– rozdarcie zasłony świątynnej podczas ukrzyżowania
14 Nisan, wieczór (dzień przed ukrzyżowaniem)
Przygotowania do Paschy zajmują nam każdą chwilę. Świątynia pełna jest pielgrzymów, przybywających z najdalszych zakątków, by złożyć ofiarę w tym świętym czasie. Moja zmiana kapłańska, zastęp Abiasza, ma służbę przy ołtarzu jutro. Tysiące baranków zostanie złożonych w ofierze, ich krew wylana, ciała przygotowane na wieczerzę paschalną.
Atmosfera w mieście jest napięta. Czuje się to w powietrzu. Piłat, jak zawsze podczas świąt, sprowadził dodatkowe oddziały z Cezarei. Widziałem ich dziś rano – maszerowali przez miasto, lśniące zbroje i włócznie, niczym żelazny wąż sunący przez wąskie ulice. Antonia, forteca przylegająca do murów świątynnych, pełna jest żołnierzy gotowych stłumić najmniejszy przejaw niepokojów.
A ludzie szepczą. O Nazarejczyku, który wjechał do miasta kilka dni temu, witany przez tłumy jak król, jak Mesjasz. O tym, jak oczyścił dziedziniec świątynny, przewracając stoły handlarzy. O jego sporach z faryzeuszami i saduceuszami. O cudach, które rzekomo czyni.
Nie jestem faryzeuszem ani saduceuszem. Jestem tylko jednym z czterech tysięcy kapłanów służących w świątyni. Moim zadaniem jest składanie ofiar, palenie kadzidła, dbanie o przestrzeganie rytuałów przekazanych nam przez Mojżesza. Trzymam się z dala od sporów między stronnictwami. Ale dziś Kajfasz, arcykapłan, wezwał wszystkich przełożonych zmian kapłańskich. Jego słowa były niepokojące.
„Ten Jezus z Nazaretu to niebezpieczny podżegacz,” powiedział. „Jeśli pozwolimy mu działać, Rzymianie wykorzystają to jako pretekst, by odebrać nam resztę niezależności, jaką mamy. Lepiej, by jeden człowiek zginął za lud, niż miał zginąć cały naród.”
Nie podobał mi się ton jego słów. Brzmiał bardziej jak polityk niż kapłan Najwyższego. Ale kto jestem, by kwestionować arcykapłana?
Słyszałem, że Nazarejczyk ma zostać aresztowany dziś w nocy, po wieczerzy paschalnej. Zanim tłumy się o tym dowiedzą. Mam nadzieję, że wszystko przebiegnie spokojnie, bez rozruchów. Pascha powinna być czasem świętym, czasem pamięci o wyzwoleniu z Egiptu, nie czasem przelewania krwi.
Muszę teraz odpocząć przed jutrzejszą służbą. Będę potrzebował wszystkich sił, by przetrwać ten dzień. Coś mi mówi, że będzie to Pascha, której nie zapomnę do końca życia.
15 Nisan, wczesny ranek
Piszę te słowa drżącą ręką, przy świetle oliwnej lampy, w naszych kwaterach przylegających do świątyni. Jest jeszcze przed świtem, ale sen mnie opuścił po tym, co usłyszałem.
Nazarejczyka pochwycono w nocy. Postawiono przed Sanhedrynem na pośpiesznie zwołanym posiedzeniu – wbrew naszemu własnemu prawu, które zakazuje sądzenia w sprawach gardłowych podczas świąt. Oskarżono go o bluźnierstwo, bo podobno twierdził, że jest Synem Bożym.
Jeden z młodszych kapłanów, Eliezer, był przy tym. Przybiegł do mnie, blady i roztrzęsiony.
„Ezdrasz,” powiedział. „Arcykapłan zapytał go wprost: 'Czy ty jesteś Mesjaszem, Synem Błogosławionego?’ A Nazarejczyk odpowiedział: 'Ja jestem. I ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego z obłokami niebieskimi.'”
