Historia Maksymiliana Marii Kolbe widziana oczyma strażnika
Rozdział I: Przybysz z Niepokalanowa
Pamiętam dokładnie ten dzień – 28 maja 1941 roku. Stałem na rampie obozu koncentracyjnego Auschwitz, obserwując kolejny transport więźniów. Byłem wówczas młodym strażnikiem SS, Hans Mueller, dwudziestoczteroletni żołnierz przekonany o słuszności swojej służby dla Rzeszy. Wychowany w duchu narodowego socjalizmu, wierzyłem w każde słowo propagandy, którą karmiono nas od lat. Więźniowie byli dla mnie numerami, podludźmi, wrogami państwa niemieckiego.
Tego dnia jednak coś było inaczej. Wśród nowo przybyłych zauważyłem mężczyznę, który wyróżniał się spokojem. Podczas gdy inni więźniowie mieli w oczach strach, rozpacz lub gniew, on patrzył jakby… z litością. Nie na siebie, ale na nas – strażników. To było absurdalne. Człowiek, któremu właśnie odebrano wolność, godność, może nawet życie, patrzył na swoich oprawców ze współczuciem.
Sprawdziłem listę transportową. Rajmund Kolbe, ksiądz katolicki, numer obozowy 16670. Franciszkanin z jakiegoś Niepokalanowa. Kolejny wróg Rzeszy, pomyślałem wtedy. Polska inteligencja, duchowieństwo – wszyscy oni mieli zostać unicestwieni według planów naszego wodza. A jednak coś w tym człowieku nie dawało mi spokoju.
Pierwszego dnia obserwowałem, jak przechodził przez standardową procedurę przyjęcia. Rozebranie do naga, golenie głowy i całego ciała, dezynfekcja, otrzymanie pasiaka. Większość ludzi w tym momencie traciła ostatnie resztki godności. On jakby tego nie zauważał. Gdy inny więzień, młody chłopak, zaczął płakać podczas golenia, Kolbe położył mu dłoń na ramieniu. Nie powiedział nic – rozmowy były zabronione – ale ten gest wystarczył. Chłopak się uspokoił.
Przydzielono go do bloku 17, a potem do bloku 14. Ciężka praca fizyczna przy budowie muru wokół krematorium. Dla księży zawsze wybierano najgorsze zadania – to był element polityki obozu. Duchowni mieli być poniżani, łamani, pokazywani jako przykład bezsilności Boga wobec potęgi Trzeciej Rzeszy.
Patrzyłem, jak dźwiga ciężkie kamienie, jak upada pod ich ciężarem, jak inni kapo biją go, gdy nie nadąża. A on wstawał i dalej pracował. Bez skargi, bez przekleństw, które były codziennością w ustach innych więźniów. Co więcej, gdy widział, że ktoś słabszy nie daje rady, starał się pomóc, często biorąc na siebie dodatkową pracę.
„Ten ksiądz jest głupi czy święty?” – zapytał mnie pewnego dnia Karl, inny strażnik, obserwując jak Kolbe oddaje swoją kromkę chleba choremu więźniowi.
„Głupi” – odpowiedziałem wtedy, choć w głębi duszy zaczynałem mieć wątpliwości.
W obozie panował głód. Racjonowany chleb i wodnista zupa ledwo wystarczały do przeżycia. Każdy kęs był na wagę życia. A on rozdawał swoje jedzenie. Wieczorami, gdy więźniowie wracali do bloków, słyszałem, jak szepcze modlitwy. Inni więźniowie garnęli się do niego, jakby jego obecność dawała im siłę.
Pewnego razu byłem świadkiem, jak kapo Hans Bock, szczególnie okrutny człowiek, znęcał się nad Kolbe. Kazał mu nosić deski do budowy, ale za każdym razem, gdy ksiądz je przyniósł, Bock rzucał je z powrotem, krzycząc, że są nie te. To trwało godzinami. Kolbe ani razu nie zaprotestował, nie pokazał gniewu. Bock w końcu się zmęczył tą zabawą, ale ja nie mogłem zapomnieć wyrazu twarzy księdza – nie było w niej nienawiści, tylko jakieś dziwne zrozumienie.
Zacząłem go obserwować częściej. Zauważyłem, że mimo głodu i wycieńczenia, zawsze znajdował siłę, by pocieszyć innych. Nauczył się podstaw niemieckiego i często tłumaczył polecenia tym, którzy nie rozumieli, ratując ich przed biciem. Gdy ktoś umierał, szeptał modlitwy, ryzykując karę.
Pamiętam noc, gdy jeden z więźniów w jego bloku, młody żydowski chłopiec, umierał na czerwonkę. Wszyscy trzymali się od niego z daleka, bojąc się zarażenia. Kolbe położył jego głowę na swoich kolanach i trzymał go za rękę, aż chłopiec skonał. Potem zamknął mu oczy i modlił się po hebrajsku – skąd znał tę modlitwę, nie wiem do dziś.
„Ten ksiądz kiedyś cię zmiękczy, Hans” – żartował Karl. „Uważaj, bo jeszcze zaczniesz wierzyć w jego Boga.”
Śmiałem się wtedy z tych słów, ale prawda była taka, że Kolbe już zaczynał burzyć mój świat. Wszystko, w co wierzyłem, wszystkie ideały, którymi żyłem, zaczynały pękać pod wpływem obserwacji tego jednego człowieka.
Pewnego dnia, gdy pilnowałem komanda pracującego przy rozbudowie bloków, zobaczyłem jak Kolbe upada. Był już bardzo słaby – dwa miesiące obozu zrobiły swoje. Leżał w błocie, próbując się podnieść. Podszedłem do niego, przygotowany do kopnięcia – tak należało postąpić z leniwym więźniem. Ale gdy na mnie spojrzał, znów zobaczyłem w jego oczach to samo współczucie co pierwszego dnia.
„Dziękuję” – wyszeptał po niemiecku, jakbym mu pomógł, a nie zamierzał skopać.
Odwróciłem się i odszedłem. Nie mogłem go uderzyć. Po raz pierwszy w mojej służbie w Auschwitz nie mogłem wykonać tego, co było moim obowiązkiem. To był moment, gdy zrozumiałem, że ten człowiek jest silniejszy ode mnie. Nie fizycznie – fizycznie był już wrakiem. Ale jego duch, jego wiara, jego miłość były czymś, czego nie mogliśmy złamać.
Wieczorem tego dnia siedziałem w swojej kwaterze i po raz pierwszy od przyjazdu do obozu zastanawiałem się, co ja tu właściwie robię. Kim jestem? Kim się stałem? Wychowano mnie w przekonaniu, że jestem przedstawicielem rasy panów, że moja misja jest szczytna. A tu jeden wyniszczony ksiądz pokazywał mi swoim przykładem, że to wszystko kłamstwo.
Rozdział II: Bunt w Sercu
Lipiec 1941 roku przyniósł w obozie wzrost napięcia. Coraz więcej więźniów próbowało ucieczek, co spotykało się z brutalnymi represjami. Za każdego uciekiniera wybierano dziesięciu więźniów z jego bloku i skazywano na śmierć głodową. To była jedna z najokrutniejszych kar w Auschwitz – zamykano wybranych w bunkrze głodowym, gdzie bez jedzenia i wody czekali na śmierć.
Obserwowałem, jak ta świadomość wpływała na więźniów. Strach przed odpowiedzialnością zbiorową powodował, że pilnowali się nawzajem. Niektórzy donosili na tych, którzy planowali ucieczkę. Solidarność więźniów, o którą tak dbał Kolbe, zaczynała pękać.
Ksiądz starał się temu przeciwdziałać. Wieczorami, ryzykując karę, organizował potajemne modlitwy i rozmowy. Przekonywał, że nie mogą pozwolić, by obóz zniszczył ich człowieczeństwo. Mówił o miłości, o przebaczeniu, o nadziei. Dla mnie, wychowanego w kulcie siły i bezwzględności, te słowa były czymś zupełnie obcym, a jednocześnie… pociągającym.
