmądrzejszego z tamtejszych wierzących.

„Czytajcie to często, razem, gdy się gromadzicie,” polecił. „To pomoże wam zachować wiarę czystą.”

Nauczanie pogan

Z Gergesy udaliśmy się na północ, w kierunku Damaszku. Po drodze natrafiliśmy na wiele miast i wiosek, gdzie nie było Żydów, tylko poganie – czciciele greckich, rzymskich i lokalnych bóstw.

Dla mnie, wychowanego w tradycji żydowskiej, choć nie ortodoksyjnej, był to trudny teren. Jak mówić o Mesjaszu ludziom, którzy nie znają Prawa i Proroków? Jak wyjaśnić sens ofiary Jezusa tym, którzy nie rozumieją koncepcji grzechu w naszym rozumieniu?

Ale Maciej, ku mojemu zaskoczeniu, odnalazł się w tej sytuacji nadzwyczaj dobrze. Nie zaczynał od cytowania Pism, których poganie nie znali. Zaczynał od ich własnych doświadczeń, od tego, co było im bliskie.

„Widzę, że jesteście bardzo religijni,” mówił na agorze w Kanatha, wzorując się na przemowie Pawła w Atenach, o której słyszeliśmy. „Macie wiele świątyń i wiele posągów bogów. Ale czy te bóstwa słyszą wasze modlitwy? Czy zmieniają wasze życie? Czy dają wam nadzieję po śmierci?”

I opowiadał im o Bogu, który jest jeden, ale nie jest samotny i odległy jak bóstwa filozofów. O Bogu, który tak umiłował świat, że posłał swojego Syna, aby stał się człowiekiem, żył wśród nas, cierpiał jak my i za nas, a potem zmartwychwstał, otwierając drogę do życia wiecznego.

Wielu kpiło, niektórzy byli obojętni, ale zawsze znalazło się kilka osób, które chciały słuchać więcej. I dla tych kilku osób Maciej był gotów zostać dłużej, tłumaczyć, odpowiadać na pytania, które czasem wydawały się naiwne, a czasem zaskakująco głębokie.

Pamiętam młodego Greka, filozofa o imieniu Ariston, który przyszedł do nas w Damaszku. Był sceptyczny, pełen pytań, ale szczery w swoim poszukiwaniu.

„Mówicie, że wasz Bóg jest miłością,” powiedział. „Ale jak miłość może stworzyć świat pełen cierpienia? Jak miłość może pozwolić na zło?”

Maciej nie zbył go łatwą odpowiedzią. Usiedli razem pod drzewem oliwnym i rozmawiali przez wiele godzin. Nie słyszałem całej ich rozmowy, ale pod koniec Ariston wstał i powiedział: „Nie wiem, czy uwierzę w waszego Boga. Ale jeśli istnieje bóg godny wiary, to taki, jak go opisujesz.”

Tydzień później Ariston przyjął chrzest i dołączył do naszej podróży na pewien czas, zanim założył własną szkołę filozoficzną w Antiochii, gdzie nauczał o „filozofii miłości”, jak nazywał chrześcijaństwo.

Trudne pytania

Nie wszystkie pytania miały łatwe odpowiedzi. Nie na wszystkie Maciej potrafił odpowiedzieć w sposób, który zadowalał pytających. Ale to, co mnie w nim ujmowało, to jego uczciwość. Nigdy nie udawał wszechwiedzy, nigdy nie próbował naginać nauki Chrystusa do oczekiwań słuchaczy.

W Palmyrze bogaty kupiec zapytał: „Czy muszę sprzedać wszystko, co posiadam, i rozdać ubogim, aby stać się uczniem waszego Mistrza? Bo jeśli tak, to jest to nauka dla niewielu.”

Maciej nie złagodził słów Jezusa, ale też nie upraszczał. „Pan powiedział bogatemu młodzieńcowi: 'Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!’ Ale to było skierowane do tego konkretnego człowieka, w jego konkretnej sytuacji. Do ciebie Pan może mówić inaczej.”

„A jak mam wiedzieć, co mówi do mnie?” dopytywał kupiec.

„Przez modlitwę, przez czytanie Jego słów, przez wsłuchiwanie się w głos Ducha w twoim sercu. I przez wspólnotę braci i sióstr, którzy pomogą ci rozpoznać, co jest wolą Bożą.”

Nie była to prosta odpowiedź, nie dawała łatwej recepty. Ale była uczciwa. I kupiec docenił tę uczciwość.

List od Pawła

W Antiochii Syryjskiej, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej, dotarł do nas list od Pawła, apostoła pogan, który słyszał o naszej misji i chciał się z nami spotkać. Byłem podekscytowany – Paweł był już wtedy znany w całym Kościele, jego listy były czytane w wielu wspólnotach.

