– dni zwątpienia obserwującego budowę arki
Dzień 1, Miesiąc Pąków, Rok 1656 od Stworzenia
Dziś zobaczyłem coś, co wydało mi się najpierw zabawne, potem niepokojące, a w końcu głęboko poruszające. Stary Noe, ten dziwak, który zawsze trzymał się na uboczu naszej społeczności, rozpoczął budowę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – ludzie ciągle coś budują – gdyby nie rozmiar i cel tej konstrukcji.
Noe twierdzi, że buduje arkę. Statek. Ale nie taki, jakie widujemy na rzekach czy nawet na morzu. Ten ma być ogromny, zdolny pomieścić zwierzęta „każdego gatunku”. I po co? Bo podobno nadchodzi wielka woda, która zatopi cały świat. Tak przynajmniej głosi on i jego trzej synowie, którzy pomagają mu w tej szalonej pracy.
Obserwowałem ich przez większą część dnia z pagórka nieopodal. Noe, mimo swoich sześciuset lat, pracuje z energią młodzieńca. Jego synowie – Sem, Cham i Jafet – również nie szczędzą sił. Przynieśli deski cedrowe z bardzo daleka, a teraz obrabiają je według precyzyjnych instrukcji ojca.
Ludzie z okolicy przychodzą, patrzą, śmieją się i odchodzą. Ja zostałem dłużej. Jest coś fascynującego w determinacji tego starca. Wierzy w coś, czego nikt inny nie widzi. Mówi, że otrzymał instrukcje od samego Stwórcy.
Może i jestem sceptykiem, ale zawsze interesowali mnie ludzie, którzy wyłamują się z ogólnie przyjętych przekonań. Dlatego postanowiłem dokumentować to przedsięwzięcie. Może kiedyś ten dziennik posłuży jako świadectwo największego szaleństwa naszych czasów. A może… nie, nie dopuszczam myśli, że ten starzec może mieć rację.
Dzień 12, Miesiąc Pąków
Minęło prawie dwa tygodnie, odkąd zacząłem obserwować budowę. Dziś po raz pierwszy podszedłem bliżej i zagadnąłem samego Noego. Nie spodziewałem się, że będzie skłonny do rozmowy, ale ku mojemu zaskoczeniu przywitał mnie uprzejmie.
„Przychodzisz, by się naśmiewać czy by zrozumieć?” – zapytał, nie przerywając pracy. Jego ręce, pokryte odciskami i żywicą, sprawnie manipulowały drewnianymi kołkami.
„Przychodzę, by obserwować,” – odpowiedziałem szczerze. „To, co robisz, wydaje się… niezwykłe.”
Uśmiechnął się łagodnie. „’Niezwykłe’ to uprzejme określenie. Większość nazywa to szaleństwem.”
„Dlaczego wierzysz, że nadejdzie potop?” – zapytałem wprost.
Noe odłożył narzędzia i spojrzał na mnie z powagą. Jego oczy, mimo wieku, były jasne i przenikliwe.
„Nie wierzę. Wiem. Stwórca przemówił do mnie. Ten świat stał się siedliskiem zła i przemocy. Ludzie odwrócili się od swoich pierwotnych wartości. Miłość zastąpili pożądaniem, sprawiedliwość – siłą, prawdę – kłamstwem. Stwórca dał nam szansę, długie życie, by naprawić nasze błędy. Ale co z tym zrobiliśmy? Wykorzystaliśmy długowieczność, by doskonalić się w zepsuciu. Teraz przyszedł czas rozliczenia.”
Jego słowa poruszyły mnie głębiej, niż chciałbym przyznać. Czy nie widziałem sam, jak nasza społeczność stacza się w otchłań niemoralności? Czy nie zamykałem oczu na przemoc, która stała się codziennością? Czy nie słyszałem krzyków ofiar, które ignorowałem, zajęty własnymi sprawami?
„Ile czasu zostało?” – zapytałem cicho.
„Nie wiem dokładnie. Ale mniej, niż potrzebuję, by ukończyć arkę. Dlatego pracujemy bez wytchnienia.”
Odszedłem zamyślony. Jeszcze nie wierzę w potop, ale widzę wiarę w oczach tego człowieka. To nie jest szaleństwo. To pewność.
