Świadectwo powrotu Noemi z ziemi moabskiej
Księga I: Lata głodu
Rozdział 1: Ostatnie dni w Betlejem
Pamiętam dzień, gdy głód zaczął zaglądać do naszych domów w Betlejem. Pola, które przez pokolenia rodziły jęczmień i pszenicę, leżały martwe i spękane. Każdego poranka wychodziłam przed dom, wypatrując choćby najmniejszej chmury na niebie, która mogłaby przynieść deszcz. Niebo pozostawało bezlitośnie błękitne.
Elimelech, mój mąż, człowiek dumny i szanowany w Betlejem, stawał się z każdym dniem coraz bardziej milczący. Widziałam, jak jego ramiona ciążą pod brzemieniem odpowiedzialności za naszą rodzinę. Nasi synowie – Machlon i Kilion – młodzi, pełni życia, spoglądali na nas pytająco, nie rozumiejąc w pełni powagi sytuacji.
– Noemi – powiedział wreszcie Elimelech pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały. – Musimy opuścić Judę. W Moabie podobno deszcz pada regularnie, a ziemia rodzi plony.
Poczułam, jak zimny dreszcz przebiega przez moje ciało. Moab? Kraina obcych bogów i obcych ludzi? Miejsce, o którym nasi kapłani mówili z pogardą, jako o siedlisku bałwochwalców?
– Ale to ziemia naszych ojców – odpowiedziałam cicho, wskazując na ściany domu, które pamiętały jeszcze dni mojego teścia. – Tu są groby naszych przodków.
Elimelech objął mnie ramieniem. W jego oczach zobaczyłam smutek, ale i determinację.
– Wybieramy życie, Noemi. Dla naszych synów. Gdy głód minie, wrócimy.
Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wsłuchiwałam się w oddechy śpiących synów i męża, a myślami byłam już daleko, za Jordanem, w krainie, której nie znałam, wśród ludzi, których języka nie rozumiałam. Nie wiedziałam wtedy, że decyzja Elimelecha zapoczątkuje historię, która odmieni życie wielu osób, a jej echa będą rozbrzmiewać przez pokolenia.
Rankiem, gdy pierwsze promienie słońca oświetliły nasze domostwo, zaczęłam pakować to, co mogliśmy zabrać. Każdy przedmiot, który zostawiałam, wydawał się opowiadać historię naszego życia w Betlejem. Gliniany dzban, który otrzymałam od matki w dniu ślubu. Tkane przez mnie szaty na święta. Drewniane zabawki, które Elimelech wyrzeźbił dla chłopców, gdy byli mali.
Sąsiedzi przychodzili żegnać się z nami. Niektórzy patrzyli z niezrozumieniem, inni z ukrytą zawiścią – że mamy dokąd pójść, że nie musimy trwać w głodzie. Rebeka, moja najbliższa przyjaciółka od lat dzieciństwa, objęła mnie mocno.
– Niech Jahwe czuwa nad wami – szepnęła mi do ucha. – I niech was szybko przyprowadzi z powrotem.
– Wrócimy – odpowiedziałam z przekonaniem, którego w rzeczywistości nie czułam. – Gdy tylko głód ustąpi.
Kilka dni później, o świcie, opuściliśmy Betlejem. Machlon i Kilion prowadzili osła obładowanego naszym dobytkiem. Elimelech szedł przodem, wyznaczając drogę. Ja zamykałam nasz mały pochód, co chwilę oglądając się za siebie, chcąc zapamiętać każdy szczegół miejsca, które nazywałam domem.
Droga do Moabu była trudna. Przełęcz za przełęczą, skały, piach, rzadko cień drzewa dający wytchnienie od palącego słońca. Chłopcy narzekali coraz mniej – im dalej oddalaliśmy się od Betlejem, tym bardziej docierało do nich, że nie jest to zwykła wyprawa, lecz podróż w nieznane.
Gdy po wielu dniach ujrzeliśmy wreszcie zielone równiny Moabu, oddaliśmy pokłon Jahwe za bezpieczną podróż. Elimelech ścisnął moją dłoń.
– Zobacz, Noemi – wskazał na pola jęczmienia kołyszące się na wietrze. – Tu znajdziemy nowy początek.