Maciej przyjął wiadomość spokojnie. „Dobrze będzie usłyszeć, co brat Paweł ma do powiedzenia,” stwierdził. „Choć jego droga do Chrystusa była inna niż nasza, służymy temu samemu Panu.”

Paweł przybył dwa tygodnie później, w towarzystwie Barnaby i młodego Marka. Był to człowiek niewielkiego wzrostu, ale o niezwykłej energii i intensywności. Od razu przeszedł do rzeczy.

„Bracie Macieju,” powiedział po wymianie pozdrowień, „słyszałem, że głosisz Ewangelię poganom. Czy wymagasz od nich przestrzegania Prawa Mojżeszowego? Czy nakazujesz im obrzezanie?”

Było to pytanie, które dzieliło wtedy Kościół. Część judeochrześcijan, szczególnie w Jerozolimie, uważała, że poganie nawracający się na wiarę w Chrystusa powinni najpierw stać się prozelitami judaizmu – przyjąć obrzezanie i zobowiązać się do przestrzegania całego Prawa. Paweł stanowczo się temu sprzeciwiał.

Maciej odpowiedział po chwili namysłu: „Nie wymagam obrzezania ani przestrzegania wszystkich przepisów Prawa. Ale uczę ich unikania bałwochwalstwa, nieczystości, krwi i tego, co uduszone – zgodnie z tym, co ustaliliśmy na spotkaniu w Jerozolimie.”

Paweł skinął głową z aprobatą. „To dobrze. Bo Chrystus wyzwolił nas z niewoli Prawa. 'Ku wolności wyswobodził nas Chrystus’ – jak napisałem do braci w Galacji.”

Przez kilka dni Paweł i Maciej rozmawiali długo, dzieląc się swoimi doświadczeniami, dyskutując o trudnych kwestiach teologicznych i praktycznych. Nie zawsze się zgadzali. Paweł był bardziej stanowczy, bardziej radykalny w zrywaniu z tradycją żydowską. Maciej – bardziej umiarkowany, szukający ciągłości między Starym a Nowym Przymierzem.

Ale była to dyskusja braci, nie przeciwników. I ostatniego wieczoru, podczas łamania chleba, Paweł powiedział coś, co głęboko zapadło mi w pamięć:

„Różnimy się w podejściu, bracie Macieju. Ja buduję od nowa, ty – przebudowujesz istniejące struktury. Ale fundamentem dla nas obu jest Chrystus. I to wystarczy.”

Wspólnota w różnorodności

Po spotkaniu z Pawłem nasza misja nabrała nowego wymiaru. Maciej zaczął bardziej świadomie formować wspólnoty wierzących tak, aby mogły istnieć w różnorodności – Żydzi i poganie, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy, mężczyźni i kobiety.

W Laodycei, gdzie powstała jedna z najsilniejszych gemewy, które zakładaliśmy, Maciej wprowadził zasadę, którą później nazwaliśmy „jednością w różnorodności”. Gdy dotarliśmy tam, istniały już dwie małe grupy wierzących – jedna złożona z nawróconych Żydów, druga z nawróconych pogan. Żyły oddzielnie, modliły się oddzielnie, patrzały na siebie z nieufnością.

Maciej nie narzucił im połączenia na siłę. Przez pierwsze tygodnie odwiedzał obie grupy, nauczał, słuchał ich obaw i zastrzeżeń. Dopiero gdy poczuły się wysłuchane i zrozumiane, zaproponował wspólne spotkanie.

„Nie musicie rezygnować z tego, kim jesteście,” powiedział podczas tego spotkania. „Wy, bracia z Żydów, możecie nadal obchodzić szabat, przestrzegać przepisów koszerności, modlić się tradycyjnymi modlitwami. A wy, bracia z pogan, nie musicie przyjmować tych zwyczajów, jeśli nie czujecie takiej potrzeby. Ale jest coś, co musicie robić razem – łamać chleb na pamiątkę Pana, wspólnie się modlić, wspierać się nawzajem, szczególnie w potrzebie.”

Nie było to idealne rozwiązanie, ale działało. Z czasem, jak słyszałem później, te dwie grupy zbliżyły się do siebie, zaczęły się przenikać, aż w końcu różnice między nimi stały się nieistotne wobec tego, co je łączyło – wiary w Chrystusa.

Ostatnia podróż

Po prawie dziesięciu latach wspólnych podróży, głoszenia Ewangelii, zakładania i umacniania wspólnot, nadszedł czas rozstania. Maciej otrzymał wezwanie od Jakuba, brata Pańskiego, który przewodził Kościołowi w Jerozolimie. Prześladowania tam się nasiliły, wielu apostołów zostało zabitych lub musiało uciekać. Potrzebny był ktoś, kto wzmocni tamtejszą wspólnotę.