Pewnego wieczoru, gdy miałem nocną wartę, przechodziłem koło bloku 14. Przez szparę w deskach widziałem, jak Kolbe siedzi otoczony przez innych więźniów. Mówił cicho, ale w nocnej ciszy mogłem usłyszeć jego słowa:
„Cierpienie ma sens tylko wtedy, gdy przyjmujemy je z miłością. Nasi oprawcy też są ofiarami – ofiarami zła, które zaślepiło ich serca. Nie możemy odpowiadać nienawiścią na nienawiść, bo wtedy zło zwycięży. Nasza siła jest w tym, że potrafimy kochać nawet tych, którzy nas krzywdzą.”
Chciałem tam wejść, rozpędzić to zgromadzenie, ukarać Kolbe za łamanie regulaminu. Ale stałem jak sparaliżowany. Czy on mówił też o mnie? Czy ja byłem jedną z tych „ofiar zła”? Po raz pierwszy poczułem coś, co mogę nazwać tylko wstydem.
Następnego dnia obserwowałem go podczas pracy. Był coraz słabszy, ledwo trzymał się na nogach. Kapo Krott, znany z sadyzmu, wybrał go sobie za cel dnia. Bił go kijem, kopał, wyzywał. Kolbe przyjmował wszystko w milczeniu. W pewnym momencie Krott uderzył tak mocno, że ksiądz upadł i już nie wstał.
„No dalej, polska świniu!” – krzyczał Krott. „Wstawaj, albo zabiję cię na miejscu!”
Kolbe próbował się podnieść, ale nie miał siły. Wtedy stało się coś niewiarygodnego. Inni więźniowie, ryzykując własne życie, zaczęli mu pomagać. Jeden podał rękę, drugi podtrzymał. W normalnych warunkach zostaliby za to zabici, ale było ich zbyt wielu. Krott wycofał się, mamrocząc przekleństwa.
Ten moment był dla mnie przełomowy. Zobaczyłem siłę, której nie można było złamać biciem ani głodem. Siłę, która pochodziła z czegoś, czego nie rozumiałem, ale co było realne i namacalne.
Wieczorem poszedłem do kwatery i napisałem list do matki. Pierwszy od miesięcy. Nie pisałem o obozie – to było zabronione. Pisałem o tym, że zacząłem myśleć o sensie życia, o tym, co jest naprawdę ważne. Matka była prostą kobietą z Bawarii, wychowała mnie w wierze katolickiej, choć później, w Hitlerjugend, wyrugowano ze mnie religię. Teraz, patrząc na Kolbe, zaczynałem wspominać jej nauki.
Dni mijały, a stan księdza się pogarszał. Dowiedziałem się od innych więźniów, że cierpi na gruźlicę, chorobę, która w warunkach obozowych była wyrokiem śmierci. Mimo to nie przestawał pomagać innym. Gdy zachorował jeden z młodszych więźniów, Kolbe oddał mu swój koc, sam śpiąc na gołych deskach.
Pewnej nocy miałem sen. Śniła mi się moja matka, która patrzyła na mnie ze smutkiem. „Hans,” mówiła, „co się z tobą stało? Gdzie jest mój dobry chłopiec?” Obudziłem się zlany potem. Ten sen prześladował mnie przez następne dni.
Zacząłem, sam przed sobą się tego wypierając, pomagać Kolbe. Gdy nikt nie patrzył, zostawiałem dodatkowy kawałek chleba w miejscu, gdzie pracował. Gdy kapo chciał go bić, znajdowałem pretekst, by odwołać go gdzie indziej. To było szaleństwo – gdyby ktoś się zorientował, sam trafiłbym do bunkra, albo gorzej. Ale nie mogłem inaczej.
Karl zauważył zmianę w moim zachowaniu.
„Co z tobą, Hans? Jesteś jakiś inny ostatnio.”
„Nic, tylko ten obóz zaczyna mnie męczyć.”
„Uważaj,” ostrzegł. „Commandant Höss nie lubi, gdy strażnicy okazują słabość.”
Miał rację. Rudolf Höss był bezwzględny nie tylko dla więźniów, ale i dla własnych ludzi. Jeden przejaw współczucia mógł oznaczać koniec kariery, a nawet życia.
Mimo to nie mogłem przestać obserwować Kolbe. Był jak żywy wyrzut sumienia, chodzące przypomnienie, że istnieje inny sposób życia niż ten, który wybrałem. Jego obecność sprawiała, że zacząłem kwestionować wszystko – rozkazy, ideologię, sens mojej służby.
Pewnego dnia byłem świadkiem rozmowy Kolbe z młodym esesmanem, Franzem. Franz był nowy, miał może osiemnaście lat. Kolbe potknął się, niosąc cegły, i Franz podbiegł, by go kopnąć. Ale gdy zobaczył twarz księdza, zawahał się.
„Dlaczego nie uciekasz przed ciosem?” – zapytał Franz po polsku, którego nauczył się trochę w obozie.
„Bo wtedy ty musiałbyś mnie mocniej uderzyć,” odpowiedział Kolbe. „A ja nie chcę, żebyś musiał być bardziej okrutny niż jesteś.”
Franz stał jak sparaliżowany. Potem odwrócił się i odszedł. Widziałem, że miał łzy w oczach. Później dowiedziałem się, że poprosił o przeniesienie do innej jednostki. Nie mógł już służyć w Auschwitz.
To była siła Kolbe – nie walczył z nami bronią czy siłą. Walczył miłością i przebaczeniem, a to były bronie, przeciwko którym nie mieliśmy obrony. Nasza ideologia, nasz trening, nasza propaganda – wszystko to było bezsilne wobec człowieka, który odpowiadał na nienawiść miłością.
Pod koniec lipca atmosfera w obozie zgęstniała. Było coraz więcej prób ucieczek, coraz więcej egzekucji. Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, zanim ktoś z bloku 14 spróbuje uciec. A wtedy Kolbe, jak wszyscy z tego bloku, będzie zagrożony.
Rozdział III: Dzień Próby
Ranek 30 lipca 1941 roku rozpoczął się jak każdy inny w Auschwitz. Poranna zbiórka, apel, liczenie więźniów. Ale coś było nie tak – brakowało jednego człowieka z bloku 14. Alarm. Psy. Poszukiwania. Po kilku godzinach było jasne – ktoś uciekł.
Wieczorem, gdy więźniowie wrócili z pracy, czekał ich Lagerführer Karl Fritzsch. Znałem go dobrze – był jednym z najbardziej bezwzględnych ludzi w obozie. Jego decyzje były ostateczne i nieodwołalne.
„Jeden z waszych towarzyszy uciekł,” krzyczał Fritzsch. „Zgodnie z regulaminem, dziesięciu z was umrze śmiercią głodową. To będzie lekcja dla wszystkich, którzy myślą o ucieczce.”
Więźniowie stali w szeregu, drżąc. Każdy wiedział, co to oznacza. Bunkier głodowy był najgorszą śmiercią w Auschwitz. Bez jedzenia, bez wody, w ciemności, więźniowie schodzili powoli, często w obłędzie.
Fritzsch zaczął wybierać. Przechodził wzdłuż szeregu, wskazując palcem.
„Ty… ty… ty…”
Każde wskazanie było wyrokiem. Wybrani mężczyźni bladli, niektórzy płakali, inni stali jak skamieniałi.
Gdy Fritzsch wskazał na Franciszka Gajowniczka, ten załamał się.
„Moja żona! Moje dzieci!” – krzyczał po polsku. „Kto się nimi zaopiekuje? Moje biedne dzieci!”
To był moment, który zmienił wszystko. Z szeregu wystąpił Kolbe. Spokojnie, z godnością, jakby szedł odprawić mszę, a nie na śmierć.
„Herr Kommandant,” powiedział po niemiecku, zdejmując czapkę. „Proszę o pozwolenie zamiany.”