Nie wiedziałam wtedy, że ten nowy początek będzie również początkiem końca – końca życia, jakie znałam.
Rozdział 2: Życie na obczyźnie
Pierwsze miesiące w Moabie upłynęły nam na przystosowywaniu się do nowej rzeczywistości. Elimelech, dzięki swojej zaradności i umiejętnościom handlowym, szybko znalazł sposób na utrzymanie rodziny. Wynajął kawałek ziemi od miejscowego właściciela i rozpoczął uprawę jęczmienia. Ja uczyłam się miejscowego dialektu, odkrywając, że choć różni się od naszego, to ma wiele wspólnych słów.
Najtrudniejsze było zachowanie naszej tożsamości. Byliśmy jedyną hebrajską rodziną w okolicy. Miejscowi patrzyli na nas z mieszaniną ciekawości i nieufności. Szczególnie trudno było podczas świąt – gdy wspominaliśmy nasze tradycje, wzmacniał się ból tęsknoty za Betlejem.
– Mamo, dlaczego nie możemy święcić jak inni chłopcy? – pytał czasem Kilion, najmłodszy z synów, widząc, jak jego moabscy rówieśnicy uczestniczą w lokalnych obrzędach.
– Ponieważ jesteśmy dziećmi Izraela – odpowiadałam, zapalając świece w szabat. – Nasze serce i dusza należą do Jahwe, nawet jeśli ciała przebywają w obcej ziemi.
Z czasem zaczęliśmy układać sobie życie w Moabie. Elimelech zyskał szacunek dzięki swojej uczciwości i pracowitości. Synowie dorastali, pomagając ojcu w polu i ucząc się od niego sztuki uprawy roli. Ja zaprzyjaźniłam się z kilkoma moabskimi kobietami, które doceniły moje umiejętności tkackie.
Ale spokój nie trwał długo. W dziesiątym roku naszego pobytu w Moabie Elimelech zachorował. Początkowo wydawało się, że to zwykłe przeziębienie, które minie po kilku dniach. Jednak gorączka nie ustępowała, a jego oddech stawał się coraz płytszy.
– Noemi – powiedział pewnej nocy, gdy siedzieliśmy sami przy jego posłaniu. – Jeśli Jahwe wezwie mnie do siebie, musisz wrócić do Betlejem. To nie jest twoja ziemia. Nie chcę, byś umarła na obczyźnie, daleko od grobów naszych przodków.
– Nie mów tak – szepnęłam, ocierając pot z jego czoła. – Wyzdrowiejesz. Musimy jeszcze zobaczyć, jak nasi synowie zakładają własne rodziny.
Ale Elimelech patrzył na mnie wzrokiem człowieka, który wie, że jego czas dobiega końca. Ujął moją dłoń i przycisnął ją do swoich warg.
– Byłaś najlepszą żoną, jaką mógłbym sobie wymarzyć, Noemi. Dziękuję ci za lata wspólnego życia.
Trzy dni później Elimelech odszedł. Pochowaliśmy go zgodnie z naszymi obrzędami, na małym wzgórzu za miastem. Stojąc nad jego grobem, czułam się bardziej obca w tej ziemi niż kiedykolwiek wcześniej.
– Co teraz, mamo? – zapytał Machlon, obejmując mnie ramieniem.
– Teraz – odpowiedziałam, ocierając łzy – musimy żyć dalej. Tak, jak chciałby tego wasz ojciec.
Dni po śmierci Elimelecha były najtrudniejsze. Choć synowie przejęli obowiązki ojca, brak jego obecności był odczuwalny w każdym aspekcie naszego życia. Wieczorami, gdy chłopcy już spali, siadałam sama, wspominając nasze wspólne życie – od pierwszych dni w Betlejem, przez decyzję o wyjeździe, aż po ostatnie chwile w Moabie.
Z czasem ból zaczął ustępować. Machlon i Kilion dorośli, stali się mężczyznami, których Elimelech byłby dumny. Pracowali ciężko i szanowali moabskie prawa, jednocześnie nie zapominając o naszych tradycjach.
A potem, jakby los chciał nas jeszcze bardziej związać z tą ziemią, obaj zakochali się w moabskich dziewczętach. Machlon w Rut, córce miejscowego rzemieślnika, a Kilion w Orpie, której ojciec był pasterzem.
