– kroniki tarczownika Goliata z dnia klęski
Rozdział 1: Ranek przed bitwą
Ranek był chłodny, jak to zwykle bywa w dolinie Ela o tej porze roku. Mgła unosiła się nad strumieniem przecinającym dolinę, a rosa pokrywała nasze namioty rozstawione na północnym wzgórzu. Wstałem przed świtem, jak zawsze, by przygotować zbroję Goliata. To był rytuał, który powtarzałem każdego dnia od dwóch lat — polerowanie brązowych łusek pancerza, sprawdzanie skórzanych pasów, ostrzenie włóczni i miecza.
Goliat spał jeszcze, pochrapując głośno. Jego ogromne ciało zajmowało cały namiot, który był trzy razy większy niż namioty zwykłych żołnierzy. Wiedziałem, że nie należy go budzić, dopóki nie będę miał gotowego wszystkiego. Mój pan był znany z gwałtownych wybuchów gniewu, jeśli coś zakłócało jego poranny rytuał.
Wyszedłem z namiotu, niosąc jego miecz, który dla mnie był niemal tak długi jak włócznia. Przy ognisku siedzieli już inni giermkowie, przygotowując posiłek dla swoich panów.
— Jak się dziś miewa nasz olbrzym? — zapytał Pazar, giermek Malacha, jednego z dowódców.
— Śpi — odpowiedziałem krótko, nie chcąc wdawać się w rozmowy o moim panu. Goliat nie lubił, gdy rozmawiałem o nim z innymi.
— Pewnie zmęczony po czterdziestu dniach wyzywania Hebrajczyków — zaśmiał się inny giermek, młodszy ode mnie. — I to bez żadnej odpowiedzi!
Rzeczywiście, od czterdziestu dni trwaliśmy w impasie. Nasze wojska stały na jednym wzgórzu, Izraelici na drugim, a pomiędzy rozciągała się dolina, której żadna ze stron nie chciała przekroczyć jako pierwsza. To była typowa sytuacja w naszych konfliktach — armie stały naprzeciw siebie, czasem tygodniami, zanim doszło do właściwej bitwy.
By przyspieszyć rozstrzygnięcie, nasi wodzowie postanowili zastosować starożytny zwyczaj — pojedynek reprezentantów obu stron. Goliat, jako najpotężniejszy wojownik w naszych szeregach, został wyznaczony, by codziennie schodzić w dolinę i wyzywać Izraelitów do wystawienia swojego czempiona.
Przez czterdzieści dni powtarzał się ten sam scenariusz: Goliat, w pełnej zbroi, z włócznią w ręku i ze mną u boku, niosącym jego ogromną tarczę, schodził w dolinę. Stawał pośrodku i grzmiącym głosem, który odbijał się echem od okolicznych wzgórz, rzucał wyzwanie:
„Po co wychodzicie, by szykować się do bitwy? Czy ja nie jestem Filistynem, a wy sługami Saula? Wybierzcie sobie kogoś, kto zejdzie do mnie. Jeśli zdoła ze mną walczyć i pokona mnie, będziemy waszymi niewolnikami. Lecz jeśli ja go pokonam i zabiję, wy będziecie naszymi niewolnikami i będziecie nam służyć.”
I za każdym razem odpowiadała mu cisza. Żaden z Izraelitów nie odważył się przyjąć wyzwania. Widzieliśmy ich przerażone twarze, słyszeliśmy szepty o tym, że Saul, ich król, obiecał wielkie bogactwa, swoją córkę za żonę i zwolnienie z podatków dla rodziny tego, kto pokona Goliata. Ale mimo tych obietnic nikt nie był na tyle głupi, by stanąć do walki z filistyńskim olbrzymem.
Tamtego poranka coś się jednak zmieniło. Czułem to w powietrzu, w innym niż zwykle nastroju obozu. Może to była cisza zbyt głęboka, może dziwne napięcie wśród dowódców, którzy zebrali się wcześniej niż zwykle przy namiocie Abimeleka, naszego wodza.
Gdy skończyłem polerować miecz Goliata, wróciłem do namiotu. Olbrzym już nie spał. Siedział na swoim posłaniu, masując skronie.
— Przyniosłeś wino? — zapytał, nie patrząc na mnie.
— Tak, panie — odpowiedziałem, podając mu bukłak.
Goliat upił kilka łyków, po czym skrzywił się.
— Marny trunek. Tęsknię za winem z Gat. — Westchnął, po czym spojrzał na mnie uważniej. — Co słychać w obozie? Mów wszystko, co wiesz.
Taki był nasz zwyczaj. Choć Goliat był najpotężniejszym wojownikiem, nie był dowódcą i często nie uczestniczył w naradach wojennych. To ja, krążąc po obozie, zbierałem dla niego informacje od innych giermków i służących.
— Coś się dzieje, panie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Wodzowie zebrali się wcześnie. Słyszałem też, że w obozie Izraelitów pojawił się jakiś nowy oddział. Podobno sam Saul przybył wczoraj wieczorem.
Goliat zaśmiał się głośno, a jego śmiech przypominał grzmot.
— Saul! Ten tchórz wreszcie pokazał się na polu bitwy? Może dziś ktoś wreszcie przyjmie moje wyzwanie. Czas najwyższy skończyć tę farsę.
Potem nastąpił codzienny rytuał ubierania zbroi. Najpierw podkoszulek z miękkiej wełny, by brąz nie ocierał skóry. Potem kolczuga sięgająca kolan. Następnie napierśnik z brązowych łusek, nagolenniki i specjalny brązowy but na prawą stopę, który Goliat zawsze zakładał na szczęście — pamiątka po jego pierwszej znaczącej bitwie.
Gdy był już ubrany, podałem mu włócznię. Jej trzon był jak drewniany belka, a grot mógłby przebić tarczę i wojownika jednym pchnięciem. Sam Goliat kazał ją wykuć specjalnie dla siebie, według kananejskiego wzoru, ale cięższą i dłuższą niż standardowe włócznie.
— Tarczę poniesiesz jak zwykle — poinstruował mnie, jak każdego ranka. — Trzymaj ją stabilnie. Wczoraj chwiała się za bardzo.
— Tak, panie — odpowiedziałem, choć wiedziałem, że trzymałem ją tak samo jak zawsze. Goliat po prostu lubił mieć nad czym się czepić.
Gdy wyszliśmy z namiotu, słońce już wzeszło, rozpraszając mgłę nad doliną. Na wzgórzu naprzeciwko widać było obóz izraelski, większy niż w poprzednich dniach. Rzeczywiście, przybyli posiłki.
Akurat gdy mieliśmy zacząć schodzić w dolinę, podszedł do nas Abimelek, naczelny wódz naszego wojska. Był to starszy mężczyzna, doświadczony w wielu bitwach, z siwą brodą i bliznami zdobiącymi jego twarz.
— Goliacie — powiedział bez zbędnych wstępów — dziś może być inaczej. Nasi zwiadowcy donoszą, że w obozie izraelskim krąży jakiś młody wojownik, który podobno zgłosił się do pojedynku.
Goliat uśmiechnął się szyderczo.
— Młody wojownik? Czy oni wysyłają dzieci na śmierć?
— Nie lekceważ go — ostrzegł Abimelek. — Mówią, że jest ulubionym wojownikiem króla Saula. Podobno miał zabić lwa i niedźwiedzia gołymi rękami.
— Bajki dla małych dzieci — prychnął Goliat. — Nawet jeśli znajdzie się jakiś głupiec, który zejdzie do doliny, zabiję go jak każdego innego. A potem Izraelici będą naszymi niewolnikami, jak było ustalone.
Abimelek westchnął tylko i odszedł bez słowa. Widać było, że nie ma sensu dyskutować z Goliatem, gdy ten już podjął decyzję.
— Chodźmy — rozkazał mi olbrzym. — Czas na kolejny dzień zawstydzania tych hebrajskich tchórzy.
Ruszyliśmy więc w dół zbocza, ku dolinie Ela. Nie wiedziałem wtedy, że to ostatni raz, gdy będę niósł tarczę u boku Goliata. Nie wiedziałem, że tego dnia wszystko się zmieni.
Rozdział 2: W dolinie Ela
Schodzenie w dolinę zajmowało nam zwykle więcej czasu niż powrót. Goliat musiał ostrożnie stawiać kroki na kamienistym zboczu — jego wielkość, która była atutem w bitwie, stawała się przeszkodą w poruszaniu się po trudnym terenie. Jego ciężka zbroja dodatkowo utrudniała mu zachowanie równowagi. Ja szedłem tuż za nim, gotów w każdej chwili podeprzeć go tarczą, gdyby się zachwiał. Było to mało prawdopodobne — mimo swojej masy Goliat poruszał się z zaskakującą gracją — ale taka była moja rola.