Słysząc to, Kajfasz rozdarł swoje szaty – gest zastrzeżony dla najcięższych bluźnierstw. „Słyszeliście bluźnierstwo,” zawołał. „Na cóż potrzeba nam więcej świadków?”
I skazali go. Wszyscy. Zgodnie.
Teraz prowadzą go do Piłata, gdyż sami nie możemy wykonać kary śmierci. Rzymianie zastrzegli to sobie. Eliezer mówi, że chcą go oskarżyć o podburzanie ludu przeciwko Rzymowi, by namiestnik skazał go na ukrzyżowanie.
Ukrzyżowanie. W dzień Paschy. Czuję, że coś się tu nie zgadza. Zbyt wiele zasad zostało nagiętych, zbyt wiele praw pogwałconych. Kajfasz i jego ludzie działają w pośpiechu, jakby bali się, że jeśli zwlekają, stanie się coś niespodziewanego.
Kim jest ten Jezus z Nazaretu? Jeśli to tylko kolejny fałszywy prorok, czemu arcykapłan tak się go obawia? A jeśli faktycznie jest tym, za kogo się podaje…
Nie. Nie mogę nawet myśleć w tym kierunku. Mesjasz nie zakończyłby swojego życia na rzymskim krzyżu, skazany przez własny lud.
Za kilka godzin rozpoczynam służbę w świątyni. Dziś po południu złożę ofiarę z kadzidła w Miejscu Świętym. To jeden z najważniejszych momentów w życiu kapłana. Muszę się skupić na tym, co pewne, co znane – na rytuale przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Na Prawie, które jest naszym dziedzictwem i naszym przewodnikiem.
A jednak nie mogę oprzeć się przeczuciu, że tego dnia stanie się coś, co wstrząśnie posadami naszej wiary.
15 Nisan, południe
Piszę w przerwie między obowiązkami. Składanie paschalnych ofiar rozpoczęło się z pełną mocą. Dziedzińce są pełne ludzi, powietrze przesycone zapachem krwi i dymu z ołtarza. Kapłani pracują nieprzerwanie – zabijamy baranki, wylewamy krew u podstawy ołtarza, spalamy części przeznaczone dla Najwyższego.
Ale wieści z miasta docierają nawet tutaj, do wewnętrznych dziedzińców. Piłat skazał Nazarejczyka na ukrzyżowanie. Ponoć próbował go uwolnić, widząc, że oskarżenia są naciągane, ale tłum żądał jego śmierci. Ten sam tłum, który kilka dni temu witał go jako króla.
Cóż za ironia – w dniu, gdy zabijamy tysiące baranków paschalnych na pamiątkę wyzwolenia z Egiptu, człowiek, którego niektórzy uważali za naszego wybawiciela, właśnie umiera na wzgórzu Golgoty.
Jeden z lewitów, który wrócił z miasta, mówi, że Nazarejczyk niósł swój krzyż przez ulice Jerozolimy, ale był tak osłabiony biciem, że musieli zmusić przypadkowego przechodnia, by pomógł mu go nieść. Szły za nim kobiety, płacząc i zawodząc. A on, zamiast myśleć o własnym cierpieniu, powiedział do nich: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi.”
Jakie to dziwne – człowiek idący na śmierć, a martwi się o innych. Nie tak zachowują się zwykli przestępcy.
Za godzinę mam wejść do Miejsca Świętego, by złożyć ofiarę z kadzidła. To wielki zaszczyt, który przypada kapłanowi raz, najwyżej dwa razy w życiu. Muszę się oczyścić i przygotować duchowo. Muszę zostawić za sobą te niepokojące myśli i skupić się na służbie przed Najwyższym.
15 Nisan, popołudnie
Nie ma słów, by opisać to, co się stało. Moje dłonie wciąż drżą, a serce bije jak oszalałe, gdy próbuję przelać na papirus wydarzenia ostatnich godzin.