– Czy nie byłoby lepiej, gdybyście znaleźli żony wśród naszego ludu? – zapytałam, gdy powiedzieli mi o swoich uczuciach.
– W Moabie nie ma innych hebrajskich rodzin, mamo – odpowiedział Machlon. – A Rut jest dobrą, pracowitą dziewczyną. Jej serce jest czyste, nawet jeśli wychowano ją w innych tradycjach.
Podobnie mówił Kilion o Orpie. A ja, widząc miłość w oczach moich synów, zgodziłam się na ich małżeństwa. Może to był sposób Jahwe, by pokazać nam, że wszystkie jego dzieci – niezależnie od plemienia czy narodu – są sobie równe w jego oczach?
Śluby odbyły się zgodnie z miejscowymi zwyczajami, choć zadbaliśmy, by nie zabrakło elementów naszej tradycji. Rut i Orpa wprowadzili się do naszego domu, a ja uczyłam je naszych obyczajów, opowiadałam historie z Tory i pokazywałam, jak przygotowywać potrawy, które jadaliśmy w Betlejem.
Przez kolejne lata żyliśmy w zgodzie. Młode małżeństwa, choć tak różne kulturowo, uzupełniały się nawzajem. Rut, szczególnie, wykazywała ogromne zainteresowanie naszą wiarą. Często pytała o Jahwe, o nasze święta, o historię naszego ludu.
– Twój Bóg jest piękny, matko – powiedziała mi pewnego dnia, gdy tłumaczyłam jej znaczenie szabatu. – Tak różny od naszych bóstw, które wymagają ofiar, ale nie dają miłości.
Te słowa poruszyły mnie głęboko. Czy to możliwe, by przez nas – rodzinę uciekinierów z Betlejem – Jahwe zaczął być znany w Moabie?
Ale los znów miał dla nas niespodzianki. Kilka lat po ślubach zarówno Machlon, jak i Kilion zachorowali na tę samą chorobę, która zabrała ich ojca. I podobnie jak w przypadku Elimelecha, nic nie mogło ich uratować.
W ciągu miesiąca straciłam obu synów. Moje serce, które już raz zostało złamane przez śmierć męża, teraz zostało zmiażdżone.
Stojąc nad ich grobami, obok miejsca spoczynku ich ojca, wiedziałam, że moje życie w Moabie dobiegło końca. Nie miałam już powodu, by pozostawać w tej obcej ziemi, która zabrała mi wszystkich mężczyzn mojego życia.
– Wracam do Betlejem – powiedziałam Rut i Orpie pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy przy ognisku. – Słyszałam, że głód w Judzie się skończył. Jahwe nawiedził swój lud, dając im chleb.
Obie kobiety spojrzały na mnie z bólem w oczach.
– Wtedy pójdziemy z tobą – odpowiedziała Orpa, a Rut skinęła głową na znak zgody.
– Nie, moje córki – powiedziałam łagodnie. – Wróćcie do domów swoich matek. Jahwe niech okaże wam miłosierdzie, tak jak wy okazałyście je zmarłym i mnie.
Ale one nalegały. Przygotowałyśmy się więc do podróży, pakując skromny dobytek, który pozostał nam po latach w Moabie. Gdy wszystko było gotowe, wyruszyłyśmy w drogę powrotną do Judy.
Jednak na granicy, gdy Moab był już za nami, a ziemia Judy rozpościerała się przed nami, zatrzymałam się i zwróciłam do moich synowych.
– Zawróćcie, moje córki. Po co miałybyście iść ze mną? Czy mam jeszcze synów w swoim łonie, którzy mogliby zostać waszymi mężami? Wróćcie, bo jestem zbyt stara, by wyjść za mąż. A nawet gdybym poślubiła męża jeszcze tej nocy i urodziła synów, czy czekałybyście, aż dorosną? Czy dla nich wyrzekłybyście się małżeństwa? Nie, moje córki, los mój jest o wiele gorszy niż wasz, bo przeciwko mnie zwróciła się ręka Jahwe.
Słowa te wywołały płacz. Orpa, po długim wahaniu, ucałowała mnie na pożegnanie i zawróciła do Moabu. Ale Rut pozostała u mojego boku.
– Nie nalegaj, abym cię opuściła – powiedziała stanowczo. – Dokądkolwiek pójdziesz, tam i ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam i ja zamieszkam. Twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem. Gdzie ty umrzesz, tam i ja umrę, i tam będę pogrzebana. Niech mi Jahwe to uczyni i tamto dorzuci, jeśli coś innego niż śmierć oddzieli mnie od ciebie.
Widząc jej determinację, przestałam nalegać. Razem ruszyłyśmy w dalszą drogę, ku Betlejem, ku mojej przeszłości i nieznanej przyszłości.
Księga II: Powrót do Betlejem
Rozdział 1: Droga do domu
Droga z Moabu do Betlejem wydawała się dłuższa niż wtedy, gdy opuszczaliśmy Judę z Elimelechem i synami. Może dlatego, że teraz byłam starsza, a ciężar straty przygniatał moje ramiona. A może dlatego, że każdy krok przybliżał mnie do konfrontacji z przeszłością – z miejscem, które opuściłam z nadzieją na lepsze życie, a do którego wracałam jako wdowa, pozbawiona synów i przyszłości.
Rut szła obok mnie, cierpliwie dostosowując tempo do moich możliwości. Gdy odpoczywałyśmy, opowiadałam jej o Betlejem – o uliczkach, o domu, który zostawiliśmy, o ludziach, których znałam. Nie wiedziałam, czy ktokolwiek jeszcze mnie pamięta, czy nasz dom wciąż stoi, czy może został zajęty przez innych.
– Matko – pytała czasem Rut – czy twoi rodacy przyjmą mnie, Moabitkę?
– Ludzie w Betlejem są dobrzy – odpowiadałam, choć sama miałam wątpliwości. – Przyjmą cię, gdy poznają twoje serce.
W rzeczywistości obawiałam się, jak zostaniemy przyjęte. Ja – kobieta, która opuściła swój lud w czasie głodu, a teraz wraca bez męża i synów, i ona – cudzoziemka z ludu, który nie zawsze żył w zgodzie z Izraelem.
Po wielu dniach podróży, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, ujrzałyśmy wreszcie zarys Betlejem na wzgórzu. Zatrzymałam się, czując, jak serce bije mi szybciej. Oto miejsce mojego urodzenia, miejsce, gdzie dorastałam, gdzie poznałam Elimelecha, gdzie urodziłam synów.
– To tutaj – powiedziałam cicho do Rut. – To jest Betlejem.
Miasto zmieniło się, a jednocześnie pozostało takie samo. Te same mury, te same bramy, te same drzewa oliwne na zboczach. Ale widać było, że lata głodu odcisnęły swoje piętno – niektóre domy wyglądały na opuszczone, inne zostały odbudowane w pośpiechu, jakby ich właściciele dopiero co wrócili.
Gdy weszłyśmy przez bramę miasta, ludzie zaczęli się zatrzymywać i przyglądać nam z ciekawością. Czy mnie rozpoznawali? Czy widzieli we mnie Noemi, którą znali, czy może obcą kobietę, wyciągniętą przez życie jak stara, wyschnięta winorośl?
Nagle usłyszałam okrzyk.
– Noemi? Czy to naprawdę ty?
Odwróciłam się i ujrzałam Rebekę, moją przyjaciółkę z dzieciństwa. Była starsza, siwe pasma zdobiły jej niegdyś czarne włosy, ale oczy miała te same – pełne życia i ciepła.
– To ja – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
Rebeka podbiegła i objęła mnie mocno, nie zważając na pył drogi, który pokrywał moje szaty.
– Myśleliśmy, że już nigdy cię nie zobaczymy – powiedziała, odsuwając się, by lepiej mi się przyjrzeć. – Co się stało? Gdzie Elimelech? Gdzie chłopcy?
Ból, który przez moment przytłumiła radość z powrotu, znów dał o sobie znać.
– Odeszli – odpowiedziałam cicho. – Wszyscy odeszli. Jahwe zabrał ich do siebie.
Wieść o moim powrocie rozeszła się szybko. Wkrótce otoczyła nas grupa kobiet – niektóre pamiętałam, inne musiały przeprowadzić się do Betlejem podczas mojej nieobecności. Wszystkie patrzyły na mnie z mieszaniną współczucia, ciekawości i – jak mi się wydawało – lekkiej dezaprobaty.