Z każdym krokiem dolina Ela otwierała się przed nami. Była to szeroka, płaska przestrzeń, idealna do stoczenia bitwy. Pośrodku płynął niewielki strumień, wzdłuż którego rosły pojedyncze drzewa terebintowe. To właśnie od nich dolina wzięła swoją nazwę — Ela oznacza terebint w języku Hebrajczyków.
Gdy zeszliśmy na dno doliny, Goliat zatrzymał się na moment, by rozejrzeć się wokół. Był to element naszego codziennego rytuału — sprawdzanie, czy nie czai się gdzieś zasadzka. Choć ustalone warunki pojedynku wykluczały taką możliwość, mój pan zawsze był ostrożny.
— Nic nowego — mruknął, wskazując włócznią w stronę przeciwległego wzgórza. — Ci tchórze nadal kryją się za swoimi namiotami.
Rzeczywiście, obóz izraelski wydawał się spokojny. Widać było wartowników na wzgórzu, kilku wojowników kręcących się między namiotami, ale nic nie wskazywało na przygotowania do bitwy czy pojedynku.
Ruszyliśmy więc w stronę środka doliny, do miejsca, gdzie Goliat zwykle wygłaszał swoje wyzwanie. Był to płaski fragment terenu przy strumieniu, skąd jego głos niósł się najlepiej między wzgórzami.
Gdy dotarliśmy na miejsce, Goliat kazał mi ustawić tarczę tak, by opierała się o głaz. Nie potrzebował jej podczas wyzywania przeciwników — służyła raczej jako symbol, znak jego pozycji jako czempiona Filistyńczyków.
— Dziś będę mówił dłużej — oznajmił mi. — Skoro pojawiły się jakieś plotki o młodym wojowniku, chcę go sprowokować. Może wreszcie skończymy tę szopkę.
Przytaknąłem tylko. Moim zadaniem nie było dyskutowanie z decyzjami pana, lecz wykonywanie ich.
Goliat wyciągnął swoją ogromną pierś, uniósł włócznię wysoko nad głowę, by każdy mógł ją dobrze widzieć, i zaczął swoje wyzwanie. Jego głos, donośny i głęboki, rozniósł się echem po całej dolinie:
„Po co wychodzicie, by szykować się do bitwy? Czy ja nie jestem Filistynem, a wy sługami Saula? Wybierzcie sobie kogoś, kto zejdzie do mnie. Jeśli zdoła ze mną walczyć i pokona mnie, będziemy waszymi niewolnikami. Lecz jeśli ja go pokonam i zabiję, wy będziecie naszymi niewolnikami i będziecie nam służyć. Dziś rzucam wyzwanie szeregom Izraela! Dajcie mi męża, byśmy mogli walczyć między sobą!”
Dodał też kilka słów, których nie używał wcześniej, bardziej obraźliwych, kierowanych bezpośrednio do tego nowego wojownika, o którym wspomniał Abimelek:
„Słyszałem, że pojawił się wśród was ktoś, kto myśli, że może mi stawić czoła! Gdzie on jest? Czy ukrywa się za spódnicą swojej matki? Czy drży ze strachu, patrząc na mnie z daleka? Niech zejdzie tutaj, a przekona się, co znaczy walczyć z prawdziwym wojownikiem!”
Po tych słowach nastąpiła cisza, jak zwykle. Jednak tym razem było inaczej. Na wzgórzu izraelskim widać było poruszenie. Wojownicy zbierali się w jednym miejscu, jakby dyskutując o czymś gorączkowo.
— Chyba twoje słowa trafiły w czuły punkt — powiedziałem do Goliata, wskazując na zbiorowisko na wzgórzu.
Olbrzym uśmiechnął się, ale było w tym uśmiechu coś drapieżnego.
— Dobrze. Może wreszcie ktoś odważy się zejść i umrzeć jak mężczyzna, zamiast chować się jak szczur.
Czekaliśmy. Minęło może pół godziny, a na wzgórzu cały czas trwały jakieś poruszenia. Widać było, jak ludzie biegają tam i z powrotem, jak gromadzą się wokół jednego namiotu, większego niż pozostałe — zapewne namiotu Saula.
Goliat zaczynał się niecierpliwić. Kilkakrotnie powtórzył swoje wyzwanie, za każdym razem dodając coraz więcej obelg pod adresem Izraelitów, ich króla, a nawet ich Boga, co nawet mi wydawało się niepotrzebną prowokacją.
Wreszcie, gdy słońce stało już wysoko na niebie, zobaczyliśmy kogoś schodzącego ze wzgórza izraelskiego. Była to pojedyncza postać, i już z daleka widać było, że nie jest to wojownik w pełnej zbroi, jak można by się spodziewać.
— Co to ma być? — warknął Goliat, mrużąc oczy, by lepiej zobaczyć, kto nadchodzi. — Wygląda jak dziecko!
Rzeczywiście, gdy postać zbliżyła się na odległość kilkudziesięciu kroków, zobaczyliśmy, że to młody chłopak, ledwie kilkunastoletni. Nie miał na sobie zbroi, jedynie prostą tunikę przepasaną skórzanym pasem. W ręku trzymał kij — prawdopodobnie laskę pasterską. Przez ramię miał przewieszoną torbę, a przy pasie małą procę, taką jakiej używają pasterze do odganiania dzikich zwierząt od stada.
— Czy to jakiś żart? — Goliat nie krył swojego oburzenia. — Wysyłają przeciwko mnie pasterza?
Młodzieniec zbliżał się pewnym krokiem. Teraz, gdy był już blisko, mogłem mu się lepiej przyjrzeć. Nie wyglądał na przestraszonego, co samo w sobie było dziwne. Miał rudawe włosy, jasne oczy i delikatne rysy twarzy. Mógł mieć może szesnaście, siedemnaście lat — mniej więcej tyle, ile ja sam. Ale podczas gdy ja byłem giermkiem, trzymającym się z tyłu, on właśnie miał stanąć do walki z najpotężniejszym wojownikiem filistyńskim.
Gdy znalazł się w odległości kilkunastu kroków od nas, zatrzymał się. Goliat postąpił krok naprzód, górując nad chłopcem jak wieża. Różnica wzrostu między nimi była absurdalna — młodzieniec sięgał olbrzymowi ledwie do pasa.
— Co to ma znaczyć? — ryknął Goliat. — Czy to jest czempion Izraela? Dzieciak z kijem? Czy tak bardzo mnie lekceważycie?
Chłopak nie wydawał się poruszony gniewem olbrzyma. Odpowiedział spokojnym, czystym głosem, który, ku mojemu zdziwieniu, nie drżał ze strachu:
— Przychodzę w imię Pana Zastępów, Boga szeregów izraelskich, którym urągałeś. Dziś Pan wyda cię w moją rękę, pokonam cię i odetnę ci głowę. A trupy wojska filistyńskiego oddam dziś ptactwu podniebnemu i dzikim zwierzętom. I pozna cała ziemia, że jest Bóg w Izraelu.
Goliat zamarł na moment, zaskoczony zuchwałością tych słów. Potem wybuchnął gromkim śmiechem, który odbił się echem od wzgórz.
— Słyszałeś go, Dagonie? — zwrócił się do mnie, nadal się śmiejąc. — Ten mały myśli, że mnie pokona! I że odetnie mi głowę! Jak? Tym swoim kijem?
Młodzieniec nie reagował na drwiny. Stał spokojnie, z ręką na procy.
— Ty przychodzisz do mnie z mieczem, włócznią i oszczepem — odpowiedział. — A ja przychodzę do ciebie w imię Pana Zastępów, Boga szeregów izraelskich, którym urągałeś.
Goliat przestał się śmiać. W jego oczach dostrzegłem błysk gniewu.
— Dość tej gadaniny — warknął. — Chodź tu, a dam twoje ciało ptakom i dzikim zwierzętom!
Sięgnął po tarczę, którą trzymałem, i nakazał mi odsunąć się na bezpieczną odległość. Zwykle w tym momencie kończyła się jego rola jako herolda, a zaczynała rola wojownika. Ale tym razem nie było potrzeby przygotowywać się do prawdziwej walki. To miała być szybka egzekucja, nic więcej.