Nasza ostatnia wspólna podróż prowadziła przez miejsca, które odwiedziliśmy na początku – Damaszek, Gergesę, Hippos. Wszędzie znajdowaliśmy Kościoły, które kiedyś zasadziliśmy, a które teraz rozwijały się własnym życiem. Były to dla mnie wzruszające spotkania – widzieć, jak ziarno, które posialiśmy, wydało plon.

W Gergesie, naszej pierwszej prawdziwej fundacji, zastaliśmy kwitnącą wspólnotę liczącą ponad stu wierzących. Używali wciąż listu, który Maciej im zostawił, choć był już podniszczony od częstego czytania. Przepisali go kilkakrotnie, aby każdy mógł mieć własną kopię.

„Wasza wiara i miłość są dla mnie większą radością niż cokolwiek innego,” powiedział im Maciej podczas naszego pożegnalnego spotkania. „Nie potrzebuję innego świadectwa, że moja praca nie była daremna.”

W Hippos, skąd niegdyś zostaliśmy wygnani, znaleźliśmy małą, ale oddaną gminę, spotykającą się potajemnie w domu kupca imieniem Rufus. Namiestnik Lucjusz Flavius nie żył już, ale jego następca był równie nieufny wobec nowych religii.

„Jesteśmy jak pierwsi chrześcijanie w Rzymie,” powiedział nam Rufus z dumą. „Modlimy się w ukryciu, ale nasza wiara jest jawna.”

Ostatnim punktem naszej podróży był port w Cezarei, skąd Maciej miał popłynąć do Jaffy, a stamtąd udać się do Jerozolimy. Ja miałem zostać w Antiochii, aby wspierać tamtejszą wspólnotę i utrzymywać kontakt z Kościołami, które założyliśmy.

Noc przed rozstaniem spędziliśmy na modlitwie i rozmowie. Maciej wydawał się jednocześnie smutny i pogodny.

„Myślę, że już się nie zobaczymy, przyjacielu,” powiedział w pewnym momencie. „Przynajmniej nie w tym życiu.”

„Dlaczego tak mówisz?” zapytałem zaniepokojony. „Jerozolima jest niebezpieczna, to prawda, ale Pan cię ochroni.”

Maciej uśmiechnął się łagodnie. „Może tak, a może wzywa mnie do ostatecznego świadectwa. Ale nie martwię się o siebie. Martwię się o wspólnoty, które zostawiam.”

„Są silne,” zapewniłem go. „Nauczyłeś ich dobrze.”

„Tak, są silne teraz. Ale czasy się zmieniają. Prześladowania się nasilają. A co gorsza, pojawiają się fałszywi nauczyciele, którzy głoszą inną Ewangelię niż ta, którą otrzymaliśmy od apostołów.”

Było to prawdą. Słyszeliśmy już o ludziach, którzy nauczali, że Jezus był tylko duchem, a nie prawdziwym człowiekiem. O innych, którzy twierdzili, że jest tylko człowiekiem, a nie Bogiem. O takich, którzy mieszali naukę Chrystusa z filozofią grecką lub z mistycznymi kultami wschodu.

„Co można zrobić?” zapytałem.

„To, co już robimy,” odpowiedział Maciej. „Zostawiać pisma – świadectwa o Panu, jego naukach, jego czynach. Formować silnych przywódców, którzy będą strzec depozytu wiary. I ufać, że Duch Święty, którego Pan obiecał, poprowadzi Kościół przez wszystkie burze.”

Następnego ranka odprowadziliśmy Macieja na statek. Był to prosty żaglowiec handlowy, który miał zawinąć do kilku portów przed dotarciem do Jaffy. Maciej uściskał każdego z nas – mnie, Kleofasa, Nikodema i kilku innych uczniów, którzy dołączyli do nas w trakcie podróży.

„Pamiętajcie,” powiedział na koniec. „Nie jesteście sami. Pan jest z wami. I jesteście częścią większej całości – Kościoła, który rozciąga się od Jerozolimy aż po krańce ziemi. Wspierajcie się nawzajem, trwajcie w nauce apostołów, w łamaniu chleba i w modlitwach.”

Były to ostatnie słowa, jakie od niego usłyszałem.

Wieści z Jerozolimy

Minęło kilka miesięcy, zanim dotarły do nas wieści o Macieju. Przyniósł je podróżny z Jerozolimy, wierzący imieniem Jozue, który zatrzymał się w Antiochii w drodze do Rzymu.

Opowiedział nam, jak Maciej stanął przed Sanhedrynem, oskarżony o bluźnierstwo i podburzanie ludu. Jak odważnie bronił wiary w Chrystusa, cytując Pisma, aby dowieść, że Jezus jest obiecanym Mesjaszem.