Około południa niebo nad Jerozolimą pociemniało, choć nie było chmur. Niepokojąca ciemność zaległa nad miastem i świątynią. Ludzie szemrali, że to zły omen, że Najwyższy odwraca swoje oblicze. Kapłani ze starszych zmian nakazali podwoić ofiary przebłagalne. Wewnątrz świątyni zapalono wszystkie lampy, choć była to pora dnia, gdy zwykle wystarczało światło wpadające przez wysokie okna.
Nadeszła moja godzina służby. Oczyszczony, ubrany w święte szaty, z drżeniem serca wszedłem do Miejsca Świętego. Kadzielnica w moich rękach była ciężka od wonnych ziół – mirry, cynamonu, kasji i innych, których skład znają tylko najstarsi kapłani. Złożyłem ofiarę na złotym ołtarzu, jak nakazuje rytuał. Pachnący dym wzniósł się pod sklepienie, wypełniając przestrzeń.
A potem, gdy kończyłem obrzęd, zapadła absolutna cisza. Jakby cały świat wstrzymał oddech. I w tej ciszy usłyszałem głos. Nie, nie głos – krzyk, dobiegający gdzieś z oddali, spoza murów świątyni, a może i spoza czasu:
„Eli, Eli, lema sabachthani!”
„Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!”
Aramejskie słowa, które każdy z nas zna – pierwsze wersety Psalmu 22. A potem kolejny okrzyk:
„Wykonało się!”
I wtedy to się stało. Zasłona – ta święta zasłona, która oddziela Miejsce Święte od Najświętszego, utkana z najcenniejszej purpury, szkarłatu i błękitu, gruba na szerokość dłoni, której żaden śmiertelnik nie śmiał dotknąć – rozdarła się. Nie z boku, nie od dołu, gdzie mogłaby ją uszkodzić ludzka ręka. Rozdarła się od góry do dołu, z przerażającym trzaskiem, jakby niewidzialna ręka rozerwała ją na dwie części.
Stałem jak skamieniały, patrząc na to, co nigdy nie powinno być widziane przez zwykłego kapłana – na pusty tron, na arkę przymierza, która zniknęła przed wiekami, gdy Nabuchodonozor zniszczył pierwszą świątynię. Na puste miejsce, gdzie miał mieszkać Najwyższy pośród swojego ludu.
To… niemożliwe. Zasłona ma chronić najświętsze z miejsc przed spojrzeniami. Ma oddzielać to, co święte, od tego, co świeckie. To symbol granicy między Bogiem a człowiekiem. A teraz…
Zacząłem krzyczeć. Nie wiem dokładnie, co wykrzykiwałem. Wpadłem do przedsionka, gdzie inni kapłani czekali na swoją kolej służby. Ich twarze na mój widok stały się białe jak płótno.
„Zasłona!” wołałem. „Zasłona się rozdarła!”
Nikt nie chciał mi uwierzyć. Zaczęli mnie uspokajać, myśląc, że dotknęło mnie szaleństwo, że zobaczyłem wizję, że uległem wpływowi kadzidła. Ale wtedy najstarsi spośród nich, nasi przełożeni, weszli sami do Miejsca Świętego. I zobaczyli.
Przez moment zapanował absolutny chaos. Jedni płakali, inni modlili się gorączkowo, jeszcze inni dyskutowali, co to może znaczyć, co powinniśmy zrobić. W końcu Malachiasz, przełożony naszej zmiany, nakazał nam wszystkim milczenie.
„Nikt nie może się o tym dowiedzieć,” powiedział stanowczym głosem. „Nie teraz, nie podczas świąt. To wywołałoby panikę wśród ludzi. Przygotujemy nową zasłonę, zawiesimy ją jeszcze dziś w nocy.”
„A co z rytuałem?” zapytał ktoś. „Czy można kontynuować służbę, gdy Miejsce Najświętsze jest… odsłonięte?”
„Musimy,” odpowiedział Malachiasz. „Nie możemy przerwać Paschy. Najwyższy by nam tego nie wybaczył.”
Ale jego głos drżał, a w oczach widziałem strach. Bo wszyscy myśleliśmy o tym samym – co jeśli to był znak? Co jeśli Najwyższy opuścił swoją świątynię, swój lud?
Gdy wychodziłem, drżąc i oszołomiony, by wrócić do kwarteru kapłańskiego, ziemia zatrzęsła się pod moimi stopami. Prawdziwe trzęsienie ziemi, jakiego Jerozolima nie zaznała od lat. Ludzie na dziedzińcach krzyczeli z przerażenia, niektórzy padali na twarz, myśląc, że to koniec świata.
A może to jest koniec świata, jaki znamy?
Teraz siedzę w swoim kącie, próbując pojąć, co się stało. Co oznacza rozdarcie zasłony? I jaki związek ma to z ukrzyżowaniem Nazarejczyka?
Bo jestem pewien, że jest związek. Te okrzyki, które słyszałem – to musiał być jego głos. Jego ostatnie słowa, zanim umarł. Jakimś sposobem dotarły do mnie, do świątyni, w momencie, gdy stałem przed zasłoną.
„Wykonało się!” – co się wykonało? Jakie proroctwo? Jaki boski plan?
Muszę się dowiedzieć więcej o tym człowieku. O jego naukach. O tym, kim był i co robił. Bo jeśli zasłona rozdarła się w momencie jego śmierci, to znaczy, że…
Nie, nie śmiem nawet dokończyć tej myśli. To zbyt przerażające, zbyt… bluźniercze.
A jednak zasłona się rozdarła. Widziałem to na własne oczy.
15 Nisan, wieczór
Z Golgoty wracają ludzie, którzy byli świadkami ukrzyżowania. Przynoszą dziwne wieści. Setnik rzymski, który nadzorował egzekucję, podobno powiedział: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym.” Co skłoniło poganina do takiego wyznania?
Mówią też, że gdy Nazarejczyk umarł i ziemia się zatrzęsła, groby się otworzyły, a ciała wielu świętych ludzi powstały i ukazały się wielu w mieście. Brzmi to jak ludowe zabobony, ale po tym, co sam dziś widziałem, nie śmiem odrzucać niczego jako niemożliwe.
Ciało Nazarejczyka zostało zdjęte z krzyża i złożone w nowym grobie wykutym w skale, należącym do Józefa z Arymatei – człowieka, którego znam, członka Sanhedrynu, bogatego i wpływowego. Co ciekawe, był on tajemnym uczniem Jezusa, jak mi powiedziano. Pomagał mu inny członek Rady – Nikodem. To zastanawiające, że ludzie z samego serca żydowskiego establishmentu byli zwolennikami człowieka skazanego przez tenże establishment.
Nowa zasłona jest już w trakcie wykonywania. Najlepsze tkaczki pracują nad nią, ale potrwa to wiele dni, zanim będzie gotowa. Tymczasem przygotowano tymczasową zasłonę, prostszą, ale spełniającą swoją funkcję. Zawieszono ją już w świątyni.
Ale to nie to samo. Wszyscy kapłani to czują. Coś się zmieniło. Coś fundamentalnego.
Zaczynam myśleć, że tą zasłoną nie była tylko tkanina. Była też zasłona w naszych umysłach, w naszych sercach. Zasłona, która oddzielała nas od prawdziwego zrozumienia. I ona też się rozdarła, przynajmniej dla mnie.
Gdy rozmyślam o śmierci Nazarejczyka, o rozdarciu zasłony, o trzęsieniu ziemi, o niezwykłej ciemności – wszystko to układa się w pewien wzór. Jakby wszechświat sam reagował na odejście wyjątkowej duszy.
Kim był ten człowiek, którego śmierć wstrząsnęła posadami świątyni?
16 Nisan, ranek
Nie spałem w nocy. Jak mógłbym spać po tym wszystkim? Zamiast tego rozmawiałem z innymi kapłanami, z lewitami, z pielgrzymami, którzy byli świadkami ukrzyżowania. Składałem te opowieści jak puzzle, próbując zrozumieć obraz, który się z nich wyłania.