Dzień 45, Miesiąc Kwitnienia
Dziś widziałem coś, co wstrząsnęło moim sceptycyzmem. Przyszedłem na miejsce budowy wcześnie rano, by uniknąć tłumów gapiów, którzy teraz regularnie przychodzą oglądać „szaleńca i jego łódź”. Ku mojemu zaskoczeniu, na polanie obok częściowo ukończonej arki zobaczyłem zwierzęta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że były to gatunki, które nigdy nie współistnieją pokojowo.
Wilk leżał obok jagnięcia. Lew drzemiący pod drzewem nie zwracał uwagi na antylopę pasącą się nieopodal. Gady, ptaki, ssaki – wszystkie jakby w jakimś niewidzialnym zawieszeniu swojej naturalnej wrogości.
Noe pracował jak zwykle, od czasu do czasu zerkając na to niezwykłe zgromadzenie.
„Co tu się dzieje?” – zapytałem, podchodząc.
„Przybywają,” – odpowiedział prosto. „Same, bez przymusu. Tak jak zostało powiedziane.”
„Ale jak… dlaczego one się nie atakują nawzajem?”
Noe uśmiechnął się tajemniczo. „Czy nadal myślisz, że to wszystko jest dziełem przypadku albo mojego szaleństwa?”
Nie odpowiedziałem. Przez resztę dnia obserwowałem to niemożliwe zgromadzenie zwierząt. Wieczorem, gdy wracałem do domu, niebo przecięła błyskawica, choć nie było chmur. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.
Co jeśli on ma rację?
Dzień 67, Miesiąc Kwitnienia
Budowa postępuje w zastraszającym tempie. To, co wydawało się niemożliwym zadaniem dla czterech mężczyzn, jakoś się materializuje. Arka przybiera kształt zgodny z opisem, jaki Noe powtarza każdemu, kto chce słuchać – trzysta łokci długości, pięćdziesiąt szerokości, trzydzieści wysokości, trzy pokłady.
Dziś przyłapałem się na liczeniu zapasów w moim domu. Ile jedzenia mam? Na ile dni wystarczy? Co zabrałbym ze sobą, gdybym musiał nagle opuścić wszystko?
Te myśli przerażają mnie i rozśmieszają jednocześnie. Czy naprawdę zaczynam wierzyć w przepowiednie szalonego starca?
Po południu udałem się na plac miejski, gdzie starszyzna dyskutowała o „problemie Noego”. Niektórzy twierdzili, że należy go powstrzymać, że sieje niepotrzebną panikę. Inni argumentowali, że jest nieszkodliwy, a jego budowa to po prostu prywatna sprawa.
„Ten człowiek twierdzi, że wszyscy zginiemy!” – krzyczał jeden ze starszych. „Że nasz sposób życia zasługuje na zniszczenie! To obraza dla nas wszystkich!”
„Ale co, jeśli ma rację?” – odważyłem się zapytać.
Zapadła cisza, a potem wybuch śmiechu. Zostałem wyśmiany, tak jak Noe. Ale w oczach niektórych zobaczyłem cień niepewności.
Wracając, natknąłem się na grupę dzieci dręczących najmłodszego syna Noego, Jafeta. Rzucali w niego kamieniami i krzyczeli: „Gdzie twój potop, synu szaleńca?”
Przepędziłem ich, a potem odprowadziłem chłopca do arki. Był wdzięczny, ale nie zaskoczony prześladowaniem.
„Przyzwyczaiłem się,” – powiedział ze smutnym uśmiechem. – „Ale niedługo się to skończy.”
W jego głosie nie było złośliwości ani triumfu. Tylko cicha pewność.
Dzień 90, Miesiąc Owoców
Dziś arka została prawie ukończona. Z zewnątrz wygląda jak gigantyczna skrzynia – bez masztu, bez steru, bez niczego, co przypominałoby konwencjonalny statek. Wewnątrz podzielona jest na niezliczone komory, pomieszczenia i zagrody. Widziałem, jak Noe i jego synowie gromadzą zapasy – ziarno, suszone owoce, wodę w glinianych dzbanach.
Zwierząt przybywa z każdym dniem. Przychodzą parami, samiec i samica, jakby prowadzone niewidzialną ręką. Niektóre z nich to gatunki, których nigdy wcześniej nie widziałem – dziwne, egzotyczne stworzenia z odległych krain.
Noe traktuje je wszystkie z jednakową troską. Dla każdego ma przygotowane miejsce, dla każdego zna odpowiedni pokarm. Ta jego wiedza wydaje się nadludzka.
Dziś po raz pierwszy rozmawiałem z jego żoną. To spokojna, cicha kobieta, która wspiera męża bez wahania. Zapytałem ją, czy nigdy nie zwątpiła.
