– z perspektywy pasterza z sąsiedniego wzgórza
Świadek na wzgórzu
Nazywam się Jetro ben Amiel, pasterz z plemienia Kenitów. Opowiem wam o czymś niezwykłym, co widziałem na własne oczy, choć minęło już wiele lat, a moje włosy posiwiały, a plecy zgarbiły się pod ciężarem czasu.
Było to na pustyni, niedaleko góry Horeb, którą niektórzy nazywają też górą Bożą. Miejsce to znam doskonale – to strome, skaliste zbocza, niewielkie doliny porośnięte skąpą roślinnością, gdzie można wypasać owce i kozy w porze, gdy trawa jeszcze nie wyschła. Tam właśnie, pośród skał i cierni, wydarzyło się coś, czego nie potrafiłem pojąć, a co zmieniło losy całego narodu.
Tamtego dnia słońce wzeszło jak zwykle nad pustynią, zalewając piasek i skały ostrym, bezlitosnym światłem. Wypędziłem moje stado na północny stok góry, gdzie rośnie nieco więcej krzewów, dających cień zarówno mnie, jak i zwierzętom. Usiadłem na płaskim głazie, z którego miałem dobry widok na okoliczne wzgórza i wąską ścieżkę wijącą się u podnóża Horebu.
I wtedy go zobaczyłem – człowieka prowadzącego stado owiec. Nawet z daleka rozpoznałem w nim nie-Kenitę. Jego chód był inny – bardziej wyprostowany, jakby przywykł do chodzenia po równych drogach miast, a nie po skalistych zboczach gór. Szaty też miał inne – choć zniszczone i zakurzone, nosiły ślady egipskiego kroju.
Obserwowałem go z ciekawością. My, pasterze pustyni, rzadko widujemy obcych. Naszym towarzystwem są zazwyczaj tylko owce i gwiazdy. Przybysz wyglądał na około czterdzieści lat, miał brodę już przyprószoną siwizną i poruszał się powoli, bez pośpiechu, jak człowiek, który nie ma dokąd się spieszyć.
Wiedziałem, kim jest. To Mojżesz, mąż córki kapłana Midianitów, Sefory. Egipcjanin, który zabił egipskiego nadzorcę i uciekł na pustynię. Mieszkał teraz u swego teścia, Reuela, którego niektórzy nazywają też Jetrą, jak mnie. Oczywiście, znałem go tylko z widzenia i z opowieści. Na pustyni wszyscy wszystko o sobie wiedzą, choć mieszkamy z dala od siebie.
Mojżesz zapędził swoje owce w kierunku małej doliny, zielonej od niskich krzewów. Ja siedziałem na moim głazie, żując źdźbło trawy i przyglądając się mu od niechcenia. Dzień był jak wiele innych – gorący, spokojny, monotonny.
I wtedy to zobaczyłem.
Jeden z krzewów – zwykły, ciernisty krzew, jakich pełno na zboczach Horebu – nagle stanął w płomieniach. Ale nie tak, jak płoną krzewy, gdy uderzą w nie pioruny podczas rzadkich burz. Ten płonął, ale się nie spalał. Płomienie tańczyły na gałęziach, liściach i cierniach, ale krzew pozostawał nienaruszony.
Przetarłem oczy, myśląc, że to miraż, złudzenie wywołane upałem i zmęczeniem. Ale nie, płomienie były prawdziwe – widziałem ich blask, czułem ich żar na twarzy, choć dzieliła nas znaczna odległość.
Mojżesz też to zauważył. Zatrzymał się w pół kroku, zastygł na moment, po czym zmienił kierunek i zaczął zbliżać się do płonącego krzewu. Szedł powoli, ostrożnie, jakby niepewny, czy może ufać własnym oczom.
– Co za dziwne zjawisko – usłyszałem jego głos niesiony echem przez skały. – Podejdę bliżej i zobaczę, dlaczego krzew płonie, a nie spala się.
Powinienem był go ostrzec. Powinienem był krzyknąć, żeby się nie zbliżał. My, ludzie pustyni, wiemy, że są miejsca, których lepiej unikać, zjawiska, od których lepiej trzymać się z daleka. Ale byłem zbyt zdumiony, zbyt onieśmielony tym niezwykłym widokiem, by wydać z siebie choćby jedno słowo.
Gdy Mojżesz podszedł bliżej płonącego krzewu, wydarzyło się coś jeszcze bardziej niepojętego. Z wnętrza płomieni dobiegł głos. Nie, nie głos – to było coś więcej niż głos. To był dźwięk, który wydawał się dochodzić zewsząd – z płomieni, ze skał, z powietrza, może nawet z mojego własnego umysłu. Słyszałem go wyraźnie, mimo dzielącej nas odległości.
– Mojżeszu! Mojżeszu! – zawołał głos.
Mojżesz zatrzymał się i odpowiedział drżącym głosem:
– Oto jestem.
– Nie zbliżaj się tu – ciągnął głos. – Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą.
Widziałem, jak Mojżesz, drżącymi rękami, rozwiązuje rzemyki sandałów i zdejmuje je z nóg. Potem uklęknął i schylił głowę, zakrywając twarz, jakby bał się spojrzeć.
– Jam jest Bóg ojca twego, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba.
Na te słowa Mojżesz ukrył twarz jeszcze głębiej, przyciskając ją niemal do ziemi. Jego ramiona drżały. Z mojego miejsca nie mogłem dostrzec jego twarzy, ale wyobrażałem sobie przerażenie malujące się na niej.
A potem… potem głos mówił długo. Słyszałem tylko strzępy tej rozmowy, niesione wiatrem. Głos mówił o cierpieniu ludu w Egipcie, o ich jękach i wołaniu, które dotarło aż do nieba. Mówił o ziemi opływającej mlekiem i miodem, do której mają być wyprowadzeni. I – co najdziwniejsze – mówił, że to Mojżesz ma ich stamtąd wyprowadzić.
Mojżesz, ten cichy pasterz, który od lat wypasał owce teścia na pustyni. Ten człowiek, który uciekł z Egiptu jako zabójca, miał teraz wrócić tam jako wybawiciel.
Słyszałem, jak Mojżesz protestuje:
– Kimże ja jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić synów Izraela z Egiptu?
Ale głos uparcie powtarzał: „Ja będę z tobą”.
Rozmowa trwała długo. Głos cierpliwie odpowiadał na wszystkie wątpliwości Mojżesza, a ten wciąż się wahał, znajdując kolejne powody, dla których nie nadaje się do tej misji. Wreszcie, gdy słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi, Mojżesz podniósł się z kolan. Płomienie w krzewie przygasły, a potem znikły całkowicie, jakby nigdy ich tam nie było.
Krzew stał nienaruszony, dokładnie taki sam, jak wszystkie inne krzewy na zboczu. Żaden ślad ognia, żaden ślad tego niezwykłego spotkania.
Mojżesz stał jeszcze chwilę w bezruchu, wpatrując się w krzew. Potem powoli nałożył sandały, zebrał swoją pasterską laskę, która leżała na ziemi, i ruszył w kierunku stada, które przez cały ten czas spokojnie skubało trawę, nieświadome niezwykłego wydarzenia, którego byłem świadkiem.
Gdy znikał za wzgórzem, zauważyłem, że idzie inaczej. Nie jak pasterz, który nie ma dokąd się spieszyć, ale jak człowiek napędzany wewnętrznym ogniem, niosący w sobie brzemię i obietnicę zarazem.
Pieśń wiatru
Nie wiem, czy Mojżesz widział mnie tamtego dnia, siedzącego na głazie, obserwującego to wszystko z oddali. Prawdopodobnie nie – był zbyt pochłonięty swoim niezwykłym doświadczeniem.
Tamtej nocy nie mogłem spać. Leżałem na macie w moim skromnym namiocie, wpatrując się w gwiazdy przez otwór u góry, i rozmyślałem o tym, co widziałem. Słyszałem szept wiatru wśród skał, a w tym szepcie słowa, które brzmiały jak echo głosu z płonącego krzewu.
„Ja jestem, który jestem”.
To był moment, w którym zrozumiałem, że byłem świadkiem czegoś, co przekracza moje pojmowanie. Czegoś, co należy do innego porządku rzeczy, innego wymiaru istnienia. Ja, prosty pasterz, miałem przywilej – lub przekleństwo – być świadkiem spotkania Boga z człowiekiem.
Następnego dnia, gdy słońce znów wzeszło nad pustynią, wszystko wydawało się takie samo, a jednak inne. Trawa była taka sama, skały, niebo, moje owce – wszystko wyglądało jak zwykle. A mimo to, wiedziałem, że coś się zmieniło. Jakby sama tkanina rzeczywistości została przemodelowana przez to, co wydarzyło się wczoraj.
Nie widziałem już więcej Mojżesza wśród tych wzgórz. Słyszałem tylko opowieści, przekazywane z ust do ust, o jego powrocie do Egiptu, o starciu z faraonem, o plagach, które spadły na Egipt, i wreszcie o wyjściu Izraelitów z niewoli.
Czasem zastanawiam się, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło, czy może był to tylko sen, miraż, złudzenie wywołane samotnością i pustynnym słońcem. Ale potem patrzę na ten krzew, który wciąż rośnie na zboczu góry – zwykły, ciernisty krzew, który kiedyś płonął, nie spalając się – i wiem, że to była prawda.
Często wracam w tamto miejsce. Siadam na tym samym głazie i patrzę na krzew. Nigdy więcej nie stanął w płomieniach. Nigdy więcej nie przemówił z niego głos. Ale coś w tym miejscu wciąż przyciąga mnie, jakby echo tamtego dnia wciąż rozbrzmiewało wśród skał.
Jestem starym człowiekiem. Moje dni dobiegają końca. Ale zanim odejdę, chcę przekazać tę historię – historię dnia, w którym byłem świadkiem spotkania Mojżesza z Bogiem w krzewie gorejącym. Może nie uwierzycie mi. Może pomyślicie, że to tylko opowieść starca, którego umysł błądzi między jawą a snem. Ale przysięgam na wszystkich bogów pustyni – to, co opowiedziałem, widziałem na własne oczy.
I czasem, gdy wiatr wieje od Horebu, wydaje mi się, że słyszę w nim szept: „Ja jestem, który jestem”. I wiem wtedy, że ten dzień, to spotkanie, zmieniło nie tylko los Mojżesza i jego ludu, ale także mój własny. Bo gdy raz zobaczy się płonący krzew, gdy raz usłyszy się głos Boga, nic już nie jest takie samo.
Świadek historii
Minęły lata. Z mojego miejsca na wzgórzu obserwowałem, jak historia się toczy. Widziałem, jak na horyzoncie, od strony Egiptu, pojawił się ogromny tłum – tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi, prowadzonych przez kolumnę dymu w dzień i słup ognia w nocy. To był naród Izraela, wyprowadzony z Egiptu przez Mojżesza, tak jak zapowiedział głos z płonącego krzewu.
Przechodzili w pobliżu naszych terenów, kierując się w stronę góry Horeb. Słyszałem ich pieśni i modlitwy, niesione wiatrem. Widziałem ich obóz rozłożony u stóp góry – morze namiotów rozciągające się aż po horyzont. I widziałem, jak Mojżesz, ten sam pasterz, który kiedyś wypasał owce swojego teścia, teraz prowadził cały naród, wchodząc na szczyt góry, gdzie – jak szeptano – znów spotkał się z Bogiem, tym razem wśród grzmotów i błyskawic.
Z mojego odległego miejsca obserwowałem, jak góra spowita była dymem i chmurą. Słyszałem dźwięk rogu, który stawał się coraz głośniejszy. A potem zapadła cisza – głęboka, niemal namacalna cisza, jakby cała pustynia wstrzymała oddech.
Gdy Mojżesz zszedł z góry, niósł dwie kamienne tablice. Nawet z daleka widziałem, jak jego twarz jaśniała dziwnym blaskiem – tym samym, który kiedyś widziałem w płonącym krzewie. Ludzie cofali się przed nim, zasłaniając oczy, nie mogąc znieść tego światła.
I wtedy zrozumiałem, że to, czego byłem świadkiem przy krzewie gorejącym, było tylko początkiem. Początkiem historii, która miała zmienić oblicze świata. Historii o narodzie wybranym, o Bogu, który zawarł z nimi przymierze, o prawie wyrytym w kamieniu i w ludzkich sercach.
A ja, prosty pasterz z sąsiedniego wzgórza, miałem przywilej być jej pierwszym świadkiem.
Teraz, gdy moje włosy są całkiem białe, a wzrok słabnie, często myślę o tamtym dniu. O krzewie, który płonął, ale się nie spalał. O głosie, który przemówił z jego wnętrza. O człowieku, który klęczał na świętej ziemi, rozmawiając z Bogiem.
I wiem, że choć mojego imienia nie zapiszą w księgach, choć moja twarz zniknie w mrokach historii, byłem częścią czegoś większego. Byłem świadkiem momentu, w którym niebo dotknęło ziemi, w którym to, co boskie, spotkało się z tym, co ludzkie.
A to wystarczy, by moje życie miało sens.
Gdy teraz patrzę na ten krzew, wciąż rosnący na zboczu góry, widzę w nim symbol – symbol Boga, który objawia się w tym, co zwyczajne i codzienne, który płonie, ale nie niszczy, który przemienia, ale nie unicestwia.
I czasem, gdy jestem tam sam, gdy tylko moje owce dotrzymują mi towarzystwa, szepczę w kierunku krzewu: „Oto jestem”. I czekam, nasłuchując, czy znów przemówi głos spośród cierni. Bo wiem już, że cuda zdarzają się nie tylko bohaterom i prorokom, ale także prostym pasterzom, którzy mają oczy, by widzieć, i uszy, by słyszeć.
I może, tylko może, pewnego dnia krzew znów stanie w płomieniach, a głos znów przemówi. I tym razem nie będzie wzywał Mojżesza, ale mnie – prostego pasterza z sąsiedniego wzgórza, który miał odwagę być świadkiem.