Fritzsch zatrzymał się, zaskoczony. To było bezprecedensowe. Nikt nigdy nie zgłaszał się dobrowolnie do bunkra głodowego.
„Co? Kim jesteś?”
„Jestem polskim księdzem katolickim. Jestem stary i schorowany. Ten człowiek ma żonę i dzieci. Jest młody, potrzebny. Ja chcę zająć jego miejsce.”
Cisza, która zapadła, była niesamowita. Tysiące więźniów stało bez ruchu. Nawet strażnicy byli w szoku. Ja sam poczułem, jak coś ściska mnie w gardle.
Fritzsch patrzył na Kolbe długo, bardzo długo. Wreszcie machnął ręką.
„Gewährt. Przyjęte. Zabierzcie tego księdza.”
Gajowniczek upadł na kolana. Chciał coś powiedzieć, ale Kolbe położył mu rękę na głowie, jak do błogosławieństwa, i szepnął coś po polsku. Potem spokojnie dołączył do grupy skazańców.
Patrzyłem, jak prowadzą ich do bloku 11, do podziemi, gdzie znajdowały się cele głodowe. Kolbe szedł wyprostowany, podczas gdy inni musieli być niemal niesieni. Niektórzy więźniowie płakali otwarcie. Nawet niektórzy strażnicy odwracali wzrok.
Tej nocy nie mogłem spać. Ciągle widziałem tę scenę – człowieka dobrowolnie idącego na śmierć za kogoś, kogo prawie nie znał. To było wszystko, czego nas uczono, że nie istnieje. Altruizm, poświęcenie, miłość bliźniego – to miały być słabości, które nasza ideologia miała wykorzeniać. A tu jeden człowiek pokazał, że te „słabości” są największą siłą.
Następnego dnia zostałem przydzielony do warty przy bloku 11. To był przypadek, a może przeznaczenie. Mogłem słyszeć, co dzieje się w celach głodowych.
Zwykle stamtąd dochodziły krzyki, błagania, przekleństwa. Więźniowie w agonii głodu i pragnienia często tracili rozum, bili się między sobą, wyli jak zwierzęta. To było piekło na ziemi.
Ale z celi, gdzie był Kolbe, dochodziło… śpiewanie.
Nie mogłem w to uwierzyć. Schodziłem do piwnicy pod pretekstem kontroli. Rzeczywiście – z celi dochodziły pieśni religijne, modlitwy. Kolbe prowadził pozostałych skazańców w modlitwie, jakby byli na rekolekcjach, a nie w celi śmierci.
Zajrzałem przez judasz. Kolbe siedział pod ścianą, otoczony przez innych. Był wychudzony, ale jego oczy błyszczały dziwnym światłem. Mówił do nich, pocieszał, modlił się z nimi. Niektórzy już leżeli, zbyt słabi, by się podnieść, ale nawet oni próbowali powtarzać słowa modlitw.
Dzień po dniu schodziłem tam, nie mogąc się powstrzymać. Z każdym dniem było ich mniej. Ci, którzy umierali, robili to spokojnie, trzymając się za ręce, z modlitwą na ustach. Kolbe był przy każdym, zamykał im oczy, modlił się nad nimi.
Po tygodniu żył jeszcze tylko Kolbe i trzech innych więźniów. Byli tak słabi, że ledwo mogli mówić, ale wciąż się modlili. Strażnik, który przynosił mi raporty, był wstrząśnięty.
„To nie jest normalne,” mówił. „Zazwyczaj po tygodniu są jak dzikie zwierzęta. A oni… oni są jak święci.”
Dziesiątego dnia przyszedł rozkaz. Cela była potrzebna dla nowych skazańców. Trzeba było przyspieszyć śmierć pozostałych. Hans Bock, obozowy kat, przygotował zastrzyki z fenolu.
Zszedłem z nim do piwnicy. Nie wiem dlaczego – może chciałem być przy Kolbe do końca. Gdy otworzyliśmy celę, zobaczyłem go siedzącego pod ścianą. Był tylko skórą i kośćmi, ale wciąż przytomny. Gdy nas zobaczył, uśmiechnął się. Uśmiechnął się!
Bock podszedł z zastrzykiem. Kolbe sam wyciągnął rękę. Patrzył mi prosto w oczy i widziałem w nich… przebaczenie. Jakby wiedział o moich wątpliwościach, o mojej wewnętrznej walce, i jakby mi wybaczał.
Igła wbiła się w żyłę. Kolbe szepnął coś, czego nie dosłyszałem – może modlitwę, może błogosławieństwo. Potem jego oczy się zamknęły i głowa opadła na pierś.
Stałem tam długo po tym, jak Bock wyszedł. Patrzyłem na ciało tego człowieka, który właśnie umarł, i czułem, że coś we mnie też umarło. Albo może raczej – coś się narodziło.
Rozdział IV: Przemiana
Śmierć Maksymiliana Kolbe 14 sierpnia 1941 roku była punktem zwrotnym nie tylko w moim życiu, ale w życiu całego obozu. Wieść o jego poświęceniu rozeszła się błyskawicznie. Więźniowie szeptali o nim jak o świętym. Nawet niektórzy strażnicy byli poruszeni.
Ciało Kolbe zostało spalone w krematorium następnego dnia, 15 sierpnia. Dowiedziałem się później od więźnia pracującego w krematorium, że tego dnia był jakiś katolicki święto – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Dla człowieka, który całe życie poświęcił Maryi, to była symboliczna data.
Po jego śmierci coś się zmieniło w bloku 14. Więźniowie byli jakby silniejsi, bardziej solidarni. Gajowniczek, człowiek, za którego umarł Kolbe, stał się żywym świadectwem jego poświęcenia. Opowiadał wszystkim o tym, co się stało, o tym, jak ksiądz oddał za niego życie.
Ja sam przechodziłem wewnętrzne piekło. Wszystko, w co wierzyłem, legło w gruzach. Ideologia, która miała być moją siłą, okazała się pustką wobec siły ducha, którą pokazał Kolbe. Zacząłem się zastanawiać nad każdym rozkazem, nad każdym aktem okrucieństwa, którego byłem świadkiem lub uczestnikiem.
Pewnej nocy, nie mogąc spać, wyszedłem na obozowy plac. Patrzyłem na dymiące kominy krematorium i po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, co tu robimy. To nie była wojna, to nie była służba Rzeszy. To było zwykłe, bezsensowne mordowanie niewinnych ludzi.
Zacząłem, bardzo ostrożnie, pomagać więźniom. Gdy mogłem, zostawiałem dodatkowe jedzenie. Gdy miałem dyżur przy selekcjach, starałem się kierować silniejszych do pracy, ratując ich od natychmiastowej śmierci. To było niewiele, kropla w morzu cierpienia, ale czułem, że muszę coś robić.
Karl zauważył zmianę.
„Hans, co się z tobą dzieje? Jesteś coraz bardziej miękki dla więźniów.”
„To tylko pragmatyzm,” kłamałem. „Martwi więźniowie nie pracują.”
Ale on nie był głupi.
„To przez tego księdza, prawda? Tego, który umarł w bunkrze?”
Nie odpowiedziałem, ale moje milczenie było wymowne.
„Uważaj, Hans. Tu nie ma miejsca na sentymenty. Pamiętaj, co się stało z Franzem.”
Franz rzeczywiście został przeniesiony, a później, jak słyszałem, trafił na front wschodni, gdzie zginął. Może to było lepsze niż życie z tym, co widział w Auschwitz.
Tymczasem w obozie działy się rzeczy, które można nazwać tylko cudami. Więźniowie, którzy znali Kolbe, organizowali potajemne modlitwy w jego intencji. Nawet niewierzący garnęli się do tych spotkań, jakby pamięć o księdzu dawała im siłę do przetrwania.
Pewnego wieczoru zobaczyłem coś niewiarygodnego. Grupa więźniów dzieliła się chlebem – każdy odłamywał kawałek ze swojej racji i składali to razem, potem dzielili równo. Nazywali to „komunią Kolbe”. W obozie, gdzie kawałek chleba mógł decydować o życiu i śmierci, to było niewiarygodne świadectwo.
W październiku 1941 roku zostałem wezwany do Lagerführera Fritzscha. Byłem pewien, że ktoś doniósł o moim „miękkim” traktowaniu więźniów. Przygotowałem się na najgorsze.
„Mueller,” zaczął Fritzsch, „obserwuję cię ostatnio. Nie jesteś już taki sam jak wcześniej.”
„Wykonuję swoje obowiązki, Herr Lagerführer.”
„Tak, wykonujesz. Ale bez entuzjazmu. Wiesz, co się stało z tym księdzem, Kolbe?”
„Tak, Herr Lagerführer. Umarł w bunkrze głodowym.”
Fritzsch patrzył na mnie długo.
„To był wróg Rzeszy,” powiedział w końcu. „Ale muszę przyznać… nigdy nie widziałem czegoś takiego. Człowiek, który dobrowolnie idzie na śmierć za innego… To podważa wszystko, czego nas uczono, prawda?”
Byłem zszokowany. Fritzsch, bezwzględny kat, miał wątpliwości?
„Wydaje mi się czasem,” kontynuował, patrząc przez okno na obóz, „że może to my jesteśmy po złej stronie. Ale za późno już na takie myśli. Jesteśmy tu i musimy robić to, co do nas należy. Ale ty, Mueller… ty jesteś młody. Może powinieneś poprosić o przeniesienie, zanim to miejsce cię zniszczy.”
Wyszedłem z jego biura wstrząśnięty. Jeśli nawet Fritzsch miał wątpliwości, to co to mówiło o tym, co tu robiliśmy?
W listopadzie zachorowałem. Może to był stres, może wyrzuty sumienia, które zjadały mnie od środka. Trafiłem do szpitala SS w Krakowie. Tam, w czystych prześcieradłach, z dala od obozu, miałem czas na myślenie.
Pewnego dnia odwiedziła mnie pielęgniarka, starsza kobieta, Niemka. Gdy zostaliśmy sami, powiedziała cicho:
„Wiem, skąd pan przychodzi. Z Auschwitz.”
„Tak.”
„Mój syn też tam służył. Wrócił zmieniony. Nie mógł spać, krzyczał w nocy. W końcu się zastrzelił. Zostawił list. Pisał o rzeczach, których nie mogę powtórzyć. Ale wspomniał też o polskim księdzu, który umarł za innego więźnia. Pisał, że ten człowiek pokazał mu, że wszystko, co robią, jest złe.”
Patrzyła na mnie z bólem w oczach.
„Proszę, jeśli pan wróci tam, niech pan znajdzie sposób, żeby to zakończyć. Albo chociaż… żeby być człowiekiem.”
Gdy wróciłem do Auschwitz w grudniu, byłem innym człowiekiem. Podjąłem decyzję – będę pomagał więźniom na tyle, na ile będę mógł, ryzykując wszystko. To był mój sposób na oddanie hołdu Kolbe, na odkupienie choć części mojej winy.
Zacząłem od małych rzeczy. Ostrzegałem więźniów przed selekcjami, gdy mogłem. Zostawiałem jedzenie w miejscach, gdzie mogli je znaleźć. Podczas apeli starałem się nie zauważać drobnych wykroczeń. To było niewiele, ale dla niektórych oznaczało różnicę między życiem a śmiercią.
W styczniu 1942 roku spotkałem więźnia, który znał Kolbe spoza obozu. Był to brat Józef, też franciszkanin z Niepokalanowa. Ryzykowałem wiele, rozmawiając z nim, ale musiałem dowiedzieć się więcej o człowieku, który zmienił moje życie.
„Ojciec Maksymilian był świętym już za życia,” mówił brat Józef. „W Niepokalanowie stworzył całe miasto Maryi. Wydawał gazety, prowadził radio, wszystko po to, by szerzyć miłość i wiarę. Gdy przyszła wojna, ukrywał Żydów, pomagał wszystkim potrzebującym. Wiedział, że to się źle skończy, ale mówił, że nie można przejść obojętnie obok cierpienia.”
„Ale jak mógł nie nienawidzić?” – zapytałem. „Po tym wszystkim, co tu widział, co mu robiono?”
„Ojciec Maksymilian wierzył, że nienawiść niszczy przede wszystkim tego, kto nienawidzi. Mawiał, że tylko miłość może zwyciężyć zło. I udowodnił to swoją śmiercią.”
Te słowa nie dawały mi spokoju. Czy rzeczywiście można było nie nienawidzić? Czy ja, ze swoimi rękami splamionymi krwią, mogłem jeszcze znaleźć drogę do odkupienia?
Rozdział V: Świadectwo
Rok 1942 przyniósł eskalację zbrodni w Auschwitz. Rozpoczęła się masowa eksterminacja Żydów. Transporty przyjeżdżały dzień i noc. Komory gazowe pracowały bez przerwy. To, co wcześniej było obozem koncentracyjnym, stało się fabryką śmierci.
W tym piekle pamięć o Maksymilianie Kolbe była jak światło w ciemności. Więźniowie, którzy go znali, opowiadali o nim nowym. Historia jego poświęcenia przechodziła z ust do ust, dając ludziom nadzieję, że nawet w tym miejscu możliwe jest dobro, możliwa jest miłość.
Ja sam coraz bardziej ryzykowałem. Podczas selekcji na rampie, gdy mogłem, kierowałem młodych, silnych ludzi do pracy zamiast do gazu. Ostrzegałem więźniów przed planowanymi akcjami. Pewnego razu pomogłem ukryć chorego więźnia podczas selekcji w bloku.
Karl w końcu mnie skonfrontował.
„Hans, wiem, co robisz. Nie jestem ślepy.”
Przygotowałem się na donos, na areszt. Ale Karl kontynuował:
„Ten ksiądz… Kolbe… on coś zmienił, prawda? Nie tylko w tobie. Widziałem, jak inni strażnicy się wahają, jak nie mogą już tak bezmyślnie wykonywać rozkazów.”
„Co chcesz przez to powiedzieć?”
„Że może nie jesteś sam. Że może więcej z nas zaczyna widzieć, że to, co tu robimy, jest złe.”
To była niewiarygodna rozmowa. Dwóch esesmanów w sercu Auschwitz mówiących o wątpliwościach. Gdyby ktoś nas usłyszał, obaj trafilibyśmy przed pluton egzekucyjny.
„Co możemy zrobić?” – zapytałem.
„Niewiele. Ale coś. Możemy być ludźmi, na ile to możliwe w tym piekle.”
Od tego dnia Karl też zaczął pomagać. Nie otwarcie, nie spektakularnie, ale na swój sposób. Czasem przymykał oko, czasem „nie zauważał” wykroczenia, czasem zostawiał dodatkowe koce w bloku.
W marcu 1942 spotkałem Franciszka Gajowniczka. Mężczyznę, za którego umarł Kolbe. Był wyniszczony, ale żywy. Gdy mnie zobaczył, najpierw się przestraszył, ale potem rozpoznał.
„To pan był tam, wtedy, gdy ojciec Maksymilian…”
„Tak.”
Gajowniczek miał łzy w oczach.
„On uratował nie tylko moje życie. Uratował moją duszę. Każdego dnia myślę o nim, modlę się za niego. I staram się być godny jego ofiary.”
„Jak to robisz? Jak możesz żyć z takim ciężarem?”
„To nie ciężar, to dar. Ojciec Maksymilian pokazał mi, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Że nawet tu, w Auschwitz, można pozostać człowiekiem. Staram się pomagać innym, jak on pomagał. To mój sposób, by jego ofiara nie poszła na marne.”
Jego słowa były jak kolejny gwóźdź do trumny mojej starej tożsamości. Ten człowiek, więzień, miał więcej godności i siły niż ja, rzekomy przedstawiciel „rasy panów”.
W kwietniu zostałem świadkiem czegoś, co można nazwać tylko cudem. Grupa dzieci żydowskich miała być wysłana do komory gazowej. Jeden z chłopców, może dziesięcioletni, uciekł z szeregu i podbiegł do mnie.
„Proszę pana,” błagał po niemiecku, „ja nie chcę umrzeć. Ojciec Kolbe powiedział, że Bóg kocha wszystkie dzieci. Czy to prawda?”
Skąd to dziecko znało Kolbe? Okazało się, że spotkało go w obozie, zanim ksiądz trafił do bunkra. Kolbe pogłaskał chłopca po głowie i powiedział mu, że jest kochany, że jego życie ma wartość.
Stałem sparaliżowany. Dziecko patrzyło na mnie z nadzieją. Za nami stali inni strażnicy, obserwując. Według rozkazów powinienem odepchnąć chłopca, może nawet zastrzelić za próbę ucieczki.
Zamiast tego pochyliłem się i szepnąłem:
„Tak, to prawda. Jesteś kochany.”
Potem wziąłem go za rękę i… odprowadziłem do grupy idącej do pracy, nie do gazu. Nikt nie zaprotestował. Może byli w szoku, może sami mieli dość. Chłopiec przeżył ten dzień. Nie wiem, czy przeżył wojnę, ale ten jeden dzień dostał.
Tej nocy nie mogłem spać. Wiedziałem, że przekroczyłem granicę. To nie była już drobna pomoc, to była otwarta niesubordynacja. Ale wiedziałem też, że nie mogłem inaczej. Duch Kolbe był silniejszy niż strach.
W maju 1942 otrzymałem wiadomość, że moja matka jest ciężko chora. Dostałem przepustkę do domu. Gdy ją zobaczyłem, leżącą w łóżku, wychudzoną i bladą, przypomniała mi więźniów z Auschwitz.
„Hans,” powiedziała słabym głosem, „widzę w twoich oczach cierpienie. Co się stało z moim chłopcem?”
Wtedy się załamałem. Opowiedziałem jej wszystko. O Auschwitz, o tym, co tam robimy, o Kolbe, o mojej przemianie. Płakałem jak dziecko, a ona głaskała mnie po głowie.
„Mój synu,” powiedziała, „nigdy nie jest za późno na nawrócenie. Ten ksiądz, o którym mówisz, był świętym. Pokazał ci drogę. Teraz musisz nią iść.”
„Ale jak? Jestem potworem. Mam krew na rękach.”
„Każdy może znaleźć odkupienie, jeśli szczerze żałuje i stara się naprawić zło. Nie możesz cofnąć tego, co się stało, ale możesz ratować życie teraz.”
Matka zmarła tydzień później. Jej ostatnie słowa były: „Bądź godny tego księdza. Bądź światłem w ciemności.”
Wróciłem do Auschwitz zmieniony ostatecznie. Nie byłem już esesmanem wykonującym rozkazy. Byłem człowiekiem próbującym ocalić resztki człowieczeństwa w piekle.
Rozdział VI: Światło w Ciemności
Lato 1942 roku było okresem największego nasilenia mordów w Auschwitz. Węgierskie transporty, likwidacja gett, tysiące ludzi dziennie szło na śmierć. W tym morzu zbrodni ci z nas, którzy próbowali zachować człowieczeństwo, byli jak rozbitkowie czepiający się tratwy.
Grupa strażników, których połączyła pamięć o Kolbe i wyrzuty sumienia, zaczęła się nieoficjalnie organizować. Nie była to żadna formalna konspiracja – byłoby to zbyt niebezpieczne. Ale wiedzieliśmy o sobie, pomagaliśmy sobie nawzajem w ratowaniu więźniów.
Franz Hössler, jeden z podoficerów, powiedział mi kiedyś:
„Ten polski ksiądz zrujnował mi życie. Nie mogę już patrzeć na więźniów jak przedtem. Widzę w nich ludzi. A gdy widzisz w kimś człowieka, nie możesz go zabić.”
Paradoksalnie, im więcej pomagaliśmy, tym bardziej byliśmy bezpieczni. Więźniowie nas chronili, nie donosili, ostrzegali przed niebezpieczeństwem. Powstała dziwna, milcząca solidarność między niektórymi strażnikami a więźniami.
W sierpniu, dokładnie rok po śmierci Kolbe, więźniowie zorganizowali potajemne nabożeństwo w jego intencji. Ryzykowali życiem, ale zebrało się ich kilkudziesięciu. Stałem na warcie, oficjalnie pilnując, by się nie zebrali, w rzeczywistości dając im znać, gdy ktoś się zbliżał.
Słuchałem, jak modlą się, jak wspominają Kolbe, jak dziękują za jego ofiarę. Jeden z więźniów, ksiądz, mówił:
„Ojciec Maksymilian pokazał nam, że miłość jest silniejsza niż nienawiść, że dobro może istnieć nawet w największym złu. Jego śmierć nie była porażką, była zwycięstwem. Zwycięstwem człowieczeństwa nad bestialstwem.”
Wtedy zrozumiałem, że Kolbe rzeczywiście wygrał. Nie uratował tylko Gajowniczka. Uratował nas wszystkich – więźniów i strażników – przed całkowitą dehumanizacją.
We wrześniu przydarzyła mi się historia, która mogła mnie kosztować życie. Podczas selekcji na rampie zobaczyłem rodzinę – matkę z dwójką małych dzieci. Byli przeznaczeni do gazu. Matka błagała mnie oczami, nie słowami – wiedziała, że to bezcelowe. Ale w jej oczach widziałem taką samą miłość, jaką widziałem u Kolbe.
Zrobiłem coś szalonego. Powiedziałem oficerowi prowadzącemu selekcję, że ta kobieta to wykwalifikowana pielęgniarka, potrzebna w obozowym szpitalu. To było oczywiste kłamstwo – kobieta była prostą Żydówką z małego miasteczka. Ale officer był zmęczony, był środek nocy, machnął ręką.
„Gut, niech idzie do pracy. Ale dzieci do gazu.”
„Dzieci mogą pracować w komandzie sortującym odzież,” dodałem szybko. „Mają małe ręce, są przydatne.”
To było absurdalne – dzieci miały może trzy i pięć lat. Ale znowu, officer był zmęczony.
„Scheisse, róbta co chceta. Mam dość na dziś.”
Tak uratowałem troje ludzi. Wiedziałem, że to tymczasowe, że prędzej czy później trafią do gazu. Ale dałem im czas. A w Auschwitz czas był wszystkim.
Kobieta, gdy zrozumiała, co się stało, upadła na kolana i pocałowała moje buty. To był najbardziej upokarzający i jednocześnie najbardziej wzniosły moment mojego życia. Ja, zbrodniarz, otrzymywałem błogosławieństwo od swojej ofiary.
„Niech Bóg panu wybaczy,” szepnęła po niemiecku. „Niech ojciec Kolbe się za panem wstawi.”
Skąd wiedziała o Kolbe? Okazało się, że historia księdza była znana wśród wszystkich więźniów, nawet nowych. Stał się legendą, symbolem, świętym Auschwitz.
W październiku zostałem wezwany do nowego komendanta, Arthura Liebehenschela, który zastąpił Hößa. Byłem pewien, że ktoś doniósł o mojej działalności.
„Mueller,” zaczął Liebehenschel, „słyszałem o tobie różne rzeczy. Niektóre… niepokojące.”
To był koniec, pomyślałem.
„Ale także słyszałem,” kontynuował, „że jesteś efektywny w utrzymaniu porządku. Że więźniowie cię szanują, co ułatwia zarządzanie. To cenna umiejętność.”
Patrzył na mnie przenikliwie.
„Czasy się zmieniają, Mueller. Wojna nie idzie już tak dobrze. Pewnego dnia ktoś zapyta nas o to, co tu robiliśmy. Dobrze mieć wtedy… dobre świadectwo. Rozumiesz?”
Rozumiałem. Liebehenschel grał na dwa fronty. Pozwalał niektórym z nas być „ludzkimi”, by mieć alibi po wojnie.
„Tak jest, Herr Kommandant.”
„Dobrze. Możesz odejść. I Mueller… kontynuuj swoją… efektywną służbę.”
To była milcząca zgoda na to, co robiłem. Nie z człowieczeństwa, ale z wyrachowania. Ale nie obchodziły mnie motywacje. Ważne było, że mogłem pomagać.
Zimą 1942/43 sytuacja na froncie się pogarszała. Stalingrad upadł, Afrika była stracona. W obozie czuć było nervowość. Niektórzy esesmani zaczęli niszczyć dokumenty, zacierać ślady.
Ja myślałem o Kolbe. O tym, jak stałby w tej sytuacji. Czy cieszyłby się z klęski swoich oprawców? Nie, on by się modlił. Za wszystkich – za więźniów i za strażników. Za ofiary i za katów.
Zacząłem rozumieć jego perspektywę. W tej wojnie, w tym obozie, wszyscy byliśmy ofiarami. Ofiarami zła, które zawładnęło światem. Jedynym wyjściem była miłość, przebaczenie, człowieczeństwo.
Rozdział VII: Rozpad
Rok 1943 przyniósł dalsze pogorszenie sytuacji Niemiec. W obozie wyczuwało się zmianę atmosfery. Strażnicy byli coraz bardziej nerwowi, niektórzy zaczęli pić, inni popełniali samobójstwa. System, który wydawał się niewzruszony, zaczynał pękać.
Więźniowie też to wyczuwali. Była w nich większa nadzieja, większa wola przetrwania. „Jeszcze tylko trochę,” mówili sobie. „Jeszcze tylko trochę i będziemy wolni.”
Pamięć o Kolbe była wciąż żywa. W sierpniu, w drugą rocznicę jego śmierci, wydarzyło się coś niezwykłego. Więźniowie w całym obozie, o umówionej godzinie, zatrzymali się na moment ciszy. Nie było żadnej organizacji, żadnego rozkazu. Po prostu wszyscy, którzy o nim słyszeli, zatrzymali się w milczeniu.
My, strażnicy, też staliśmy zdumieni. Tysiące ludzi, w milczeniu, przez minutę. To była potężna demonstracja siły ducha. Niektórzy esesmani chcieli interweniować, bić, karać. Ale większość z nas po prostu stała. Jak można było karać za milczenie?
Karl podszedł do mnie później.
„To było niesamowite,” powiedział. „Ten ksiądz, martwy od dwóch lat, wciąż ma większą władzę nad tymi ludźmi niż my z naszymi karabinami.”
W październiku zostałem przydzielony do transportu ewakuacyjnego. Część więźniów miała być przeniesiona do innych obozów. Wśród nich był Gajowniczek. Gdy go zobaczyłem, coś we mnie drgnęło. Ten człowiek był żywym świadectwem ofiary Kolbe.
Podczas transportu udało mi się z nim porozmawiać.
„Jak pan przetrwał te wszystkie lata?” – zapytałem.
„Ojciec Maksymilian dał mi nie tylko życie. Dał mi misję. Muszę przeżyć, żeby świadczyć. Żeby opowiedzieć światu o jego ofierze, o tym, że nawet w największym piekle może istnieć święty.”
„Myśli pan, że świat uwierzy?”
„Muszą uwierzyć. Bo jeśli nie, to jego śmierć będzie daremna. A ja nie mogę na to pozwolić.”
Zadbałem, żeby Gajowniczek trafił do względnie łagodnego obozu. To było najmniej, co mogłem zrobić.
W 1944 roku sytuacja stała się krytyczna. Rosjanie zbliżali się od wschodu, alianci lądowali w Normandii. W Auschwitz rozpoczęto przygotowania do ewakuacji i zatarcia śladów zbrodni.
Byłem świadkiem, jak palono dokumenty, niszczono dowody. Niektórzy esesmani w panice próbowali zniszczyć wszystko, co mogło ich obciążyć. Ja zachowałem kilka dokumentów dotyczących Kolbe. Nie wiem dlaczego. Może czułem, że jego historia musi przetrwać.
W listopadzie 1944 Himmler wydał rozkaz zaprzestania gazowania. To był koniec Auschwitz jako fabryki śmierci. Ale dla tysięcy wciąż tu więzionych, gehenna trwała.
Zima 1944/45 była straszna. Brakowało wszystkiego – jedzenia, opału, lekarstw. Więźniowie umierali z głodu i zimna. My, strażnicy, też cierpieliśmy, choć oczywiście nie tak jak oni.
W tej rozpaczy niektórzy z nas próbowali odkupić swoje winy. Ratowaliśmy kogo się dało, dawaliśmy jedzenie, pomagaliśmy w ucieczkach. To było za mało, za późno, ale to było wszystko, co mogliśmy zrobić.
17 stycznia 1945 roku rozpoczęła się ewakuacja obozu. Tysiące więźniów wyruszył w marszu śmierci na zachód. Ja byłem w jednej z kolumn. Widziałem, jak padali z wyczerpania, jak byli dobijani na poboczu drogi.
Próbowałem pomagać. Gdy nikt nie patrzył, pozwalałem słabszym odpocząć, „nie zauważałem” gdy ktoś zostawał w tyle zamiast go zastrzelić. Kilku więźniów uratowałem, mówiąc, że są potrzebni do noszenia ekwipunku.
27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz. Ja byłem już daleko, ale później słyszałem relacje. Rosjanie zastali kilka tysięcy więźniów – żywych szkieletów, których Niemcy zostawili na śmierć.
Wśród ocalonych było kilku, którzy znali Kolbe. Opowiadali sowieckim żołnierzom o polskim księdzu, który umarł za innego człowieka. Rosjanie, w większości niewierzący, słuchali tej historii ze zdumieniem. Nawet oni, zahartowani w boju, byli poruszeni.
Rozdział VIII: Po wojnie
Wojna się skończyła. Trzecia Rzesza upadła. Hitler był martwy. A ja? Ja żyłem. Żyłem z ciężarem tego, co zrobiłem, i z pamięcią człowieka, który pokazał mi, że mogło być inaczej.
Trafiłem do niewoli amerykańskiej. Podczas przesłuchań opowiedziałem o wszystkim. O zbrodniach Auschwitz, o swojej roli, ale też o Kolbe i o tym, jak jego śmierć zmieniła niektórych z nas.
Amerykański oficer prowadzący przesłuchanie był sceptyczny.
„Chcesz mi powiedzieć, że jeden polski ksiądz zmienił grupę esesmanów w… dobrych ludzi?”
„Nie w dobrych ludzi, sir. Ale pokazał nam, że jesteśmy ludźmi. Że mimo wszystkiego, co zrobiliśmy, wciąż mamy wybór.”
Zostałem osądzony. Kilku więźniów, których uratowałem, świadczyło na moją korzyść, w tym Gajowniczek. Gdy stanął na sali sądowej i opowiedział o Kolbe, o mojej późniejszej pomocy, płakał. Sąd też był poruszony.
Dostałem dziesięć lat. Mogło być gorzej. Wielu moich kolegów zostało powieszonych. Przyjąłem wyrok z pokorą. To była część mojej pokuty.
W więzieniu dużo myślałem o Kolbe. Czytałem o nim, co mogłem. Dowiedziałem się, że przed wojną rzeczywiście stworzył Niepokalanów – całe miasto poświęcone Maryi. Wydawał największą katolicką gazetę w Polsce. Był misjonarzem w Japonii. Człowiek niezwykły już przed Auschwitz.
Po wyjściu z więzienia w 1955 roku nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Niemcy były inne, odbudowane, demokratyczne. Ale ja wciąż żyłem w cieniu Auschwitz.
Pewnego dnia dostałem list. Od Gajowniczka. Zapraszał mnie do Polski, do Niepokalanowa. Wahałem się długo. Jak mogłem stanąć w miejscu, skąd pochodził Kolbe? Jak mogłem spojrzeć w oczy ludziom, którzy go znali?
Ale pojechałem. Musiałem.
Niepokalanów był piękny. Odbudowany po wojnie, tętnił życiem. Franciszkanie przyjęli mnie… życzliwie. Nie z nienawiścią, którą się spodziewałem, ale z tym samym współczuciem, które widziałem u Kolbe.
Brat Józef, którego znałem z Auschwitz, oprowadził mnie po klasztorze. Pokazał mi celę Kolbe, jego biurko, jego pisma.
„Ojciec Maksymilian pisał kiedyś,” powiedział brat Józef, „że nienawiść jest jak trucizna. Niszczy przede wszystkim tego, kto nienawidzi. Tylko miłość może leczyć.”
„Jak możecie mi wybaczyć?” – zapytałem. „Po tym wszystkim?”
„To nie my wybaczamy. To Bóg wybacza przez nas. A ojciec Maksymilian na pewno się za panem modli.”
Spędziłem w Niepokalanowie tydzień. Modliłem się przy grobie symbolicznym Kolbe – jego ciało przecież spłonęło w Auschwitz. Rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali. Każdy miał jakąś historię, jakieś wspomnienie.
Gdy wyjeżdżałem, brat Józef dał mi obrazek z wizerunkiem Kolbe.
„Niech pan o nim pamięta,” powiedział. „I niech pan świadczy. Świat musi wiedzieć, że nawet w największej ciemności może zapalić się światło.”
Rozdział IX: Świadek
Lata mijały. Żyłem skromnie w małym miasteczku w Bawarii. Pracowałem jako stolarz – praca ręczna pomagała mi nie myśleć. Ale Auschwitz wracał w snach. Widziałem twarze zamordowanych, słyszałem krzyki, czułem zapach krematorium.
Jedynym ukojeniem była pamięć o Kolbe. Gdy budził mnie koszmar, modliłem się do niego. Nie wiem, czy miałem prawo, czy morderca może modlić się do swojej ofiary. Ale czułem, że on by zrozumiał.
W 1971 roku dostałem wiadomość – Kościół rozpoczął proces beatyfikacyjny Maksymiliana Kolbe. Świat miał oficjalnie uznać jego świętość. Zostałem poproszony o świadectwo.
Wahałem się. Czy ja, były esesman, miałem prawo mówić o świętości? Ale pomyślałem o słowach brata Józefa – „świat musi wiedzieć”. Zgodziłem się.
Moje świadectwo wywołało kontrowersje. Niektórzy nie mogli zaakceptować, że zbrodniarz świadczy o świętym. Inni widzieli w tym znak nadziei – jeśli Kolbe mógł zmienić essesmana, mógł zmienić każdego.
17 października 1971 roku Paweł VI beatyfikował Maksymiliana Kolbe. Byłem w Rzymie, w tłumie. Gdy papież wypowiedział formułę beatyfikacyjną, płakałem. Po trzydziestu latach ten człowiek został oficjalnie uznany za błogosławionego.
Po ceremonii spotkałem Gajowniczka. Był już starym człowiekiem, ale wciąż pełnym życia.
„Dożyłem,” powiedział. „Dożyłem, żeby zobaczyć, jak świat uznaje świętość ojca Maksymiliana.”
„Zasłużył na to,” odpowiedziałem.
„Wie pan, co jest najpiękniejsze?” – kontynuował Gajowniczek. „Że jego świętość objawia się nie tylko w tym, jak umarł, ale jak zmienił innych. Nawet pan, Herr Mueller… nawet pan jest dowodem jego świętości.”
Te słowa wstrząsnęły mną. Ja, dowód świętości? To było absurdalne. A jednak… może w tym była prawda. Może największym cudem Kolbe było to, że potrafił zmienić swoich katów w ludzi.
W 1982 roku nadeszła wiadomość, która znów poruszyła mój świat. Jan Paweł II, polski papież, ogłosił kanonizację Maksymiliana Kolbe. 10 października miała się odbyć ceremonia w Rzymie.
Tym razem nie wahałem się. Musiałem tam być. Musiałem zobaczyć, jak człowiek, którego zabiłem – bo wszyscy esesmani w Auschwitz byli współwinni każdej śmierci – zostaje świętym.
Ceremonia była przepiękna. Plac Świętego Piotra wypełniony ludźmi z całego świata. Polacy ze łzami w oczach. Gajowniczek w pierwszym rzędzie. A ja, gdzieś z tyłu, czując się jednocześnie niegodny i błogosławiony.
Gdy papież wypowiedział słowa kanonizacji, gdy Maksymilian Maria Kolbe został świętym Kościoła katolickiego, poczułem dziwny spokój. Jakby ciężar, który nosiłem od czterdziestu lat, stał się lżejszy.
Po ceremonii podszedł do mnie młody ksiądz.
„Pan Mueller? Słyszałem o panu. O tym, jak święty Maksymilian pana zmienił.”
„To za duże słowa. Jestem tylko człowiekiem, który zobaczył światło za późno.”
„Nigdy nie jest za późno,” odpowiedział ksiądz. „Święty Maksymilian nauczał, że miłość nie ma granic. Że może dosięgnąć każdego, nawet w najciemniejszym miejscu.”
Wróciłem do Niemiec z dziwnym uczuciem. Przez lata żyłem jako człowiek naznaczony, nosząc piętno Auschwitz. Teraz czułem, że może jest dla mnie nadzieja. Nie na zapomnienie – tego nie chciałem. Ale na odkupienie.
Zacząłem mówić. W szkołach, na uniwersytetach, gdzie tylko mnie zaproszono. Opowiadałem o Auschwitz, o zbrodniach, których byłem częścią. Ale przede wszystkim opowiadałem o Kolbe. O człowieku, który w piekle pozostał święty.
Reakcje były różne. Niektórzy nie mogli mi wybaczyć – i mieli prawo. Inni widzieli we mnie dowód, że nawet największy grzesznik może się zmienić. Młodzi ludzie słuchali w milczeniu, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że zwyczajny człowiek stał się zbrodniarzem, a potem znów człowiekiem.
Pewnego razu, po wykładzie w gimnazjum, podeszła do mnie młoda dziewczyna.
„Panie Mueller, gdyby pan mógł cofnąć czas, co by pan zrobił?”
„Nie poszedłbym do SS. Nie pojechałbym do Auschwitz. Sprzeciwiłbym się złu od początku.”
„A gdyby pan nie mógł? Gdyby pan i tak tam trafił?”
Zastanowiłem się.
„Chciałbym być jak ojciec Kolbe od pierwszego dnia. Ale wiem, że nie miałem jego siły. Więc chciałbym przynajmniej rozpoznać dobro wcześniej. Nie czekać, aż ktoś umrze, żeby zrozumieć.”
Rozdział X: Ostatnie świadectwo
Jestem teraz starym człowiekiem. Mam osiemdziesiąt pięć lat. Piszę te słowa w 2003 roku, prawdopodobnie ostatnie świadectwo, jakie złożę.
Auschwitz nie opuszcza mnie ani na chwilę. Widzę twarze zamordowanych każdej nocy. Słyszę ich głosy. Wiem, że zabiorę tę pamięć do grobu. To moja pokuta.
Ale widzę też twarz Maksymiliana Kolbe. Spokojną, pełną miłości, wybaczającą. On też jest ze mną każdego dnia. To moja nadzieja.
Przez te wszystkie lata wiele się zmieniło. Niemcy stały się inne. Europa się zjednoczyła. Auschwitz jest teraz muzeum, miejscem pamięci. Tysiące ludzi je odwiedzają, próbując zrozumieć, jak to było możliwe.
Ja wciąż nie rozumiem do końca. Jak mogłem stać się częścią takiej machiny zła? Jak mogłem patrzeć na cierpienie i nic nie czuć? Byłem młody, indoktrynowany, ale to nie usprawiedliwienie. Byłem człowiekiem z wolną wolą. Mogłem wybrać inaczej.
Kolbe wybrał inaczej. W każdej sytuacji, w każdym momencie, wybierał miłość. Gdy go bito – wybaczał. Gdy głodował – dzielił się. Gdy przyszła śmierć – ofiarował swoje życie.
Jego przykład nauczył mnie najważniejszej rzeczy: zawsze mamy wybór. Nawet w największym piekle, nawet pod presją systemu, zawsze możemy wybrać człowieczeństwo.
Często myślę o tym, co by było, gdyby więcej z nas dokonało tego wyboru wcześniej. Gdybyśmy odmówili wykonania rozkazów. Gdybyśmy stanęli po stronie ofiar. Może Auschwitz by nie istniało. Może miliony żyłyby.
Ale historia nie zna trybu przypuszczającego. Stało się to, co się stało. Miliony zginęły. Ja uczestniczyłem w tej zbrodni. To jest fakt, którego nic nie zmieni.
Jedyne, co mogę zrobić, to świadczyć. Mówić o złu, którego byłem częścią. I mówić o dobru, które widziałem w Maksymilianie Kolbe. Bo jeśli jego historia przetrwa, jeśli jego przykład będzie inspirował innych, to może jego śmierć nie będzie daremna.
Młode pokolenie czasem pyta mnie: „Jak to możliwe? Jak mogliście?”
Odpowiadam: „Łatwiej niż myślicie. Zło przychodzi powoli, małymi krokami. Najpierw dehumanizujecie 'innych’. Potem przyzwyczajacie się do przemocy. W końcu stajecie się częścią machiny śmierci, nawet nie zauważając, kiedy przekroczyliście granicę.”
Ale dodaję też: „Dobro też jest możliwe. W każdej chwili możecie wybrać inaczej. Możecie być jak Kolbe, nie jak ja. Możecie stawiać opór złu od początku.”
Czasem odwiedzam miejsca pamięci. Byłem w Auschwitz kilka razy po wojnie. To surrealistyczne doświadczenie – chodzić po miejscu, gdzie byłem katem, jako pokutujący pielgrzym.
Ostatni raz byłem tam w 2001 roku, na sześćdziesiątą rocznicę śmierci Kolbe. Stałem przed blokiem 11, przed wejściem do cel głodowych. Było tam wielu ludzi – Polaków, Żydów, ludzi z całego świata. Modlili się, składali kwiaty.
Nikt mnie nie rozpoznał. Byłem tylko starym człowiekiem w tłumie. Ale ja wiedziałem, kim jestem. Stałem tam, gdzie kiedyś stałem w mundurze SS, i czułem ciężar historii.
Wtedy podszedł do mnie młody człowiek. Mówił po niemiecku z polskim akcentem.
„Jest pan Niemcem?”
„Tak.”
„Pierwszy raz w Auschwitz?”
„Nie.”
Coś w moim głosie musiało go zaniepokoić, bo spojrzał na mnie uważniej.
„Był pan tu… podczas wojny?”
Kiwnąłem głową.
Spodziewałem się gniewu, może nawet przemocy. Ale on tylko patrzył na mnie długo, a potem powiedział:
„Mój dziadek zginął tu. Ale moja babcia zawsze mówiła, że święty Maksymilian nauczał o przebaczeniu. Że nienawiść niszczy duszę. Więc… nie nienawidzę pana.”
To było jak uderzenie. Ten młody człowiek, wnuk ofiary, oferował mi to, na co nie miałem prawa liczyć – nie przebaczenie, bo to nie było jego do dania, ale brak nienawiści.
„Dziękuję,” wyszeptałem.
„To nie ja. To nauka świętego Maksymiliana. On zmienił nie tylko pana. Zmienił nas wszystkich.”
Gajowniczek zmarł w 1995 roku, dożywszy 94 lat. Do końca świadczył o Kolbe. Na jego pogrzebie były tysiące ludzi. Ja też byłem, stojąc z tyłu. Człowiek, za którego umarł Kolbe, miał piękne, długie życie, kochającą rodzinę, wnuki, prawnuki. Ofiara Kolbe przyniosła owoc.
Teraz, pisząc te słowa, wiem, że mój czas też się kończy. Nie boję się śmierci. Boję się sądu – nie ludzkiego, ale Bożego. Co powiem, stając przed Stwórcą? Jak wytłumaczę to, co zrobiłem?
Moja jedyna nadzieja to Kolbe. Może, jak wierzą katolicy, święci wstawiają się za grzesznikami. Może on poprosi o miłosierdzie dla swojego kata.
Nie zasługuję na nie. Wiem o tym. Ale historia Kolbe nauczyła mnie, że miłość nie jest o zasługiwaniu. Jest o dawaniu tego, czego drugi nie zasługuje, ale potrzebuje.
Jeśli ktoś czyta te słowa w przyszłości, niech pamięta: Maksymilian Maria Kolbe, więzień numer 16670, umarł 14 sierpnia 1941 roku w Auschwitz, oddając życie za brata.
Ale niech pamięta też: jego śmierć nie była końcem. Była początkiem. Początkiem zmiany w sercach nawet największych grzeszników. Dowodem, że dobro jest silniejsze niż zło. Że miłość jest silniejsza niż śmierć.
Ja, Hans Mueller, były strażnik SS w Auschwitz, zbrodniarz i morderca, świadczę: Maksymilian Kolbe był święty. Nie dlatego, że Kościół go kanonizował. Ale dlatego, że w piekle na ziemi pozostał człowiekiem. Więcej – pokazał innym, jak być człowiekiem.
Jego światło świeci wciąż w ciemności. I ciemność go nie ogarnęła.
Epilog
[Notatka redakcyjna: Hans Mueller zmarł 15 sierpnia 2003 roku, dokładnie w 62. rocznicę kremacji ciała św. Maksymiliana Kolbe. Został pochowany na małym cmentarzu w Bawarii. Na jego grobie, na jego własne życzenie, wyryto tylko imię, daty życia i jeden cytat: „Tylko miłość jest twórcza” – słowa św. Maksymiliana Kolbe.
Jego wspomnienia, znalezione po śmierci, wywołały kontrowersje. Niektórzy kwestionowali prawo kata do mówienia o świętym. Inni widzieli w nich dowód uniwersalnego przesłania Kolbe – że nikt nie jest poza zasięgiem łaski.
Dokumenty z Auschwitz potwierdzają, że Hans Mueller rzeczywiście służył tam jako strażnik SS od 1941 do 1945 roku. Świadectwa ocalonych więźniów potwierdzają, że w późniejszym okresie pomagał niektórym więźniom, choć skala tej pomocy jest niemożliwa do określenia.
Franciszek Gajowniczek, człowiek uratowany przez św. Maksymiliana Kolbe, był obecny na obu ceremoniach – beatyfikacji i kanonizacji. Przez całe życie dawał świadectwo o ofierze Kolbe. Jego świadectwo, wraz z innymi, w tym kontrowersyjnym świadectwem Muellera, przyczyniło się do uznania świętości Maksymiliana Kolbe.
Dziś, w Auschwitz, w podziemiach bloku 11, cela śmierci św. Maksymiliana Kolbe jest miejscem modlitwy. Tysiące pielgrzymów odwiedza ją każdego roku. Na ścianie wisi prosty krzyż i napis: „Tu w 1941 roku męczeńską śmiercią głodową zginął św. Maksymilian Maria Kolbe, oddając życie za brata.”
Historia świętego i jego kata pozostaje jednym z najbardziej poruszających świadectw ludzkiego cierpienia i odkupienia, jakie wyszły z piekła Auschwitz. Przypomina nam, że nawet w największej ciemności może zapalić się światło. I że to światło może zmienić nawet najtwardsze serca.]
KONIEC
Ta historia, choć fikcyjna w swojej narracji, oparta jest na prawdziwych wydarzeniach z życia św. Maksymiliana Marii Kolbe. Jego heroiczna ofiara w Auschwitz pozostaje jednym z najjaśniejszych przykładów ludzkiej miłości i poświęcenia w najciemniejszym okresie ludzkiej historii.