„Oczywiście, że wątpiłam,” – odpowiedziała z łagodnym uśmiechem. – „Jestem tylko człowiekiem. Ale poznałam mojego męża przez setki lat wspólnego życia. Nigdy nie był szalony, nigdy nie był kłamcą. Jeśli mówi, że rozmawiał ze Stwórcą, to tak było.”
„A co z tymi wszystkimi, którzy nie wejdą na arkę?” – zapytałem. – „Czy sprawiedliwy Bóg naprawdę zniszczyłby wszystko?”
Jej twarz spochmurniała. „Stwórca dał nam wolną wolę i czas. Setki lat, by żyć w zgodzie z Jego zasadami. Ale spojrzyj wokół – co zrobiliśmy z tym darem? Jak traktujemy się nawzajem? Czy widzisz jeszcze miłosierdzie i sprawiedliwość w naszym świecie?”
Nie mogłem zaprzeczyć. Sam byłem świadkiem potworności, które ludzie wyrządzali sobie nawzajem. Sam odwracałem wzrok, gdy działy się rzeczy, którym powinienem się sprzeciwić.
„Czy jest jeszcze miejsce na arce?” – zapytałem, zaskakując samego siebie.
Spojrzała na mnie z mieszaniną smutku i nadziei. „Zawsze jest miejsce dla tych, którzy naprawdę wierzą.”
Dzień 103, Miesiąc Owoców
Dziś rano niebo pociemniało. Nie były to zwykłe chmury deszczowe, ale coś gęstszego, złowieszczego, rozciągającego się od horyzontu po horyzont. Powietrze stało się ciężkie, trudne do oddychania.
Ludzie są niespokojni, choć nikt otwarcie nie przyznaje, że może mieć to związek z przepowiedniami Noego. Zamiast tego szukają racjonalnych wyjaśnień – to tylko burza, to tylko niezwykłe zjawisko atmosferyczne, to minie.
Byłem przy arce, gdy Noe i jego rodzina zaczęli wprowadzać ostatnie zwierzęta. Pracowali metodycznie, bez pośpiechu, ale i bez zbędnej zwłoki. Jakby dokładnie wiedzieli, ile czasu im zostało.
„Czy to już?” – zapytałem Noego, gdy przez chwilę znalazł się sam.
Spojrzał w niebo i powoli skinął głową. „Rozpoczęło się. Do jutra wody przybiorą.”
„Co mam zrobić?” – zapytałem, czując, jak strach ściska mi gardło.
Noe położył dłoń na moim ramieniu. „To, co podpowiada ci serce. Ale nie zwlekaj zbyt długo.”
Spędziłem resztę dnia, chodząc po mieście, obserwując ludzi, którzy kontynuowali swoje codzienne sprawy, ignorując zmieniające się niebo. Widziałem handlarzy oszukujących klientów, silniejszych gnębiących słabszych, obojętność wobec cierpienia. A jednak widziałem też matki tulące dzieci, przyjaciół dzielących się chlebem, drobne gesty dobroci i miłości.
Czy to wszystko ma zniknąć? Czy nie ma innego sposobu?
Wieczorem spadły pierwsze krople deszczu. Były ciężkie, gęste, niepodobne do żadnego deszczu, jaki pamiętam. Gdy uderzyły o ziemię, nie wsiąkały, ale zbierały się w kałuże, które szybko rosły.
Dzień 104, Miesiąc Owoców
Deszcz nie ustaje. Pada nieprzerwanie od wczorajszego wieczora, z intensywnością, która przeraża. Woda już zalała najniżej położone domy, ludzie przenoszą się na wyższe tereny. Niektórzy zaczynają panikować, inni wciąż twierdzą, że to tylko wyjątkowo silna burza.
Ale ja widzę prawdę. To jest potop.
Nad ranem udałem się do arki. Była już całkowicie zamknięta, wszystkie zwierzęta i zapasy wewnątrz. Ale gdy zbliżyłem się do gigantycznych drzwi, ujrzałem Noego, stojącego w wąskim otworze.
„Czekałem na ciebie,” – powiedział.
Spojrzałem za siebie, na miasto, które znałem całe życie, na ludzi, wśród których dorastałem.
„Dlaczego ja?” – zapytałem. – „Jest tylu ludzi lepszych ode mnie.”
„Bo zadałeś pytanie,” – odpowiedział Noe. – „Bo zwątpiłeś, ale szukałeś prawdy. Bo patrzysz i widzisz.”