Oto, co wiem o Jezusie z Nazaretu:
Urodził się w Betlejem, ale wychował w Galilei. Mówią, że był z rodu Dawida, choć jego przybrany ojciec, Józef, był prostym cieślą. Jego matka, Maria, miała zajść w ciążę w niezwykłych okolicznościach – niektórzy twierdzą, że za sprawą Ducha Świętego. Inni, bardziej sceptyczni, sugerują, że była to zwykła, ludzka historia.
Przez większość swego życia był nieznany, żyjąc i pracując w Nazarecie. Około trzy lata temu, w wieku mniej więcej trzydziestu lat, rozpoczął publiczną działalność. Został ochrzczony przez proroka Jana w rzece Jordan. Potem nauczał w Galilei, Judei i Samarii, gromadząc wokół siebie uczniów.
Jego nauki były… niezwykłe. Mówił o królestwie Bożym, ale nie jako o politycznym przewrocie, lecz o wewnętrznej przemianie. Mówił o miłości nieprzyjaciół, o przebaczeniu, o służeniu innym. Mówił, że przyszedł wypełnić Prawo, nie je obalić, a jednocześnie interpretował je w sposób, który oburzał wielu uczonych.
I czynił cuda. To potwierdzają nawet jego przeciwnicy. Uzdrawiał chorych, oczyszczał trędowatych, przywracał wzrok niewidomym. Niektórzy twierdzą, że wskrzeszał umarłych – jak Łazarza z Betanii, który podobno leżał w grobie cztery dni, zanim Jezus go wskrzesił.
Wszystko to mogłoby świadczyć, że był prorokiem, posłanym przez Najwyższego. Ale on twierdził coś więcej. Twierdził, że jest Synem Bożym, że jest Mesjaszem. Że kto go widzi, widzi Ojca. Że istniał, zanim Abraham przyszedł na świat.
Gdyby tylko to mówił, uznalibyśmy go za szaleńca albo bluźniercę. Ale cuda… cuda sugerują, że miał moc, której źródłem mógł być tylko Najwyższy.
I teraz jego śmierć, rozdarcie zasłony, trzęsienie ziemi. Jakby sam Bóg cierpiał wraz z nim, jakby niebo opłakiwało jego odejście.
Jeden z uczniów Jezusa, Jan, był podobno pod krzyżem do samego końca. Mówią, że Nazarejczyk powierzył mu opiekę nad swoją matką. A w ostatnich chwilach wypowiedział słowa Psalmu 22, a potem zawołał: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” i „Wykonało się”.
Wykonało się. Te słowa wciąż dźwięczą mi w uszach.
17 Nisan, ranek
Jerozolima jest pełna niezwykłych wieści. Grób Nazarejczyka jest pusty. Jego ciało zniknęło.
Arcykapłani twierdzą, że to uczniowie wykradli zwłoki, by potem głosić jego zmartwychwstanie. Nakazali rozpowszechniać tę wersję, przekupując nawet rzymskich strażników, którzy pilnowali grobu.
Ale ci sami strażnicy, gdy są pijani lub znajdują się z dala od uszu przełożonych, opowiadają inną historię. O trzęsieniu ziemi, o oślepiającym świetle, o aniele, który odwalił kamień grobowy. O tym, jak padli na ziemię, jakby martwi ze strachu. A gdy się ocknęli, grób był już pusty.
Kobiety, które poszły do grobu wczesnym rankiem, by namaścić ciało, opowiadają podobnie – o odwalonym kamieniu, o pustym grobie, o aniołach, którzy powiedzieli im: „Nie ma go tu, zmartwychwstał”.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że kilkoro uczniów twierdzi, iż widziało go żywego. Maria Magdalena podobno spotkała go w ogrodzie przy grobie. Dwaj inni uczniowie mówią, że szedł z nimi drogą do Emaus, a oni go nie poznali, dopóki nie połamał chleba przy wieczerzy.