Odsunąłem się, jak mi kazano, ale nie za daleko. Chciałem widzieć, jak mój pan rozprawia się z tym zuchwałym młokosem. Była to dla mnie rozrywka, ale też nauka — każda walka Goliata była lekcją sztuki wojennej.
To, co wydarzyło się potem, trwało zaledwie chwilę, ale w moim umyśle rozciągnęło się na wieczność. Każdy szczegół, każdy ruch, każdy dźwięk — wszystko to wyryło się w mojej pamięci jak pieczęć w gorącym wosku.
Młodzieniec szybko sięgnął do torby, wyciągnął z niej kamień i umieścił go w procy. Goliat, widząc to, zaśmiał się ponownie.
— Naprawdę myślisz, że możesz mi zagrozić procą? Czy wyglądam na ptaka, którego możesz przestraszyć? — Ruszył powoli w stronę chłopca, unosząc włócznię.
Ale młodzieniec nie czekał. Zaczął kręcić procą nad głową, coraz szybciej i szybciej. Widząc to, Goliat przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy nim i zakończyć tę farsę jednym pchnięciem włóczni.
I wtedy stało się. Chłopak puścił procę, a kamień wyleciał z niej z niesamowitą prędkością. Usłyszałem świst powietrza, a potem głuche uderzenie i trzask.
Goliat zatrzymał się w pół kroku. Jego ogromne ciało znieruchomiało, jakby nagle zamienił się w kamienną statuę. Potem, powoli, jakby w zwolnionym tempie, wypuścił z dłoni włócznię i tarczę. Jego ręce uniosły się ku czołu, gdzie, jak widziałem z przerażeniem, tkwił kamień, głęboko wbity między oczy.
A potem runął naprzód, upadając z ogłuszającym łoskotem, twarzą ku ziemi, na dno doliny Ela.
Rozdział 3: Upadek tytana
Czas zatrzymał się w dolinie Ela. Wydawało mi się, że stoję w miejscu przez wieczność, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie zobaczyłem. Goliat, niezwyciężony czempion Filistyńczyków, najsilniejszy człowiek, jakiego znałem, leżał teraz twarzą do ziemi, powalony przez kamień z procy pasterskiego chłopca.
Z obu wzgórz dobiegły okrzyki — zdumienia, przerażenia i triumfu. Filistyńczycy patrzyli z niedowierzaniem, podczas gdy Izraelici zaczęli wznosić wiwaty na cześć swojego młodego bohatera.
Młodzieniec nie tracił czasu na świętowanie. Podbiegł szybko do nieruchomego ciała Goliata, wyciągnął miecz z pochwy przy jego pasie — ten sam miecz, który jeszcze rano polerowałem — i jednym pewnym ruchem odciął głowę olbrzyma.
To był moment, w którym zrozumiałem, że to nie sen, nie złudzenie, lecz rzeczywistość. Mój pan, Goliat z Gat, nie żył. Zabity przez chłopca z procą.
Instynktownie zrobiłem krok w przód, chcąc jakoś zareagować, pomóc, choć wiedziałem, że jest już za późno. Ale wtedy młodzieniec odwrócił się w moją stronę, trzymając w jednej ręce miecz Goliata, a w drugiej jego odciętą głowę. Jego oczy, jasne i zdeterminowane, spotkały moje. Przez moment patrzyliśmy na siebie — ja, giermek pokonanego olbrzyma, i on, młody bohater Izraela.
Co zobaczył w moich oczach? Strach? Niedowierzanie? Smutek? Nie wiem. Ale nie ruszył w moją stronę, nie zaatakował mnie. Może uznał, że nie stanowię zagrożenia. Może kierowało nim miłosierdzie. A może po prostu zapomniał o istnieniu niepozornego giermka w obliczu swojego wielkiego zwycięstwa.
Odwrócił się i ruszył z powrotem w stronę wzgórza izraelskiego, niosąc trofea swojego zwycięstwa. Z oddali dobiegały już okrzyki radości i triumfu. Izraelici zaczęli schodzić ze wzgórza, najpierw pojedynczo, potem całymi grupami, aż wreszcie cała ich armia ruszyła naprzód.
Z naszej strony również rozległy się okrzyki, ale były to okrzyki przerażenia i rozpaczy. „Goliat padł! Nasz czempion poległ!” — te słowa rozchodziły się szybko, wywołując panikę. Filistyńscy wojownicy, chwilę wcześniej pewni zwycięstwa, teraz zaczęli się cofać, niektórzy nawet porzucali broń i uciekali.
A ja stałem tam, przy ciele mojego pana, nie wiedząc, co robić. Cała ta sytuacja wydawała się tak absurdalna, tak niemożliwa, że nie mogłem jej pojąć. Jak mógł zginąć? Jak kamień z procy mógł przebić jego hełm i czaszkę? To było wbrew wszelkiej logice, wbrew wszystkiemu, co wiedziałem o wojnie i walce.
Ale gdy spojrzałem bliżej na ciało Goliata, zauważyłem coś, co wszystko wyjaśniało. Olbrzym nie miał na sobie hełmu. W pośpiechu i pewności siebie nie założył go przed pojedynkiem. Przecież szedł tylko wygłosić swoje codzienne wyzwanie, a potem zabić jakiegoś chłopca. Po co miałby zakładać pełną zbroję? I ta jedna decyzja, to jedno zaniedbanie, kosztowało go życie.
Wokół mnie chaos narastał z każdą chwilą. Filistyńscy wojownicy uciekali w popłochu, a Izraelici ruszyli do ataku, wydając bojowe okrzyki. Bitwa, której przez czterdzieści dni starano się uniknąć, teraz wybuchła gwałtownie i chaotycznie.
Ale mnie to nie obchodziło. Nie obchodziło mnie, kto wygra, kto przegra, kto żyje, a kto ginie. Moim jedynym celem, jedynym obowiązkiem, było zabrać ciało mojego pana z pola bitwy, by nie stało się obiektem dalszych profanacji.
Z trudem podczołgałem się do masywnego ciała Goliata. Wciąż był ciepły, choć z rany w czole sączyła się krew, mieszając się z pyłem doliny Ela. Próbowałem podnieść jego ciało, ale było to fizycznie niemożliwe — ważył zbyt wiele, nawet dla silnego mężczyzny, a co dopiero dla chłopca takiego jak ja.
Nagle poczułem czyjąś obecność za sobą. Odwróciłem się gwałtownie, spodziewając się izraelskiego wojownika gotowego zadać cios. Zamiast tego zobaczyłem Pazara, giermka Malacha, i jeszcze kilku innych młodych Filistyńczyków.
— Pomożemy ci — powiedział Pazar bez zbędnych słów. — Nie zostawimy go tutaj.
Wspólnymi siłami, z ogromnym trudem, zdołaliśmy przenieść ciało Goliata kilkadziesiąt kroków w stronę naszego wzgórza, z dala od głównego pola bitwy. Ukryliśmy je w niewielkim zagajniku, gdzie wcześniej składaliśmy sprzęt obozowy.
— Wrócimy po niego, gdy bitwa się skończy — zapewnił Pazar, ściskając moje ramię. — A teraz musimy się ratować. Izraelici szaleją, mszcząc się za lata strachu.
Kiwnąłem głową, ale nie poruszyłem się z miejsca. Nie mogłem zostawić ciała Goliata samego. Nawet jeśli był… niepełny. Myśl o jego głowie, teraz zapewne obnoszonej z triumfem przez izraelskiego młodzieńca, wypełniała mnie chorym obrzydzeniem. Ale przynajmniej reszta jego ciała mogła zostać pochowana z godnością, jak na wojownika przystało.
— Idźcie — powiedziałem do Pazara i pozostałych. — Ja zostanę.
— Zginą— Zginiesz! — zaprotestował jeden z młodszych giermków.
— Może — odparłem spokojnie. — Ale taka jest moja powinność. Byłem jego tarczownikiem do końca.
Pazar spojrzał na mnie z mieszaniną zdumienia i szacunku.
— Jesteś odważniejszy, niż sądziłem, Dagonie — powiedział wreszcie. — Jeśli przeżyjesz, spotkamy się w Gat. A jeśli nie… — zawahał się — to umrzesz jak prawdziwy wojownik.
Z tymi słowami odeszli, zostawiając mnie samego z ciałem Goliata. Z oddali dobiegały okrzyki i zgiełk bitwy, ale tutaj, w zagajniku, panował dziwny spokój. Usiadłem obok ciała swojego pana i czekałem. Na co? Sam nie wiedziałem. Na śmierć? Na cud? Na koniec świata?
Godziny mijały. Bitwa oddalała się coraz bardziej — Filistyńczycy uciekali, a Izraelici ich ścigali. Nikt nie zapuszczał się w te rejony doliny. Byłem sam z ciałem olbrzyma, którego służyłem przez dwa lata.
Gdy zapadł zmierzch, zacząłem się zastanawiać, co dalej. Czy powinienem spróbować przenieść ciało Goliata do Gat? To było niemożliwe, nie sam. Zostawić go tu? Nie mogłem się na to zdobyć. Gdyby Izraelici znaleźli jego ciało, zapewne by je zbezcześcili, może nawet spalili, odmawiając mu godnego pochówku.
Nie miałem pojęcia, co robić. Byłem tylko szesnastoletnim chłopcem, giermkiem, który nagle stracił swojego pana i cel w życiu. Siedziałem więc dalej, patrząc, jak ostatnie promienie słońca znikają za wzgórzami, a dolina Ela pogrąża się w ciemności.
Wtedy usłyszałem kroki. Ciche, ostrożne, ale zbliżające się nieuchronnie w moim kierunku. Sięgnąłem po miecz, który zawsze nosiłem przy pasie — niewielki, odpowiedni dla giermka, ale wciąż mogący zadać śmiertelny cios. Wstałem, gotów bronić ciała swojego pana do ostatniej kropli krwi.
Z ciemności wyłoniły się trzy postacie. W słabym świetle gwiazd rozpoznałem Filistyńczyków — nie giermków tym razem, ale dorosłych wojowników. Jednym z nich był Malach, dowódca, któremu służył Pazar.
— Jesteś tu — powiedział z nutą zdziwienia w głosie. — Pazar mówił, że zostałeś, ale nie wierzyłem, że wciąż żyjesz.
— Żyję — odpowiedziałem, opuszczając miecz. — I pilnuję ciała mojego pana.
— Dobrze się spisałeś, chłopcze — Malach położył mi dłoń na ramieniu. — Teraz my przejmiemy twoje zadanie. Wrócimy do Gat jeszcze tej nocy, a ciało Goliata zostanie pochowane z honorami, jakie mu się należą.
Spojrzałem na trzech wojowników, potem na ciało Goliata. Poczułem, jak napięcie, które utrzymywało mnie w stanie gotowości przez cały dzień, nagle opuszcza moje ciało. Nogi się pode mną ugięły i musiałem oprzeć się o pień drzewa, by nie upaść.
— Jego głowa… — zacząłem, ale Malach przerwał mi gestem.
— Wiemy. Izraelici obnoszą ją po swoim obozie. Nie możemy jej odzyskać. Ale przynajmniej jego ciało spocznie w ziemi przodków.
Skinąłem głową, łzy napłynęły mi do oczu. Nie ze strachu czy ulgi, lecz z poczucia ostatecznej porażki i bezsilności. Wszystko, co znałem, w co wierzyłem, rozpadło się tego dnia na kawałki.
— Co teraz? — zapytałem cicho, bardziej siebie niż Malacha. — Co będzie dalej?
Wojownik spojrzał na mnie z mieszaniną współczucia i surowości.
— Żyjemy dalej — odpowiedział prosto. — Wracamy do domów. Odbudowujemy to, co zostało zniszczone. I czekamy na lepszy dzień, gdy Filistyńczycy znów powstaną, silniejsi niż wcześniej.
Te słowa, choć zapewne miały być pocieszeniem, nie przyniosły mi ukojenia. Bowiem wiedziałem, nawet wtedy, że nic już nie będzie takie samo. Goliat był symbolem, manifestacją siły i dumy Filistyńczyków. A symbole, gdy upadają, rzadko kiedy powstają ponownie.
Pomogłem trzem wojownikom przygotować ciało Goliata do transportu. Zawinęliśmy je w płótno, które znaleźliśmy w porzuconym obozie, i umieściliśmy na prowizorycznych noszach wykonanych z gałęzi i lin. Potem, w ciemności nocy, rozpoczęliśmy długą drogę do Gat, niosąc ze sobą ciało pokonanego olbrzyma i ciężar naszej klęski.
Rozdział 4: W cieniu porażki
Droga do Gat była długa i trudna. Szliśmy głównie nocą, ukrywając się za dnia, gdyż oddziały izraelskie wciąż patrolowały okolicę, szukając uciekających Filistyńczyków. Niesienie ciała Goliata dodatkowo spowalniało nasz marsz — mimo improwizowanych noszy, jego ciężar był ogromnym wyzwaniem nawet dla czterech mężczyzn.
Ale determinacja Malacha i pozostałych wojowników była niezłomna. „Musimy go sprowadzić do domu” — powtarzał dowódca za każdym razem, gdy któryś z nas sugerował, że może powinniśmy pochować Goliata na miejscu i wrócić po jego szczątki później, gdy sytuacja się uspokoi.
Przez cały ten czas myślałem o wydarzeniach w dolinie Ela, próbując zrozumieć, jak do tego wszystkiego mogło dojść. Jak Goliat, który przez lata budził postrach w sercach wrogów, mógł zostać pokonany przez chłopca z procą? Była to nie tylko klęska militarna, ale i duchowa — cios w samo serce filistyńskiej dumy i pewności siebie.
Trzeciego dnia naszej wędrówki, gdy zatrzymaliśmy się na odpoczynek w cieniu niewielkiego zagajnika, Malach usiadł obok mnie.
— Widzę, że coś cię dręczy, młody Dagonie — powiedział, podając mi bukłak z wodą. — I nie chodzi tylko o śmierć twojego pana.
Wahałem się, czy podzielić się swoimi przemyśleniami. W końcu byłem tylko giermkiem, a on doświadczonym dowódcą. Ale coś w jego spojrzeniu, zmęczonym, ale wciąż przenikliwym, skłoniło mnie do szczerości.
— Zastanawiam się, jak to możliwe — powiedziałem cicho. — Jak on mógł przegrać? I to z kim? Z pasterzem! Zawsze wierzyłem, że jest niezwyciężony. Że nasi bogowie go chronią.
Malach westchnął głęboko, patrząc w dal, jakby szukał odpowiedzi na horyzoncie.
— Bogowie są kapryśni, chłopcze — odparł w końcu. — Dagon, Asztarte, nawet Baal — wszyscy oni obdarzają nas swoimi łaskami, ale mogą je również odebrać. Może Goliat ich czymś obraził? Może stał się zbyt dumny, zbyt pewny siebie?
— Albo może bóg Hebrajczyków jest silniejszy od naszych? — zapytałem, wypowiadając na głos myśl, która dręczyła mnie od dnia klęski.
Malach spojrzał na mnie ostro.
— Nie bluźnij, chłopcze. Jahwe, ich bóg, to bóstwo pustyni, plemienia pasterzy i włóczęgów. Jak mógłby być potężniejszy od wielkich bogów morza i ziemi, których czcimy od pokoleń?
Ale w jego głosie wyczułem niepewność, jakby sam zadawał sobie podobne pytania.
— A jeśli tak jest? — naciskałem. — Ten młodzieniec, przed walką, powiedział coś o swoim bogu. Że przychodzi w jego imieniu, że to on wyda Goliata w jego ręce.
— Słowa, nic więcej — prychnął Malach, ale jego oczy zdradzały niepokój. — Każdy wojownik wzywa swoich bogów przed bitwą.
— Ale nie każdy zwycięża wbrew wszelkim szansom — zauważyłem.
Malach milczał przez chwilę, bawiąc się źdźbłem trawy.
— Posłuchaj, Dagonie — powiedział w końcu, głosem, który nagle brzmiał staro i zmęczono. — Nie wiem, dlaczego Goliat przegrał. Może był to zbieg okoliczności. Może szczęście sprzyjało temu chłopcu. A może… — zawahał się — może jest coś, czego nie rozumiemy w bogu Hebrajczyków. Ale wiem jedno: jeśli przestaniemy wierzyć w naszych bogów, w naszą siłę, w naszą przewagę, to naprawdę przegramy. Nie jedną bitwę, ale wszystko.
Jego słowa brzmiały rozsądnie, ale nie przyniosły mi ukojenia. Bo już wtedy, w głębi serca, czułem, że coś się skończyło — nie tylko życie Goliata, ale pewna era, pewien sposób myślenia. Świat, który znałem, zmieniał się nieodwracalnie.
Resztę drogi do Gat przebyliśmy w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach. Gdy wreszcie, piątego dnia po śmierci Goliata, ujrzeliśmy mury miasta, poczułem jednocześnie ulgę i obawę. Ulgę, że nasza misja dobiega końca; obawę, przed tym, co nas czeka, gdy wrócimy jako posłańcy klęski.
Gat, jedno z pięciu głównych miast filistyńskich, było potężną fortecą, otoczoną wysokimi murami z kamienia. W normalnych czasach widok jego wież i bram wypełniał mnie dumą i poczuciem bezpieczeństwa. Teraz jednak zastanawiałem się, czy te mury będą wystarczająco silne, by powstrzymać zwycięskich Izraelitów, jeśli zdecydują się nas ścigać aż tutaj.
Gdy zbliżyliśmy się do bramy, strażnicy już nas zauważyli. Jeden z nich rozpoznał Malacha i kazał otworzyć bramę. Kilku innych pobiegło zapewne przekazać wieści o naszym przybyciu.
— Przygotuj się — powiedział do mnie Malach, gdy przekraczaliśmy próg miasta. — To, co nas czeka, może być trudniejsze niż nasza podróż.
Nie mylił się. Gdy weszliśmy na główną ulicę prowadzącą do centrum Gat, ludzie wychodzili z domów, przyglądając się nam z mieszaniną nadziei i strachu. Wieści o klęsce w dolinie Ela musiały już dotrzeć do miasta — pierwsi uciekinierzy zapewne przybyli tu dzień lub dwa przed nami — ale mieszkańcy wciąż czekali na oficjalne potwierdzenie, na wieści od dowódców.
A potem zobaczyli nasze brzemię — owinięte w płótno ciało Goliata, niesione na prowizorycznych noszach. Na ulicy zapadła cisza, tak głęboka, że słychać było tylko skrzypienie drewnianych noszy i ciężki oddech niosących je mężczyzn.
Wtedy, z tłumu wyłoniła się kobieta. Była wysoka jak na Filistynkę, o ciemnych włosach upiętych w skomplikowany kok, typowy dla zamężnych kobiet naszego ludu. Jej twarz, kiedyś zapewne piękna, teraz była naznaczona cierpieniem i niepokojem.
Rozpoznałem ją natychmiast, choć widziałem ją tylko kilka razy, gdy przychodziła odwiedzić Goliata w obozie. Szua, żona olbrzyma, matka jego dzieci.
Podeszła do noszy powoli, jakby w transie. Nikt nie śmiał jej powstrzymać. Delikatnie odsunęła fragment płótna, odsłaniając twarz Goliata — blade, nieruchome oblicze, z okrągłą raną pośrodku czoła, teraz już zakrzepłą i ciemną.
Przez długą chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Potem, nie wydając najmniejszego dźwięku, zakryła jego twarz z powrotem i odwróciła się do Malacha.
— Gdzie jest jego głowa? — zapytała głosem pozbawionym emocji.
Malach zawahał się, najwyraźniej nie chcąc odpowiadać na to pytanie przy wszystkich.
— Izraelici… — zaczął, ale nie był w stanie dokończyć.
— Rozumiem — przerwała mu Szua. — Zabierzcie go do naszego domu. Przygotujemy go do pochówku, jak nakazuje tradycja.
Z tymi słowami odwróciła się i ruszyła w stronę dzielnicy wojowników, gdzie znajdował się dom Goliata. Nie płakała, przynajmniej nie publicznie. Filistyńskie kobiety były znane z hartu ducha, a żona najsłynniejszego wojownika nie mogła okazać słabości, nawet w obliczu tak straszliwej straty.
Ruszyliśmy za nią, niosąc ciało Goliata przez miasto, które pogrążało się w żałobie i strachu. Ludzie szeptali między sobą, niektórzy płakali, inni modlili się głośno do naszych bogów o ochronę. W powietrzu wisiało pytanie, którego nikt nie odważył się zadać głośno: „Co teraz? Co stanie się z nami bez Goliata, bez naszego czempiona, bez naszej dumy i siły?”
Gdy dotarliśmy do domu olbrzyma — przestronnej kamiennej budowli w zamożnej części miasta — Szua zatrzymała się przy wejściu.
— Dziękuję wam za sprowadzenie go do domu — powiedziała, zwracając się do Malacha i pozostałych wojowników. — Od teraz ja się nim zajmę, zgodnie z naszymi zwyczajami.
Mężczyźni skinęli głowami z szacunkiem, ale gdy mieli już odejść, Szua zatrzymała ich gestem.
— A ten chłopiec? — zapytała, wskazując na mnie. — Kim on jest?
— To Dagon, syn Aszura — odpowiedział Malach. — Był giermkiem i tarczownikiem Goliata. Pozostał przy jego ciele, gdy inni uciekli. Pomógł nam go sprowadzić do Gat.
Szua przyjrzała mi się uważnie, jej ciemne oczy zdawały się przenikać mnie na wylot.
— Wejdź — powiedziała po chwili. — Pomożesz mi przygotować go do pochówku. Byłeś z nim do końca, powinieneś być też z nim teraz.
Spojrzałem niepewnie na Malacha, który skinął głową, dając mi przyzwolenie. Wziąłem głęboki oddech i przekroczyłem próg domu Goliata, wchodząc w nowy rozdział swojego życia — życia naznaczonego cieniem porażki, ale też początkiem czegoś, czego jeszcze nie potrafiłem nazwać.
Rozdział 5: Nowe początki
Dom Goliata był przestronny i bogato urządzony, jak przystało na dom szanowanego wojownika. Główna sala, wyłożona barwnymi dywanami, prowadziła do wewnętrznego dziedzińca, gdzie znajdowała się studnia i kilka drzew oliwnych. To właśnie tam, w cieniu tych drzew, Szua nakazała złożyć ciało swojego męża.
Przez następne trzy dni uczestniczyłem w przygotowaniach do pogrzebu. Zgodnie z filistyńskim zwyczajem, ciało Goliata zostało starannie obmyte, namaszczone olejkami i owinięte w nowe płótno. Braki w uroczystym rytualne były bolesne — brak głowy oznaczał, że olbrzym nie zostanie godnie uczczony w życiu pozagrobowym według naszych wierzeń. Ale Szua, z godnością i determinacją, starała się jak najlepiej wypełnić swoje obowiązki, adaptując rytuały do tej niecodziennej sytuacji.
Pierwszy raz w życiu byłem świadkiem, jak silne potrafią być filistyńskie kobiety. Szua nie tylko zajmowała się przygotowaniami do pogrzebu, ale także pocieszała troje swoich dzieci — dwie córki i syna, zbyt młodych, by w pełni zrozumieć, co się stało. Przyjmowała kondolencje od dostojników miasta, odpowiadała na pytania starszyzny o ostatnie chwile Goliata, a wszystko to z opanowaniem i godnością, która budziła mój podziw.
Wieczorem trzeciego dnia, gdy wszystko było już gotowe do jutrzejszej ceremonii, Szua znalazła chwilę, by porozmawiać ze mną na osobności. Siedzieliśmy na dziedzińcu, patrząc na pierwsze gwiazdy pojawiające się na niebie.
— Opowiedz mi, jak zginął — poprosiła cicho, nie patrząc na mnie. — Chcę znać prawdę, nie wersję dla starszyzny czy dla moich dzieci. Całą prawdę.
I tak opowiedziałem jej wszystko. O czterdziestu dniach wyzwań, o poranku przed pojedynkiem, o pewności siebie Goliata, o jego lekceważeniu młodego przeciwnika. O tym, jak nie założył hełmu. O rzucie z procy, który zakończył wszystko w jednej chwili.
Szua słuchała w milczeniu, jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Gdy skończyłem, długo nic nie mówiła, jakby przetrawiając moje słowa.
— Pycha — powiedziała w końcu. — Zawsze mówiłam mu, że pewnego dnia jego pycha go zgubi. Uważał się za niepokonanego. Nawet nasi kapłani ostrzegali go, że bogowie nie lubią takiej arogancji.
— Nie sądzę, żeby uwierzył, że ktokolwiek może go pokonać — odpowiedziałem szczerze. — Zwłaszcza nie taki chłopiec.
— A jednak stało się — westchnęła Szua. — I teraz muszę żyć z konsekwencjami jego porażki. Wiesz, jak traktują wdowy po pokonanych wojownikach? Zwłaszcza teraz, gdy Gat może być zagrożone przez Izraelitów?
Nie wiedziałem, więc milczałem. Szua kontynuowała, jakby mówiąc bardziej do siebie niż do mnie:
— Będą chcieli zabrać nasz dom, nasze dobra. Powiedzą, że Goliat przyniósł hańbę miastu, że jego porażka sprowadzi na nas gniew bogów. Już teraz słyszę te szepty na ulicach.
Poczułem, jak narasta we mnie gniew. Jak mogli tak mówić? Goliat służył Filistyńczykom przez lata, wygrywał dla nich bitwy, był ich dumą.
— To niesprawiedliwe — powiedziałem, nie mogąc się powstrzymać. — Goliat oddał wszystko dla Filistyńczyków.
— Sprawiedliwość rzadko ma coś wspólnego z polityką, młody Dagonie — odparła Szua z gorzkim uśmiechem. — Ale nie martw się o mnie. Mam swoje sposoby, by chronić moje dzieci i nasz dom.
Nastała cisza, przerywana jedynie cykaniem świerszczy w ogrodzie. W końcu Szua spojrzała na mnie przenikliwie.
— A co z tobą? Co zamierzasz robić teraz, gdy nie masz już pana, któremu możesz służyć?
To pytanie dręczyło mnie od dnia śmierci Goliata, ale wciąż nie miałem na nie odpowiedzi.
— Nie wiem — przyznałem szczerze. — Może wrócę do domu mojego ojca. Może spróbuję zostać giermkiem innego wojownika.
Szua potrząsnęła głową.
— Wątpię, czy znajdziesz wojownika, który zechce cię przyjąć. Będziesz naznaczony porażką Goliata, tak jak ja. Niektórzy mogą nawet uznać cię za przynoszącego pecha.
Jej słowa, choć bolesne, brzmiały prawdziwie. Porażka w naszej kulturze była jak choroba — zaraźliwa i budząca strach.
— Więc co mam robić? — zapytałem, czując narastającą bezradność.
— Zostań tutaj — odpowiedziała Szua, zaskakując mnie. — Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi prowadzić gospodarstwo, kto nauczy mojego syna, jak być mężczyzną. A ty potrzebujesz dachu nad głową i celu w życiu.
Propozycja była nieoczekiwana, ale miała sens. Jako giermek Goliata znałem jego zwyczaje, jego historie, jego nauki. Mogłem przekazać to wszystko jego synowi, gdy dorośnie.
— Nie jestem wojownikiem — ostrzegłem. — Nie mogę nauczyć chłopca walki tak, jak zrobiłby to jego ojciec.
— Są inni wojownicy, którzy mogą go tego nauczyć — odpowiedziała Szua. — Ale nikt inny nie zna Goliata tak jak ty. Nikt inny nie był z nim do końca.
Zastanowiłem się nad jej propozycją. Zostawiłem dom rodzinny dwa lata temu, by służyć Goliatowi, marząc o chwale i przygodach. Teraz los oferował mi coś zupełnie innego — spokojne życie w domu wdowy, opiekę nad dziećmi, pracę w gospodarstwie. Nie była to droga, którą wyobrażałem sobie dla siebie.
Ale czy miałem inny wybór? I czy naprawdę chciałem czegoś innego? Porażka Goliata zachwiała moją wiarą w chwałę wojenną, w potęgę naszych bogów, w przewagę Filistyńczyków nad innymi ludami. Może spokojne życie, z dala od bitew i polityki, było tym, czego teraz potrzebowałem?
— Zgadzam się — powiedziałem w końcu. — Zostanę, dopóki twój syn nie dorośnie i nie będzie mógł sam zadbać o gospodarstwo.
Szua skinęła głową z aprobatą.
— Dobrze. A teraz idź odpocząć. Jutro czeka nas trudny dzień.
Pogrzeb Goliata był wielką ceremonią, choć nie tak wspaniałą, jak mogłaby być, gdyby zginął chwalebną śmiercią w bitwie. Kapłani Dagona prowadzili rytuały, wznosząc modły do bogów, by przyjęli duszę olbrzyma do krainy cieni. Wojownicy, którzy kiedyś walczyli u jego boku, nieśli jego zbroję — każdy element osobno, w uroczystej procesji. Ja niosłem jego tarczę, tę samą, którą trzymałem dla niego w dolinie Ela.
Ciało Goliata zostało złożone w kamiennym grobowcu na obrzeżach miasta, w miejscu przeznaczonym dla szanowanych wojowników. Na ścianie grobowca wyryto jego imię, pochodzenie i najważniejsze czyny. Nie wspomniano o jego porażce — to nie był czas ani miejsce na takie prawdy.
Gdy ceremonia dobiegła końca, a żałobnicy zaczęli rozchodzić się do domów, zostałem sam przy grobowcu. Położyłem dłoń na chłodnym kamieniu i szepnąłem słowa, które nosiłem w sercu od dnia jego śmierci:
— Żegnaj, panie. Byłeś wielkim wojownikiem i służyłem ci najlepiej, jak potrafiłem. Spoczywaj w pokoju w krainie cieni.
A potem odwróciłem się i ruszyłem w stronę domu Szui, mojego nowego domu, zostawiając za sobą przeszłość i niepewnie patrząc w przyszłość.
Rozdział 6: Ciężar prawdy
Mijały lata. Gat, ku zaskoczeniu wielu, nie zostało zaatakowane przez zwycięskich Izraelitów. Król Saul, choć odniósł znaczące zwycięstwo w dolinie Ela, nie zdecydował się na pełne podbicie ziem filistyńskich. Być może uznał, że pokonanie Goliata było wystarczającym symbolem jego potęgi. A może jego uwagę pochłonęły inne konflikty — nigdy się tego nie dowiedzieliśmy.
Dla mnie te lata były czasem ciszy i spokoju, tak różnym od gorączki i napięcia życia w obozie wojskowym. Wypełniałem swoją obietnicę daną Szui — pomagałem prowadzić gospodarstwo, zajmowałem się dziećmi, a szczególnie młodym Adoramem, synem Goliata, który z każdym rokiem coraz bardziej przypominał ojca.
Adoram był wyjątkowym chłopcem. Odziedziczył po ojcu potężną budowę — w wieku dwunastu lat przewyższał już wielu dorosłych mężczyzn — ale charakter miał łagodniejszy, może bardziej podobny do matki. Był dociekliwy, zawsze głodny wiedzy o świecie i o swoim ojcu, którego prawie nie pamiętał.
Któregoś wieczoru, gdy siedzieliśmy na tarasie domu po dniu pracy w polu, Adoram zapytał mnie wprost:
— Dagonie, powiedz mi, jak naprawdę zginął mój ojciec? Matka mówi tylko, że poległ w bitwie, ale słyszałem inne historie od chłopców w mieście.
Spojrzałem na niego, zastanawiając się, co powiedzieć. Przez te wszystkie lata Szua chroniła swoje dzieci przed pełną prawdą o śmierci Goliata. Czy powinienem uszanować jej wolę, czy może nadszedł czas, by chłopiec poznał prawdę?
— Jakie historie słyszałeś? — zapytałem ostrożnie.
— Że został pokonany przez izraelskiego chłopca — odpowiedział Adoram, patrząc mi prosto w oczy. — Że zginął od kamienia z procy. Że to był wstyd dla wszystkich Filistyńczyków.
Westchnąłem głęboko. Te historie, choć okrutne dla syna pokonanego wojownika, były w gruncie rzeczy prawdziwe.
— Twój ojciec był najwspanialszym wojownikiem, jakiego znałem — zacząłem powoli. — Przez lata nie znalazł godnego siebie przeciwnika. Może właśnie dlatego… — zawahałem się, szukając właściwych słów.
— Dlatego co? — naciskał Adoram.
— Dlatego stał się zbyt pewny siebie — dokończyłem. — Wierzył, że nikt nie może go pokonać. I to była jego zguba.
Przez następną godzinę opowiedziałem Adoramowi całą historię śmierci jego ojca, nie pomijając żadnych szczegółów. O czterdziestu dniach wyzwań, o młodym Izraelicie z procą, o kamieniu, który trafił Goliata w niezabezpieczone czoło. O tym, jak upadł, jak stracił głowę, jak sprowadziliśmy jego ciało do Gat.
Adoram słuchał w skupieniu, nie przerywając. Gdy skończyłem, długo milczał, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
— Więc to prawda — powiedział w końcu, a w jego głosie nie było gniewu, tylko smutek i jakaś dziwna akceptacja. — Mój ojciec, największy wojownik Filistyńczyków, został pokonany przez pasterza z procą.
— Tak — potwierdziłem cicho. — Ale to nie umniejsza jego wcześniejszych dokonań. Twój ojciec przez lata bronił naszego ludu, wygrywał bitwy, budził postrach wśród wrogów.
— Ale przegrał, gdy najbardziej się to liczyło — zauważył Adoram.
Nie mogłem temu zaprzeczyć. Zamiast tego powiedziałem:
— Każdy wojownik kiedyś przegrywa, Adoramie. Nikt nie jest niepokonany na zawsze. Twój ojciec przegrał, to prawda. Ale ważniejsze jest, jak żył przed tą porażką i czego możemy się z niej nauczyć.
— A czego się nauczyłeś, Dagonie? — W oczach chłopca dostrzegłem błysk inteligencji, która zawsze mnie u niego zaskakiwała.
Zastanowiłem się nad tym pytaniem. Przez lata wiele rozmyślałem o dolinie Ela, o śmierci Goliata, o znaczeniu tej porażki. I choć nigdy nie wypowiedziałem tego głośno, w sercu doszedłem do pewnych wniosków.
— Nauczyłem się, że pycha jest niebezpieczna — odpowiedziałem szczerze. — Że nawet najsilniejszy może upaść, jeśli przestanie szanować przeciwnika. I że może… — zawahałem się, wiedząc, że kolejne słowa mogłyby zostać uznane za bluźnierstwo — może bogowie czasem wspierają tych, którzy wydają się słabsi, ale mają w sobie więcej ducha.
— Mówisz o bogu Izraelitów? — Adoram, jak zawsze, szybko pojmował moje myśli. — O Jahwe?
— Może — przyznałem ostrożnie. — Ten chłopiec, Dawid, powiedział, że przychodzi w imieniu swojego boga. Że to Jahwe wyda Goliata w jego ręce. I tak się stało.
Adoram zmarszczył brwi, rozważając moje słowa.
— Czy to znaczy, że ich bóg jest silniejszy od naszych? Że powinniśmy czcić Jahwe zamiast Dagona?
— Nie wiem — odpowiedziałem szczerze. — Religia, bogowie… te sprawy są skomplikowane, Adoramie. Nasze świątynie wciąż stoją, nasze ofiary wciąż są składane. Ale od czasu doliny Ela zadaję sobie pytania, na które nie znajduję odpowiedzi.
Chłopiec skinął głową, jakby rozumiał moje wątpliwości. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. Wreszcie Adoram zapytał:
— Co stało się z nim? Z Dawidem?
To pytanie zaskoczyło mnie. Przez te wszystkie lata rzadko myślałem o młodym Izraelicie, który pokonał Goliata. Był dla mnie raczej symbolem, narzędziem jakiejś większej siły, niż rzeczywistą osobą.
— Nie wiem dokładnie — przyznałem. — Słyszałem różne historie. Niektórzy mówią, że został dowódcą w armii Saula. Inni, że Saul stał się o niego zazdrosny i wygnał go. Czasem kupcy wspominają o wojowniku imieniem Dawid, który dowodzi bandą wyrzutków w górach Judy.
— Chciałbym go kiedyś spotkać — powiedział Adoram z niespodziewaną powagą. — Nie żeby się zemścić. Po prostu… chciałbym zobaczyć człowieka, który pokonał mojego ojca.
Te słowa mnie zaskoczyły. W naszej kulturze zemsta była naturalną reakcją na zabicie członka rodziny. A jednak Adoram, syn Goliata, mówił o spotkaniu z zabójcą swojego ojca bez gniewu czy nienawiści.
— Może kiedyś go spotkasz — powiedziałem łagodnie. — Świat jest mniejszy, niż nam się wydaje.
Nie wiedziałem wtedy, jak prorocze okażą się te słowa.
Mijały kolejne lata. Adoram wyrósł na potężnego młodzieńca, choć nie tak wielkiego jak jego ojciec. Gdy skończył osiemnaście lat, zaciągnął się do armii filistyńskiej, mimo obaw Szui. Chciał podążać śladami Goliata, udowodnić, że jest godny jego imienia.
Ja pozostałem w Gat, nadal pomagając Szui zarządzać gospodarstwem. Z czasem stałem się czymś więcej niż tylko sługą — byłem powiernikiem, doradcą, przyjacielem. Gdy córki Goliata wyszły za mąż i opuściły dom, zostaliśmy sami, ja i Szua, dwoje ludzi połączonych pamięcią o tym samym człowieku.
A potem nadeszły wieści, które wstrząsnęły całym krajem Filistyńczyków. Saul, król Izraela, zginął w bitwie na górze Gilboa. A nowym królem został… Dawid. Ten sam Dawid, który zabił Goliata, teraz miał rządzić całym Izraelem.
Te wieści dotarły do nas pewnego wieczoru, przyniesione przez kupca, który zatrzymał się w Gat w drodze do Egiptu.
— Koronacja odbyła się w Hebronie — opowiadał podekscytowany. — Wszystkie plemiona izraelskie uznały go za króla. Mówią, że jest ulubieńcem ich boga, że Jahwe sam go namaścił.
Szua, słysząc te słowa, spojrzała na mnie znacząco. Oboje myśleliśmy o tym samym: o młodym pasterzu, który zmienił bieg historii jednym rzutem z procy.
— Jego panowanie może oznaczać nowe wojny — powiedziałem cicho, gdy zostaliśmy sami. — Dawid zna naszą siłę i nasze słabości. Walczył przeciwko nam.
— I zwyciężył — dodała Szua ponuro. — Martwię się o Adorama. Jest teraz na granicy z Izraelem, w garnizonie w Ekronie.
Jej obawy okazały się uzasadnione. Niedługo po koronacji Dawida nowy król rozpoczął kampanię przeciwko Filistyńczykom. Jego armia, kierowana przez doświadczonych dowódców i natchniona religijnym zapałem, zadała nam klęskę za klęską. Jedno po drugim, filistyńskie miasta padały lub poddawały się nowemu władcy Izraela.
Gat było jednym z ostatnich, które stawiły opór. Ale w końcu i nasze mury nie wytrzymały oblężenia. Gdy armia Dawida wkroczyła do miasta, mieszkańcy gromadzili się na głównym placu, czekając na wyrok nowego władcy.
Byłem tam, stojąc obok Szui, gdy Dawid wjechał przez bramę miasta na białym ośle, otoczony swoimi wojownikami. Mimo upływu lat natychmiast go rozpoznałem. Te same rude włosy, choć teraz przyprószone siwizną, te same jasne oczy, ta sama pewność siebie, która nie była jednak pychą, lecz jakimś głębokim, spokojnym przekonaniem o słuszności swoich działań.
Dawid nie był już oczywiście młodym pasterzem. Był dojrzałym mężczyzną, królem, wojownikiem, który przeżył wiele bitew i trudności. Na jego twarzy widniały blizny, a w oczach dostrzegłem cień smutku, którego nie było tam w dolinie Ela. Życie nie oszczędzało tego, którego ich bóg wybrał na króla.
Staliśmy tam, oczekując jego wyroku. Zastanawiałem się, czy będzie to wyrok śmierci, niewoli, czy może jakiejś formy poddaństwa. W końcu byliśmy odwiecznymi wrogami Izraela.
Dawid zaczął mówić, a jego głos, donośny i pewny, niósł się po placu:
— Ludzie Gat! Wasz opór był godny podziwu, ale bezcelowy. Miasto jest teraz częścią królestwa Izraela. Ale nie przychodzę jako niszczyciel. Przychodzę jako król, który chce rządzić sprawiedliwie nad wszystkimi swoimi poddanymi, niezależnie od ich pochodzenia czy wiary.
Szmer zaskoczenia przebiegł przez tłum. Nikt nie spodziewał się takiej łagodności ze strony zwycięzcy.
— Od dziś będziecie płacić daninę królestwu Izraela — kontynuował Dawid. — Wasi młodzi mężczyźni będą służyć w mojej armii. Ale wasze domy, wasze rodziny, wasze zwyczaje pozostaną nietknięte. Nie będę zmuszał nikogo do porzucenia swoich bogów, choć ktokolwiek zechce poznać Jahwe, Boga Izraela, znajdzie drzwi otwarte.
Te słowa wywołały jeszcze większe zdumienie. Zwycięzcy rzadko okazywali taką łaskawość pokonanym.
A potem Dawid powiedział coś, co sprawiło, że serce zamarło mi w piersi:
— Jest wśród was ktoś, kogo chciałbym poznać. Szua, wdowa po Goliacie, i jej syn, Adoram.
Szua zacisnęła dłoń na moim ramieniu, jej twarz pobladła. Czyżby Dawid, po tych wszystkich latach, szukał zemsty na rodzinie człowieka, którego zabił?
— Nie bój się — szepnąłem do niej. — Nie wydaje się być okrutnym człowiekiem.
Z bijącym sercem wystąpiliśmy naprzód, Szua i ja, stając przed królem Izraela. Dawid zszedł z osła i podszedł do nas, przyglądając się nam uważnie.
— Ty jesteś Szua, żona Goliata? — zapytał łagodnie.
— Tak, panie — odpowiedziała, schylając lekko głowę.
— A ty? — Dawid zwrócił się do mnie. — Nie jesteś jej synem. Kim jesteś?
— Nazywam się Dagon, syn Aszura — odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał pewnie. — Byłem giermkiem i tarczownikiem Goliata w dolinie Ela.
Na twarzy Dawida odbiło się zdumienie, a potem coś, co mogło być rozpoznaniem.
— Pamiętam cię — powiedział z namysłem. — Stałeś za nim, trzymając jego tarczę. Potem, gdy upadł, zostałeś przy jego ciele, gdy inni uciekali.
Byłem zaskoczony, że pamięta taki szczegół po tylu latach. Skinąłem tylko głową, nie ufając swojemu głosowi.
— Gdzie jest syn Goliata? — zapytał Dawid, rozglądając się.
— Adoram służy w garnizonie w Ekronie — odpowiedziała Szua. — Albo… służył. Nie wiem, czy żyje po ostatnich bitwach.
Dawid zamyślił się na moment, po czym zwrócił się do jednego ze swoich dowódców:
— Joabie, sprawdź jeńców z Ekronu. Jeśli jest wśród nich młody mężczyzna imieniem Adoram, syn Goliata, przyprowadź go tutaj. Bez kajdan.
Joab, szorstki wojownik o ciemnej brodzie, skinął głową i oddalił się, by wykonać rozkaz. Dawid znów spojrzał na nas.
— Nie szukam zemsty na rodzinie Goliata — powiedział, jakby czytając w moich myślach. — Ta sprawa została zamknięta wiele lat temu, w dolinie Ela. Ale chciałbym poznać syna człowieka, którego pokonałem. I chciałbym, by on poznał mnie.
— Po co, panie? — zapytała Szua, w jej głosie słychać było ostrożność matki chroniącej swoje dziecko.
Dawid uśmiechnął się łagodnie.
— By zrozumiał, że nasze losy są w rękach Boga, nie naszych. Że byłem kiedyś tylko chłopcem z procą, tak jak on jest synem olbrzyma. Że każdy z nas jest czymś więcej niż tylko swoim pochodzeniem czy historią swojej rodziny.
Te słowa, wypowiedziane z prostotą i szczerością, poruszyły mnie głęboko. W tym królu, który kiedyś był pasterzem, widziałem teraz mądrość, która wykraczała poza zwykłą politykę czy wojenne strategie. Może rzeczywiście został wybrany przez swojego boga? Może jego zwycięstwo nad Goliatem nie było przypadkiem czy szczęśliwym trafem, lecz częścią jakiegoś większego planu?
Joab wrócił po godzinie, prowadząc Adorama. Syn Goliata, teraz dwudziestoczteroletni mężczyzna, był potężnie zbudowany, choć jak już wspominałem, nie tak ogromny jak jego ojciec. Miał na sobie prostą tunikę, jego ręce były skrępowane, choć zgodnie z rozkazem Dawida, nie założono mu kajdan na nogi.
Gdy zobaczył matkę, jego twarz rozjaśniła się.
— Matko! — wykrzyknął, podbiegając do Szui. — Myślałem, że zginęłaś podczas oblężenia.
— Jak widzisz, żyję — odpowiedziała z uśmiechem przez łzy. — I ty też, dzięki bogom… — urwała, przypominając sobie, przed kim stoi.
Dawid obserwował to spotkanie z łagodnym uśmiechem. Potem podszedł do Adorama, który wyprostował się, patrząc na króla Izraela z mieszaniną strachu i dumy.
— Ty jesteś Adoram, syn Goliata z Gat? — zapytał Dawid.
— Tak, królu — odpowiedział młodzieniec, nie spuszczając wzroku.
— Rozwiążcie mu ręce — nakazał Dawid strażnikom. Gdy wykonali jego polecenie, król zrobił coś, co zaskoczyło wszystkich obecnych. Wyciągnął rękę do Adorama w geście pokoju.
— Twój ojciec był wielkim wojownikiem — powiedział. — Byłem tylko chłopcem, gdy stanąłem przed nim w dolinie Ela. Byłem przerażony, ale mój Bóg dał mi siłę i pewność.
Adoram wahał się przez moment, po czym uścisnął wyciągniętą dłoń.
— Zawsze chciałem cię spotkać — wyznał. — Nie z nienawiści, ale by zrozumieć, jak mogłeś go pokonać.
Dawid uśmiechnął się ponownie, ale tym razem był to uśmiech przepełniony jakimś głębokim zrozumieniem.
— Nie ja go pokonałem, Adoramie. Bóg to uczynił. Ja byłem tylko kamieniem w Jego procy.
Prolog: Giermek Olbrzyma
Nazywam się Dagon, syn Aszura, niegdyś tarczownik Goliata z Gat, najpotężniejszego wojownika filistyńskiego, który siał postrach w sercach wszystkich Izraelitów. Spisuję te słowa wiele lat po wydarzeniach, które zmieniły bieg wojny pomiędzy moim ludem a plemionami hebrajskimi.
Mam już dziś siwe włosy i drżące dłonie, a moja skóra jest pomarszczona jak stare skórzane rzemienie. Żyję w Gat, moim rodzinnym mieście, ale nie jako szanowany wojownik, lecz jako stary rzemieślnik wyrabiający hełmy i napierśniki. Mało kto pamięta, że byłem świadkiem upadku największego herosa, jakiego wydały ziemie filistyńskie. Ale ja pamiętam. Pamiętam każdą chwilę tamtego dnia, jakby to było wczoraj.
Miałem zaledwie szesnaście wiosen, gdy zostałem przydzielony do służby u Goliata. Byłem niskiego wzrostu, nawet jak na standardy naszego ludu, szczupły i zwinny. Może właśnie dlatego wybrano mnie na giermka olbrzyma — stanowiliśmy razem osobliwy widok: ja, sięgający mu ledwie do pasa, i on, górujący nad całym wojskiem.
Goliat. Na samo wspomnienie tego imienia czuję, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nie ze strachu — nigdy się go nie bałem, choć inni drżeli na dźwięk jego kroków. Nie z nienawiści — choć był surowym panem, traktował mnie lepiej niż większość wojowników traktowała swoich giermków. Dreszcz ten wynika z szacunku i z pamięci o jego upadku, który był tak niespodziewany, tak nieprawdopodobny, że do dziś wielu Filistyńczyków uważa go za efekt czarów lub interwencji bogów.
Zanim opowiem o dniu, w którym Goliat zginął, muszę wspomnieć, kim był, gdyż legendy, które krążą wśród Hebrajczyków, malują obraz potwora, demona, a nie człowieka. Goliat był wysoki — to prawda. Mierzył sześć łokci i piędź, co czyniło go najwyższym wśród wszystkich znanych mi ludzi. Jego zbroja była najpotężniejsza w całym wojsku — pancerz z brązowych łusek ważył pięć tysięcy sykli, a grot jego włóczni był tak ciężki, że zwykły wojownik nie mógłby nią nawet walczyć.
Ale Goliat, wbrew temu, co mówią, nie był potworem. Był człowiekiem. Miał żonę w Gat i troje dzieci. Lubił wino z Aszkelonu i śpiew przy ognisku. Bał się burz, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Każdego ranka, przed założeniem zbroi, namaszczał swoje ciało olejkiem z oliwek zmieszanym z mirrą — zapach ten towarzyszył mu zawsze i poczułem go po raz ostatni, gdy zbierałem jego ciało z doliny Ela, jeszcze ciepłe, a już opuszczone przez życie.
Przez dwa lata służyłem mu wiernie, nosząc jego tarczę, pomagając zakładać zbroję, dbając o jego oręż. Byłem świadkiem jego zwycięstw w licznych potyczkach z Izraelitami. Widziałem, jak w pojedynkę powstrzymał oddział hebrajskich włóczników pod Azeke. Słyszałem okrzyki przerażenia, jakie wydawali wrogowie na jego widok.
A potem nadszedł dzień, którego nigdy nie zapomnę. Dzień, w którym Goliat spotkał swojego przeznaczenie w osobie chłopca, który nie powinien był stanowić dla niego żadnego zagrożenia. Dzień, w którym zrozumiałem, że w życiu, jak i w wojnie, pewność siebie może być śmiertelną pułapką.