Stałem w deszczu, rozdygotany, niezdecydowany. W moim sercu toczyła się walka pomiędzy strachem a odpowiedzialnością, pomiędzy pragnieniem przetrwania a poczuciem, że nie zasługuję na ratunek.
„Nie mogę,” – powiedziałem w końcu. – „Są ludzie, którym muszę pomóc. Muszę spróbować ich ostrzec, przekonać…”
Noe patrzył na mnie ze smutkiem, ale i ze zrozumieniem. „Szanuję twoją decyzję. Ale pamiętaj, że czas jest ograniczony.”
Odwróciłem się i pobiegłem z powrotem do miasta. Woda sięgała już do kolan, utrudniając ruch. Ludzie zaczynali w panice przenosić dobytek na wzgórza. Niektórzy krzyczeli, niektórzy płakali, inni wciąż próbowali zachować pozory normalności.
Biegałem od domu do domu, krzycząc o arce, o Noem, o szansie na ratunek. Niektórzy wyśmiewali mnie, inni ignorowali, zajęci ratowaniem mienia. Kilkoro poszło za mną, ale gdy dotarliśmy do arki, ogromne drzwi były już zamknięte.
Deszcz przybierał na sile. Nie był to już tylko deszcz – wydawało się, że całe niebo się otworzyło. A ziemia pękała pod naszymi stopami, uwalniając wodę z głębin.
Teraz siedzę na dachu najwyższego budynku w mieście, pisząc te słowa w świetle błyskawic. Woda wciąż się podnosi. Arka uniosła się i teraz dryfuje gdzieś na horyzoncie, nieosiągalna.
Nie żałuję swojej decyzji. Może nie udało mi się nikogo uratować, ale przynajmniej próbowałem. Nie odwróciłem wzroku.
Zastanawiam się, czy Stwórca widzi mnie teraz. Czy liczy się to, że w ostatniej chwili próbowałem postąpić właściwie? Czy to wystarczy, by zrównoważyć całe życie wątpliwości i bierności?
Woda sięga już krawędzi dachu. Niedługo nie będzie już gdzie się schronić.
Czy będzie jakiś świat po tym potopie? Czy ludzie, którzy przeżyją na arce, zbudują coś lepszego? Czy nauczą się na błędach tych, którzy odeszli?
Chciałbym w to wierzyć. Chciałbym myśleć, że ta woda, która zabiera nasze życia, jednocześnie zmywa zło, które sami stworzyliśmy. Że po niej przyjdzie odnowienie, druga szansa.
Moje ostatnie słowa kieruję do przyszłości, do tych, którzy mogą kiedyś znaleźć ten pamiętnik. Uczcie się z naszych błędów. Kochajcie się nawzajem. Szanujcie dary, które otrzymujecie. I nigdy, przenigdy nie lekceważcie ostrzeżeń, tylko dlatego, że wydają się niemożliwe.
Woda podnosi się. To moje ostatnie zapiski.
Niech Stwórca ma nas wszystkich w swojej opiece.
Epilog – Odnaleziony pamiętnik
Poniższe zapiski zostały dodane inną ręką, setki lat później.
Ten dziennik odnaleziono w glinianym naczyniu, wmurowanym w fundamenty starożytnego miasta, które odsłonięto podczas wielkich wykopalisk. Pismo jest archaiczne, materiał niezwykle stary, ale dzięki doskonałemu zabezpieczeniu w hermetycznym pojemniku, słowa przetrwały.
Czy jest to autentyczne świadectwo człowieka, który przeżył ostatnie dni przed Wielkim Potopem? Czy może literacka fikcja stworzona przez anonimowego autora z czasów antycznych?
Niezależnie od odpowiedzi, przesłanie jest jasne i ponadczasowe. Przypomina nam o odpowiedzialności, jaką niesie wolna wola. O konsekwencjach ignorowania ostrzeżeń. I o nadziei, że nawet w obliczu końca świata, wartości takie jak odwaga, współczucie i samoświadomość mają znaczenie.
Ten pamiętnik – autentyczny czy nie – jest zwierciadłem, w którym możemy zobaczyć nasze własne społeczeństwo, nasze własne wybory, nasze własne zaniedbania.
Obyśmy byli mądrzejsi niż anonimowy autor tych słów. Obyśmy dostrzegli znaki, zanim będzie za późno.
Profesor J. Ararat, Katedra Archeologii Biblijnej, Uniwersytet w Niniwie