„Nie odwołał niczego,” powiedział Jozue. „Nawet gdy było jasne, że skazują go na śmierć. Jego ostatnie słowa były modlitwą za tych, którzy go skazali.”

Maciej został ukamienowany poza murami miasta, w miejscu, gdzie kilka lat wcześniej zginął Szczepan. Jozue był tam, widział jego śmierć.

„Umierał jak żył,” powiedział nam. „Z godnością, z wiarą, z miłością nawet do swoich oprawców.”

Wieść o śmierci Macieja rozeszła się szybko po wszystkich Kościołach, które założyliśmy. Wszędzie opłakiwano go jak ojca, jak pasterza, jak nauczyciela. Ale nie było to opłakiwanie bez nadziei. Wierzyliśmy – wierzymy – że Maciej żyje w Chrystusie, i że pewnego dnia znów go zobaczymy.

Dziedzictwo Macieja

Minęło wiele lat od śmierci Macieja. Jestem już starym człowiekiem, jednym z niewielu żyjących, którzy znali apostołów osobiście. Nowe pokolenie wierzących wyrasta, dla których wydarzenia z życia Jezusa są już odległą historią, a pierwsi apostołowie – postaciami niemal legendarnymi.

Dlatego spisuję te wspomnienia – aby zachować pamięć o Macieju, człowieku, który nie należał do pierwotnego grona Dwunastu, który nie był tak znany jak Piotr czy Paweł, ale który wiernie niósł światło Ewangelii do wielu miejsc i do wielu serc.

Czego nauczyłem się od niego przez te lata wspólnej podróży?

Przede wszystkim, że bycie apostołem, bycie chrześcijaninem, nie polega na pozycji czy tytule, ale na życiu zgodnym z nauką Chrystusa. Maciej nigdy nie podkreślał swojego apostolskiego autorytetu, nigdy nie wywyższał się nad innych. Był sługą wszystkich, jak nauczał nasz Pan.

Po drugie, że Ewangelia jest dla wszystkich – Żydów i pogan, wykształconych i prostych, bogatych i biednych. Maciej potrafił rozmawiać z każdym, dostosowując język, ale nigdy nie zmieniając istoty przesłania.

Po trzecie, że jedność nie oznacza jednolitości. Maciej szanował różnorodność w Kościele, wiedząc, że Duch Święty działa na różne sposoby wśród różnych ludzi. Ale zawsze dbał o to, by ta różnorodność nie przerodziła się w podział.

Czwarte, że prawdziwa ewangelizacja dokonuje się przez świadectwo życia, nie tylko przez słowa. Maciej głosił Ewangelię swoim życiem – prostym, oddanym, pełnym miłości do Boga i do ludzi.

I wreszcie, że ostatecznym celem naszej pracy nie jest budowanie własnego królestwa, własnej sławy czy pozycji, ale przygotowanie drogi dla Królestwa Bożego. Maciej nigdy nie dążył do tego, by gminy, które zakładał, były „jego”. Zawsze podkreślał, że są Chrystusowe, i uczył je samodzielności, aby mogły rosnąć nawet wtedy, gdy jego już nie będzie.

Epilog

Dziś, gdy patrzę wstecz na te lata wspólnej misji z Maciejem, jestem pełen wdzięczności. Wdzięczności za jego przewodnictwo, za jego przyjaźń, za jego przykład. Wdzięczności za to, że mogłem być świadkiem dzieła, które Bóg przez niego dokonywał.

Nie wiem, jak historia zapamięta Macieja. Być może jako jednego z mniej znaczących apostołów, tego, który zastąpił Judasza, ale sam nie dokonał niczego spektakularnego. Ale dla mnie, i dla tysięcy ludzi, którzy dzięki niemu poznali Chrystusa, był on kimś więcej – był pasterzem, nauczycielem, przyjacielem.

W ostatnich dniach mojego życia modlę się, aby Kościół zawsze miał takich przywódców – cichych, pokornych, wiernych, kochających. Ludzi, którzy nie szukają własnej chwały, ale chwały Bożej. Ludzi, którzy służą nie z obowiązku, ale z miłości.

Takim człowiekiem był Maciej, dwunasty apostoł, mój nauczyciel i przyjaciel. Niech jego świadectwo trwa w pamięci Kościoła, i niech inspiruje kolejne pokolenia do naśladowania Chrystusa z taką samą wiernością i miłością.

Zakończenie

Ja, Tymoteusz syn Jonasza, towarzysz podróży apostoła Macieja, spisałem te wspomnienia w Antiochii, w dwudziestym siódmym roku po śmierci i zmartwychwstaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa, ku pamięci i zbudowaniu Kościoła.

Niech łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa będzie z wami wszystkimi. Amen.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Biblia, Dzieje Apostolskie, Nowy Testament i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *