– życie po uzdrowieniu i goszczenie Jezusa w domu
Ja, Szymon, zwany niegdyś Trędowatym, spisuję to świadectwo w trzydziestym roku po zmartwychwstaniu naszego Pana, Jezusa Chrystusa, aby moje dzieci i wnuki, a także wszyscy wyznawcy Drogi poznali moją historię i wielkie dzieła, jakich dokonał Mesjasz.
Rozdział I: Świat umarłych
Moje imię jest Szymon, syn Eleazara, z rodu Judy, z miasta Betania nieopodal Jerozolimy. Niegdyś nazywano mnie Szymonem Trędowatym, choć już ponad trzydzieści lat minęło, odkąd ostatni biały płat choroby zniknął z mojego ciała. Dziś jestem starcem o siwej brodzie, otoczonym dziećmi i wnukami, ciesząc się szacunkiem w naszej wspólnocie wyznawców Chrystusa. Lecz nie zawsze tak było.
Miałem trzydzieści pięć lat, gdy zauważyłem pierwszą jasną plamę na przedramieniu. Drobna rzecz – nie większa niż denara rzymskiego. Zlekceważyłem ją, myśląc, że to zwykłe zadrapanie od pracy w kamieniołomie, gdzie zarabiałem na chleb dla swojej rodziny: ukochanej żony Debory i trojga dzieci. Byliśmy wówczas ludźmi zamożnymi – oprócz domu w Betanii posiadałem kilka pól uprawnych, winnicę i udziały w karawanach handlowych zdążających z Damaszku do Egiptu.
Druga plama pojawiła się miesiąc później na szyi. Tym razem pokazałem ją kapłanowi, jak nakazuje Prawo Mojżeszowe. Pamiętam wyraz jego twarzy – mieszaninę litości i odrazy, gdy oznajmił: „Nieczyste! Nieczyste!” Te słowa przekreśliły moje dotychczasowe życie. Od tego dnia, zgodnie z Prawem, musiałem zamieszkać poza osadą, z dala od rodziny, przyjaciół i wszystkiego, co znałem i kochałem.
Osada trędowatych znajdowała się na wschód od Betanii, w suchej, skalistej okolicy. Było tam nas kilkunastu – mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci – wykluczonych ze społeczności, skazanych na powolne umieranie. Nazywaliśmy to miejsce „Światem Umarłych”, bo choć nasze serca biły, a płuca chwytały powietrze, byliśmy już umarli dla świata. Nikt nie wymawiał naszych imion w domach, z których pochodziliśmy. Nikt nie oczekiwał naszego powrotu.
Pierwszych kilka miesięcy były najgorsze. Rozpacz doprowadziła mnie niemal do samobójstwa. Tylko myśl o Deborze i dzieciach powstrzymywała mnie przed rzuceniem się w przepaść. Żona przychodziła czasem na skraj osady, przynosząc jedzenie, które zostawiała na kamieniu. Nie mogła podejść bliżej, nie mogliśmy się dotknąć. Stałem w odległości dziesięciu kroków, z zasłoniętą twarzą, słuchając jej opowieści o domu, o dzieciach, o życiu, które toczyło się beze mnie.
Z czasem choroba postępowała. Plamy pokryły większość ciała, skóra grubiała i łuszczyła się, palce zaczęły się wykrzywiać. Ból stawał się nieodłącznym towarzyszem. W Świecie Umarłych wszyscy dzieliliśmy ten sam los – ten sam ból, tę samą samotność, tę samą powolną utratę człowieczeństwa. Tworzyliśmy osobliwe bractwo wyrzutków, bractwo cierpiących.
W siódmym roku mojej choroby Debora przestała przychodzić. Dowiedziałem się później, że padła ofiarą gorączki, która zabrała jedną piątą mieszkańców Betanii. Nie mogłem nawet pójść na jej pogrzeb, nie mogłem pożegnać kobiety, która była światłem mego życia. Tej nocy, gdy przyniesiono mi wieść o jej śmierci, wyłem z rozpaczy jak zranione zwierzę, aż straciłem głos. Moje dzieci zostały pod opieką brata Debory. Rzadko je widywałem – dorastały bez ojca, ucząc się stopniowo zapominać o jego istnieniu.
Mijały lata. Choroba postępowała, ale w dziwnie powolnym tempie. Niektórzy z moich towarzyszy niedoli umierali po kilku latach, inni – jak ja – trwali w zawieszeniu między życiem a śmiercią. Żebraliśmy przy drogach, krzycząc z daleka „Nieczysty! Nieczysty!”, by ostrzec podróżnych. Niektórzy rzucali nam jałmużnę, inni odpędzali kamieniami. Nauczyłem się być wdzięczny za najmniejszy gest litości, za każdy kawałek chleba rzucony na drogę.
Z czasem przestałem liczyć dni, miesiące, lata. Trąd odebrał mi nie tylko zdrowie, rodzinę, majątek – odebrał mi także poczucie czasu. Żyłem jak we śnie, w niekończącym się koszmarze, z którego nie było przebudzenia.
I wtedy usłyszałem o Nim po raz pierwszy.
Rozdział II: Pogłoski o Uzdrowicielu
Wieści dotarły do nas na początku miesiąca Nisan, przyniesione przez podróżnego kupca, który zostawił nam jałmużnę. Mówił o człowieku z Galilei, nauczycielu i proroku, który uzdrawiał chorych, przywracał wzrok ślepcom, a nawet – jak szeptano – wskrzeszał umarłych. Nazywano Go Jezusem z Nazaretu.
Nie przywiązywałem do tych opowieści większej wagi. W naszym położeniu łatwo było uwierzyć w każdą bajkę, która dawała choć cień nadziei. Przez lata słyszeliśmy o różnych cudownych uzdrowicielach, szarlatanach oferujących kosztowne mikstury, magach z dalekich krain. Żaden z nich nie pomógł. Dlaczego ten Galilejczyk miałby być inny?
Jednak pogłoski nie ustawały. Coraz więcej podróżnych wspominało o Nim, o Jego naukach, o cudach, których dokonywał. Niektórzy twierdzili, że jest prorokiem na miarę Eliasza. Inni – że to Mesjasz, na którego czekaliśmy. Jeszcze inni – że to zwodziciel i buntownik przeciwko Prawu.
A potem stało się coś, co wstrząsnęło naszym małym światem. Jeden z nas, Aaron, pochodzący z wioski koło Jerycha, wrócił pewnego dnia do osady trędowatych z nieprawdopodobną nowiną – jego skóra była czysta, bez jednej białej plamy. Opowiadał, jak spotkał Jezusa na drodze, jak padł przed Nim na twarz, błagając o zmiłowanie, i jak Jezus, zamiast go ominąć jak wszyscy inni, podszedł, dotknął go – dotknął trędowatego! – i rzekł: „Chcę, bądź oczyszczony”. I trąd natychmiast go opuścił.
Aaron przyszedł tylko po swoje rzeczy. Kapłani uznali go za czystego, mógł wrócić do rodziny, do normalnego życia. Patrziliśmy na niego jak na zjawę, niedowierzając własnym oczom. Był dowodem, żywym dowodem, że cuda są możliwe.
Od tego dnia nie myślałem o niczym innym, jak tylko o tym, by odnaleźć Jezusa z Nazaretu. Wypytywałem każdego przechodnia – gdzie jest teraz? Dokąd zmierza? Kiedy będzie w okolicy Jerozolimy? Modliłem się żarliwie, po raz pierwszy od lat, prosząc Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, by dał mi szansę spotkać tego Człowieka.
I moje modlitwy zostały wysłuchane.
Rozdział III: Spotkanie, które zmieniło wszystko
Było to w piętnastym roku mojej choroby, tuż przed świętem Paschy. Jezus zmierzał do Jerozolimy, a Jego droga wiodła niedaleko naszej osady. Gdy tylko dotarła do nas ta wiadomość, kilkunastu z nas, tych, którzy mogli jeszcze chodzić, wyruszyło na drogę.
Stanęliśmy w pewnej odległości, jak nakazywało Prawo, z zasłoniętymi twarzami. Wokół Jezusa tłoczył się tłum ludzi – uczniowie, ciekawscy, chorzy szukający uzdrowienia. Bałem się, że nas nie zauważy, że przejdzie obok, że stracimy tę jedyną szansę. W desperacji zacząłem wołać: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” Inni dołączyli do mnie i wkrótce nasz zbiorowy lament przebijał się przez gwar tłumu.
I wtedy On przystanął. Odwrócił się w naszą stronę, a tłum rozstąpił się, tworząc wolną przestrzeń między Nim a nami. Spojrzał na nas – nie z obrzydzeniem jak inni, nie ze strachem, nie z litością nawet, ale z czymś, co mogę opisać tylko jako bezgraniczną miłość. Jakby widział w nas nie okryte trądem ciała, ale dusze uwięzione w tych ciałach. Jakby znał każdego z nas po imieniu, znał każde cierpienie, każdą łzę, każdą modlitwę.
„Idźcie” – powiedział głosem spokojnym, ale pełnym mocy – „pokażcie się kapłanom.”
Tylko tyle. Nie podszedł do nas, nie dotknął, nie wypowiedział słów uzdrowienia. Tylko te proste słowa: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”.
Spojrzeliśmy po sobie z konsternacją. Po co mielibyśmy iść do kapłanów? Oni znali nasz stan, oni ogłosili nas nieczystymi. Gdybyśmy przyszli do nich nieoczyszczeni, uznaliby to za lekceważenie Prawa.
A jednak… a jednak w słowach Jezusa była taka pewność, taka moc, że nikt się nie zawahał. Gdy tylko On ruszył dalej swoją drogą, my skierowaliśmy się w stronę świątyni. I wtedy, gdy byliśmy w drodze, stał się cud.
Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym to poczułem. Było to jak fala ciepła rozlewająca się po całym ciele od stóp do głów. Nagle skóra przestała swędzieć i boleć. Spojrzałem na swoje ręce – białe plamy bladły na moich oczach, zastępowane przez zdrową, różową skórę. To samo działo się z innymi. Zatrzymaliśmy się wszyscy jak wryci, patrząc na siebie nawzajem z niedowierzaniem, z radością, ze łzami w oczach. Byliśmy czyści. Wszyscy. Po raz pierwszy od lat widziałem twarze moich towarzyszy niedoli bez zniekształceń, bez ran, bez białych plam.
Pierwsze, co zrobiłem, to padłem na kolana, dziękując Bogu za cud. Niektórzy z nas śmiali się histerycznie, inni płakali, jeszcze inni tańczyli w miejscu jak dzieci. Byliśmy jak ludzie, którzy powstali z martwych. W pewnym sensie tak właśnie było – wróciliśmy ze Świata Umarłych do krainy żywych.
Tylko jeden z nas, Józef, zawrócił, by podziękować Jezusowi. Wstyd mi, że nie byłem wśród nich. Byłem zbyt oszołomiony, zbyt skupiony na cudzie, który się dokonał, zbyt spragniony powrotu do życia, które utraciłem. Dowiedziałem się później, że Jezus zapytał: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy nie znalazł się nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?” Józef był bowiem Samarytaninem, a mimo to okazał większą wdzięczność niż my, Żydzi, dzieci Przymierza.
Ta lekcja wdzięczności miała odmienić moje życie.
Rozdział IV: Powrót z martwych
Kapłani nie chcieli wierzyć własnym oczom, gdy nas badali. Jeden z nich – młody lewita o imieniu Natanael – podejrzewał, że to jakaś sztuczka, że nigdy nie byliśmy trędowaci. Ale starszy kapłan, ten sam, który ogłosił mnie nieczystym piętnaście lat wcześniej, poznał mnie od razu. Badał mnie długo i dokładnie, a gdy skończył, wypowiedział słowa, na które czekałem całe te lata: „Czysty. Możesz wrócić do świątyni i do swojego ludu.”
Jak opisać radość tego dnia? Jak wyrazić słowami uczucie, gdy po raz pierwszy od piętnastu lat przekroczyłem próg świątyni, gdy stanąłem w Dziedzińcu Izraelitów, gdy złożyłem ofiarę dziękczynną? Żaden język nie jest w stanie oddać głębi tej wdzięczności, tej radości powrotu.
Ale najtrudniejsze wciąż było przede mną – powrót do domu, do rodziny, która przez te wszystkie lata nauczyła się żyć beze mnie.
Dom w Betanii stał, jak stał, choć zaniedbany. Pracowałem niegdyś na roli, miałem szczęście, że nie roztrwoniono mojego majątku i rodzinnej posiadłości. Po śmierci Debory brat mojej żony, Eleazar, zarządzał moim mieniem w imieniu moich dzieci. Z wdzięcznością muszę przyznać, że uczynił to uczciwie – wszystko, co należało do mnie, zostało mi zwrócone. Moje pola, moja winnica, mój dom – wszystko czekało na powrót dawnego właściciela.
Najtrudniejsze było spotkanie z dziećmi. Najstarsza, Mariam, miała dwadzieścia cztery lata i była już mężatką z własnymi dziećmi. Środkowy, Józef, miał dwadzieścia jeden lat – wyrósł na poważnego młodego mężczyznę, tak podobnego do mnie z czasów młodości, że serce mi pękało. A najmłodsza, Rut, urodzona na kilka miesięcy przed moją chorobą, miała szesnaście lat i nie pamiętała mnie wcale.
Stanąłem przed nimi jak żebrak, niepewny, czy mnie przyjmą, czy uznają za ojca, czy w ogóle będą chcieli mnie znać. Już nie byłem trędowaty, ale byłem obcy – człowiek, który istniał dla nich tylko w opowieściach, widmo z przeszłości, które nagle pojawiło się w drzwiach.
Mariam poznała mnie pierwsza. Może dlatego, że najdłużej mnie znała, a może dlatego, że najbardziej przypominała matkę – tę samą miała łagodność w oczach, ten sam sposób przechylania głowy, gdy czegoś słuchała. Stanęła naprzeciw mnie, patrząc badawczo, a potem, bez słowa, objęła mnie ramionami. Jej dotyk – dotyk drugiego człowieka po tylu latach – był jak ogień i woda jednocześnie, jak ból i ukojenie, jak śmierć i zmartwychwstanie.
„Ojcze” – szepnęła, a w tym jednym słowie zawarte było całe przebaczenie, cała miłość, cała nadzieja.
Józef trwał w bezruchu, z zaciśniętymi pięściami. W jego oczach widziałem gniew – słuszny gniew chłopca, który dorasta bez ojca, który musiał przedwcześnie stać się mężczyzną, który niósł ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Nie podszedł do mnie, nie objął, ale skinął głową w milczącym uznaniu mojego istnienia. To był początek – wiedziałem, że na jego zaufanie i miłość będę musiał zapracować.
Rut stała z tyłu, niepewna, przestraszona. Dla niej byłem obcym człowiekiem, który twierdził, że jest jej ojcem. Nie naciskałem, nie wymagałem. Dałem jej czas, by mnie poznała, by sama zdecydowała, czy chce, bym był częścią jej życia.
Tak zaczął się mój powrót do świata żywych – trudny, bolesny, pełen wyzwań, ale też radości i wdzięczności za każdy oddech, za każdy dotyk, za każdą chwilę spędzoną z rodziną, którą odzyskałem. Miałem dług wdzięczności wobec Jezusa z Nazaretu, dług, którego nie mogłem spłacić. Ale postanowiłem spróbować.
Rozdział V: Dom otwarty dla Mesjasza
Nie wiem, jak Jezus dowiedział się, kim jestem ani jak trafił do mojego domu. Być może jeden z Jego uczniów, być może Józef, który wrócił, by Mu podziękować, wskazał drogę. A może On po prostu wiedział – tak jak wiedział o wielu rzeczach, których zwykły człowiek wiedzieć nie mógł.
Było to kilka miesięcy po moim uzdrowieniu. Odbudowałem swoje życie, swoją relację z dziećmi, swój majątek. Mój dom znów był domem, a nie pustą skorupą. A ja, wbrew radom wielu, którzy mówili, bym zapomniał o przeszłości, nie przestawałem opowiadać o cudzie, jakiego doświadczyłem, o Człowieku, który przywrócił mnie do życia jednym słowem.
Gdy usłyszałem, że Jezus znów jest w okolicy Betanii, posłałem swojego sługę z zaproszeniem. Zaprosiłem Go na ucztę – nie tylko Jego, ale i Jego uczniów, i wszystkich, którzy z Nim wędrowali. Chciałem pokazać moją wdzięczność, oddać hołd, podzielić się z innymi historią mojego uzdrowienia.
Nie byłem pewien, czy przyjmie zaproszenie – słyszałem, że był przyjacielem Łazarza, brata Marty i Marii, którzy mieszkali niedaleko. Ten sam Łazarz, którego Jezus – jak mówiono – wskrzesił z martwych po czterech dniach w grobie. Jeśli te opowieści były prawdziwe, cóż znaczyło moje uzdrowienie wobec takiego cudu? Ale On przyszedł. Przyszedł do mojego domu, przekroczył mój próg, usiadł przy moim stole.
Przyjąłem Go z największymi honorami, jak na kogoś Jego rangi przystało – umyłem Mu nogi, namaściłem głowę olejkiem, posadziłem na honorowym miejscu. Mój dom wypełnił się ludźmi – uczniami Jezusa, sąsiadami, przyjaciółmi, ciekawskimi, którzy chcieli zobaczyć Uzdrowiciela. Mariam przygotowała ucztę obfitszą niż na Paschę – zarżnęliśmy najlepsze jagnię, otworzyliśmy najlepsze wino, ustawiliśmy stoły na dziedzińcu, by pomieścić wszystkich gości.
Jezus nie wyglądał jak ktoś niezwykły. Był niewysoki, o ciemnej karnacji typowej dla ludzi z Galilei, z brodą przyprószoną siwizną, choć nie był stary – miał może trzydzieści trzy, może trzydzieści pięć lat. Jego szaty były proste, ręce – spracowane jak u cieśli. Ale gdy mówił, gdy patrzył na rozmówcę, czuło się Jego obecność jak żaden inny człowiek nie potrafi być obecny – całkowicie, bez reszty, jakby w danej chwili istniał tylko On i osoba, z którą rozmawiał.
Podczas uczty siedziałem blisko Niego, wsłuchany w każde słowo. Mówił o Królestwie Bożym, które nadchodzi, o miłości Ojca do wszystkich, nawet do tych odrzuconych, o przebaczeniu i pojednaniu. Jego nauki były inne niż te, które słyszałem od uczonych w Piśmie – proste, a jednocześnie głębokie, pełne paradoksów i niespodziewanych porównań, które zmuszały do myślenia.
A potem stało się coś, czego się nie spodziewałem.
Środek uczty. Goście rozgrzani winem, rozmowy, śmiech, muzyka. I nagle cisza – nagła, gęsta cisza, gdy przez drzwi weszła kobieta. Znałem ją z widzenia – Maria, siostra Łazarza, kobieta, o której mówiono w Betanii różne rzeczy, nie wszystkie pochlebne. Niosła alabastrowy flakonik, a jej oczy utkwione były w Jezusie, jakby nikogo innego nie było w pomieszczeniu.
Podeszła do Niego, nie zważając na szepty i spojrzenia. Bez słowa rozbiła flakonik i wylała jego zawartość – czysty nard, droższy niż złoto – na głowę Jezusa. Zapach wypełnił cały dom – intensywny, orientalny, odurzający. A potem Maria uczyniła coś jeszcze bardziej szokującego – rozpuściła włosy (czego żadna przyzwoita kobieta nie robi publicznie), uklękła u stóp Jezusa i zaczęła je namaszczać pozostałym olejkiem, a potem wycierać własnymi włosami.
Skandal. Zgorszenie. W moim domu, przy moim stole! Widziałem, jak niektórzy goście odwracają wzrok, jak inni szepczą z dezaprobatą. Jeden z uczniów Jezusa – Judasz, jak się później dowiedziałem – wyraził głośno to, co wielu myślało: „Na co takie marnotrawstwo? Przecież można było sprzedać ten olejek za trzysta denarów i rozdać ubogim!”
Jezus spojrzał na niego spokojnie i odpowiedział: „Zostaw ją. Przechowała to na dzień mojego pogrzebu. Ubogich zawsze macie u siebie, a Mnie nie zawsze mieć będziecie.”
Pogrzeb? Jakie to dziwne słowa na uczcie! Spojrzałem na Jego twarz, szukając wyjaśnienia, i zobaczyłem w Jego oczach smutek – głęboki, nieziemski smutek, jakby widział coś, czego nikt inny nie dostrzegał, jakby niósł ciężar, którego nikt inny nie mógł udźwignąć.
W tamtej chwili nie rozumiałem. Dopiero później, gdy nadeszły wieści o Jego aresztowaniu, o procesie przed Sanhedrynem i Piłatem, o ukrzyżowaniu – dopiero wtedy zrozumiałem, że On wiedział. Wiedział, co Go czeka, a mimo to szedł tą drogą dobrowolnie.
Uczta trwała do późna w nocy. Gdy goście się rozeszli, zaproponowałem Jezusowi i Jego uczniom nocleg. Przyjął zaproszenie. Przygotowaliśmy posłania na tarasie, pod gwiaździstym niebem. Było ciepło, wiosna już w pełni.
Przed snem podszedłem do Niego, by jeszcze raz podziękować – nie tylko za uzdrowienie, ale za to, że przywrócił mi wiarę w dobroć Boga, za to, że dał mi szansę na nowe życie.
„Rabbi” – powiedziałem – „byłem martwy, a Ty przywróciłeś mnie do życia. Jak mogę Ci się odwdzięczyć?”
Spojrzał na mnie tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które sięgało do głębi duszy, i odpowiedział: „To, co uczyniłeś jednemu z tych najmniejszych, Mnieś uczynił. Pamiętaj o tym, Szymonie.”
Nie zrozumiałem wtedy w pełni tych słów. Ale zapamiętałem je i starałem się według nich żyć – otwierając mój dom dla potrzebujących, dzieląc się z ubogimi, pomagając chorym i odrzuconym. Bo teraz wiedziałem, jak to jest być odrzuconym, i wiedziałem, jak wielkim darem jest powrót do wspólnoty.
Rozdział VI: Świadek Zmartwychwstania
Kilka dni po uczcie w moim domu Jezus został aresztowany. Wieści rozeszły się szybko – o zdradzie jednego z uczniów, o procesie, o biczowaniu, o wyroku śmierci. Słyszałem, że tłum, który niedawno witał Go w Jerozolimie okrzykami „Hosanna”, teraz krzyczał: „Ukrzyżuj!”.
Nie miałem odwagi pójść na Golgotę. Wstyd mi się do tego przyznać, ale strach był silniejszy niż wdzięczność. Bałem się, że jeśli wyjdę na zewnątrz, jeśli pokażę, że jestem Jego zwolennikiem, mogę zostać aresztowany. Bałem się utracić na nowo to, co dopiero odzyskałem – rodzinę, dom, życie.
Zamknąłem się więc w domu z dziećmi, czekając na wieści. Przychodziły jedna po drugiej, każda gorsza od poprzedniej – o cierniowej koronie, o niesieniu krzyża, o ukrzyżowaniu, w końcu o śmierci. Z każdą nowiną czułem, jak coś we mnie obumiera – nadzieja, wiara, radość życia. Jak Bóg mógł na to pozwolić? Jak mógł dopuścić, by Ten, który czynił tylko dobro, skończył na krzyżu jak pospolity przestępca?
Sabat po Jego śmierci był najsmutniejszym dniem mego życia. Siedziałem w domu, nie mogąc się modlić, nie mogąc myśleć o niczym innym jak tylko o tym, że Ten, który uratował mnie od śmierci, sam został na nią wydany.
A potem, pierwszego dnia tygodnia, o świcie, ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłem – stała tam Maria, siostra Łazarza, ta sama, która namaściła Jezusa w moim domu. Jej twarz… jej twarz jaśniała radością, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem na ludzkim obliczu.
„On żyje!” – zawołała. „Jezus żyje! Widziałam Go! Rozmawiałam z Nim!”
Nie uwierzyłem. Jak mógłbym uwierzyć? Ludzie nie powstają z martwych. To niemożliwe. Pomyślałem, że ból i smutek pomieszały jej zmysły.
Ale potem przyszli inni – uczniowie, kobiety, które chodziły za Nim, ludzie, którym ufałem. I wszyscy mówili to samo: grób jest pusty, a Jezus ukazuje się swoim wyznawcom.
Nadal nie wierzyłem, choć chciałem wierzyć całym sercem. Aż pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy z dziećmi przy stole, drzwi naszego domu otworzyły się, choć nikt ich nie dotknął. I stanął w nich On – Jezus, którego widziałem martwego, a który teraz stał przede mną żywy.
„Pokój wam” – powiedział po prostu, tak jak zwykł był mówić. Ale teraz te słowa brzmiały inaczej – jakby nie była to tylko formuła pozdrowienia, ale rzeczywiste przekazanie pokoju, który spływał na dom i wszystkich obecnych.
Upadłem na kolana, nie mogąc wydobyć głosu. Moje dzieci zamarły – Mariam i Józef byli sparaliżowani strachem i zdumieniem, tylko Rut, najmłodsza, która nigdy nie znała Jezusa za Jego życia, podeszła bez lęku.
„Pan mój i Bóg mój!” – wyszeptałem w końcu, zapożyczając słowa, które, jak mi później powiedziano, wypowiedział Tomasz, gdy Zmartwychwstały ukazał mu się po raz pierwszy.
Jezus podszedł do mnie, położył dłonie na mojej głowie w geście błogosławieństwa i rzekł: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Ale błogosławieni i ci, którzy zobaczywszy, uwierzyli. Idź i dawaj świadectwo o tym, co widziałeś, Szymonie.”
Spędził z nami tę noc, spożył wieczerzę, rozmawiał, odpowiadał na nasze pytania. Jego ciało było rzeczywiste – nie duch, nie zjawa – mógł jeść, pić, można było Go dotknąć. A jednak było w Nim coś innego, coś, czego nie potrafię opisać – jakby był bardziej realny niż cokolwiek na tym świecie, jakby to On był miarą rzeczywistości, a nie odwrotnie.
Tej nocy moje serce zostało odmienione po raz drugi – pierwszy raz, gdy uzdrowiło mnie z trądu, drugi, gdy ujrzałem Go zmartwychwstałego i uwierzyłem naprawdę, całkowicie, bez cienia wątpliwości.
Rozdział VII: Świadek dla przyszłych pokoleń
Od tamtej nocy minęło trzydzieści lat. Świat zmienił się nie do poznania. Jerozolima została zburzona przez Rzymian, świątynia spalona, nasz naród rozproszony po wszystkich zakątkach Imperium. Ale wspólnota wyznawców Drogi – jak nazywamy siebie my, którzy wierzymy w Jezusa jako Mesjasza – rośnie i rozszerza się mimo prześladowań.
Moje dzieci wyrosły, założyły własne rodziny, urodziły mi wnuki. Mariam i jej mąż zostali wyznawcami Drogi razem ze mną. Józef długo się opierał, ale w końcu i on przyjął chrzest, gdy jego własny syn został uzdrowiony z gorączki po modlitwie apostoła Piotra. Tylko Rut wybrała inną drogę – poślubiła Rzymianina, oficera stacjonującego w Jerozolimie, i wyjechała z nim do Italii. Modlę się za nią codziennie, ufając, że Bóg doprowadzi ją w swoim czasie do prawdy.
Mój dom w Betanii stał się miejscem spotkań dla wyznawców Drogi. Tu gromadzimy się na Łamanie Chleba, tu czytamy listy apostolskie, tu wspominamy nauki i cuda Jezusa. Jestem jednym z ostatnich, którzy widzieli Go na własne oczy, jednym z ostatnich świadków. Dlatego spisuję te wspomnienia – by zachować pamięć o tym, co widziałem i słyszałem, dla tych, którzy przyjdą po nas.
Mój czas dobiega końca. Czuję to w kościach, w oddechu, który staje się coraz płytszy, w sercu, które coraz częściej gubi rytm. Ale nie boję się śmierci. Jak mógłbym się bać, skoro widziałem Tego, który śmierć pokonał? Jak mógłbym się bać, skoro wiem, że po drugiej stronie czeka Ten, który uleczył mnie z trądu, a potem z innego, znacznie poważniejszego trądu – z niewiary?
Żyłem dwa razy – raz, gdy urodziła mnie matka, drugi raz, gdy Jezus wyrwał mnie ze Świata Umarłych i przywrócił do życia. A teraz czeka mnie trzecie narodziny – do życia, które nie zna końca.
Kiedy wspominam te wszystkie lata, czuję przede wszystkim wdzięczność. Za każdy dzień, każdy oddech, każdy posiłek spożyty z bliskimi, każdą chwilę przeżytą w pełni. Za wszystko, co dawniej uważałem za oczywiste, a co okazało się bezcennym darem – za dotyk, za smak, za zapach, za możliwość przytulenia dzieci.
Ale najbardziej jestem wdzięczny za to, że dane mi było spotkać Jego – Jezusa z Nazaretu, Mesjasza, Syna Bożego, Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Że dane mi było gościć Go w moim domu, słuchać Jego słów, widzieć Jego cuda, dotknąć Jego zmartwychwstałego ciała.
Moje życie nie było doskonałe. Popełniałem błędy, upadałem, zawodziliśmy. Ale dzięki Jego miłości i przebaczeniu zawsze mogłem powstać. I o to właśnie chodzi w świadectwie, które pozostawiam – nie o to, że byłem idealnym naśladowcą Jezusa, ale o to, że On jest idealnym Zbawicielem, który kocha nawet takich niedoskonałych uczniów jak ja.
Jeśli czytasz te słowa, kimkolwiek jesteś i w jakichkolwiek czasach żyjesz, wiedz, że Jezus, którego spotkałem, jest tym samym Jezusem, którego możesz spotkać i ty. Może nie zobaczysz Go fizycznymi oczami, jak ja, ale możesz poznać Go sercem. Bo On jest wciąż żywy, wciąż działa, wciąż uzdrawia – nie tylko ciała z trądu, jak moje, ale i dusze z grzechu, który jest znacznie gorszym trądem.
Ja, Szymon, niegdyś zwany Trędowatym, teraz zwany Świadkiem, spisałem to świadectwo w Antiochii, gdzie schroniłem się po upadku Jerozolimy. Niech przetrwa, gdy mnie już nie będzie, jako świadectwo dla przyszłych pokoleń o tym, co widziałem i słyszałem, i czego doświadczyłem.
Epilog
Dopisek Tymoteusza, ucznia Szymona:
Szymon, syn Eleazara, podyktował mi ten testament na kilka dni przed śmiercią. Odszedł spokojnie, otoczony dziećmi i wnukami, w trzydziestym drugim roku po Zmartwychwstaniu naszego Pana. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Widzę Go. Stoi z otwartymi ramionami.”
Zgodnie z jego życzeniem, pochowaliśmy go w Antiochii, a na jego grobie wyryliśmy słowa: „Tu spoczywa Szymon, który dwukrotnie narodził się na tej ziemi i raz odszedł do wieczności.”
Niech jego świadectwo umocni wiarę tych, którzy będą je czytać.
„A oni zwyciężyli go przez krew Baranka i przez słowo ich świadectwa, i nie umiłowali swego życia aż do śmierci.” – Z Apokalipsy Jana Apostoła