Podobno ukazał się również Szymonowi zwanemu Piotrem, a potem wszystkim uczniom zgromadzonym w zamkniętym pomieszczeniu.
Gdyby tylko jeden człowiek twierdził, że widział zmarłego, uznałbym go za szaleńca lub kłamcę. Ale tych świadectw jest zbyt wiele, są zbyt spójne, a jednocześnie różnią się w szczegółach, co sugeruje, że nie są wymyślone.
Przypomina mi się przepowiednia proroka Ozeasza: „Po dwóch dniach przywróci nas do życia, a dnia trzeciego podźwignie i będziemy żyli przed Jego obliczem.” Czy to mogło odnosić się do Nazarejczyka?
I jeśli faktycznie zmartwychwstał, co to oznacza? Że jest tym, za kogo się podawał – Synem Bożym, Mesjaszem? Że jego śmierć nie była końcem, lecz początkiem czegoś nowego?
A rozdarcie zasłony – czy to był znak, że bariera między Bogiem a człowiekiem została zburzona? Że Miejsce Najświętsze jest teraz otwarte dla wszystkich, nie tylko dla arcykapłana raz w roku?
To by tłumaczyło, dlaczego zasłona rozdarła się właśnie w momencie jego śmierci. Bo jego ofiara była… czym? Nową Paschą? Ostatecznym przebłaganiem za grzechy?
Te myśli mnie przerażają. Jeśli są prawdziwe, oznaczają, że wszystko, w co wierzyłem, wszystko, czemu służyłem jako kapłan, było tylko cieniem tego, co miało nadejść. Że świątynia, ofiary, rytuały – wszystko to było zapowiedzią jednej, ostatecznej ofiary.
14 Ijar, miesiąc później
Minął miesiąc. Nowa zasłona została zawieszona w świątyni. Rytuały trwają jak zawsze. Na pierwszy rzut oka wszystko wróciło do normy.
Ale to tylko pozory. Miasto huczy od plotek. Uczniowie Nazarejczyka, którzy ukrywali się po jego śmierci, teraz otwarcie głoszą, że ich mistrz zmartwychwstał. Że ukazywał im się przez czterdzieści dni, nauczając o królestwie Bożym. A potem, na ich oczach, został wzięty do nieba, obiecując, że wkrótce ześle im Ducha Świętego.
Nie są to już przestraszeni, prości ludzie, jakimi byli jeszcze miesiąc temu. Mówią z mocą, z pewnością, której nie sposób podważyć. I coraz więcej ludzi im wierzy. Coraz więcej twierdzi, że widziało zmartwychwstałego Nazarejczyka.
Sanhedryn jest zaniepokojony. Arcykapłani nakazali uczniom, by przestali głosić te nauki. Ale oni odpowiadają: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.”
A ja? Ja nie wiem już, w co wierzyć.
Z jednej strony jestem kapłanem świątyni, strażnikiem tradycji, która trwa od czasów Mojżesza. Z drugiej – byłem świadkiem czegoś, co wstrząsnęło posadami tej tradycji. Widziałem rozdarcie zasłony. Słyszałem głos umierającego Nazarejczyka, który jakimś cudem dotarł do świątyni.
I nie mogę przestać myśleć o jego naukach, o tym, co mówił o świątyni. Że nadejdzie dzień, gdy nie zostanie z niej kamień na kamieniu. Że prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Bogu w duchu i prawdzie, nie na tej czy innej górze.
Czy to oznacza koniec świątyni? Koniec kapłaństwa takiego, jakie znamy?
Nie wiem. Ale czuję, że stałem się świadkiem przełomu w historii mojego ludu, może w historii świata.
Świątynia stoi jak zawsze. Zasłona wisi na swoim miejscu. Ale coś się zmieniło. Zasłona w moim sercu została rozdarta, i nie ma sposobu, by ją ponownie zaszyć.