– Czy to naprawdę Noemi? – szeptały między sobą.
Wówczas poczułam, jak coś we mnie pęka. Lata żalu, straty i samotności wylały się ze mnie jak woda z pękniętego dzbana.
– Nie nazywajcie mnie Noemi – powiedziałam głośno, by wszystkie mogły usłyszeć. – Nazywajcie mnie Mara, bo Wszechmogący napełnił mnie wielką goryczą. Wyszłam stąd pełna, a Jahwe sprowadził mnie pustą. Dlaczego więc nazywacie mnie Noemi, skoro Jahwe wystąpił przeciwko mnie, a Wszechmogący zesłał na mnie nieszczęście?
Zapadła cisza. Kobiety patrzyły na mnie ze zrozumieniem, które może mieć tylko ktoś, kto sam doświadczył straty. Rebeka podeszła i objęła mnie ponownie.
– Dla nas zawsze będziesz Noemi – powiedziała cicho. – A teraz chodź, musisz odpocząć po podróży.
Dopiero wtedy kobiety zwróciły uwagę na Rut, która stała nieco z boku, niepewna, jak się zachować w obcym mieście.
– A kim jest ta młoda kobieta? – zapytała jedna z nich, patrząc podejrzliwie na moabskie szaty Rut.
– To Rut, żona mojego syna Machlona – odpowiedziałam. – Przyszła ze mną z Moabu, choć namawiałam ją, by została wśród swojego ludu.
– Moabitka? – w głosie kobiety słychać było niedowierzanie.
– Tak – odpowiedziała Rut, podnosząc wzrok i patrząc prosto w oczy pytającej. – Jestem Moabitką, ale Bóg Noemi stał się moim Bogiem, a jej lud moim ludem.
Odwaga, z jaką Rut stanęła przed mieszkańcami Betlejem, wzbudziła mój podziw. W tej młodej kobiecie była siła, której ja już nie miałam – siła nadziei, wiary w przyszłość.
Rebeka, widząc napięcie, szybko przejęła inicjatywę.
– Chodźcie do mojego domu. Musicie być głodne i spragnione po podróży. Wszystko inne może poczekać.
Przyjęłyśmy jej zaproszenie z wdzięcznością. Po długiej podróży myśl o ciepłym posiłku i dachu nad głową była jak balsam dla duszy.
Dom Rebeki był skromny, ale zadbany. Podczas gdy ona przygotowywała posiłek, opowiedziałam jej o latach spędzonych w Moabie – o początkowej nadziei, o śmierci Elimelecha, o małżeństwach naszych synów i w końcu o ich przedwczesnej śmierci.
– A twój dom… – zaczęła ostrożnie Rebeka.
– Co z nim? – zapytałam, czując, jak serce bije mi szybciej.
– Stoi pusty – odpowiedziała. – Nikt nie chciał go zająć, jakby wszyscy wierzyli, że kiedyś wrócisz.
Ta wiadomość była jak promień światła w ciemności. Miejsce, które nazywałam domem, wciąż na mnie czekało. Ale radość szybko ustąpiła miejsca realizmowi – dom stał pusty przez lata, musiał być w opłakanym stanie. A ja, bez męża i synów, bez pieniędzy, jak miałam go utrzymać?
– Jutro pójdziemy go zobaczyć – kontynuowała Rebeka, jakby czytając w moich myślach. – Na razie zostaniecie u mnie, dopóki nie uporządkujecie swojego życia.
Tej nocy, leżąc na posłaniu w domu Rebeki, nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak bardzo zmieniło się moje życie od dnia, gdy opuściliśmy Betlejem. Jak wiele straciłam. Ale gdy spojrzałam na śpiącą obok Rut, poczułam cień nadziei. Może nie wszystko było stracone. Może Jahwe nie odwrócił się ode mnie całkowicie.
Z tą myślą w końcu zasnęłam, po raz pierwszy od wielu lat czując, że jestem w domu.
Rozdział 2: Spotkanie z Boazem
Następnego ranka, po skromnym posiłku, Rebeka zaprowadziła nas do naszego dawnego domu. Droga wydawała mi się jednocześnie znajoma i obca – znajoma, bo każdy zakręt, każdy kamień przypominał mi o latach młodości; obca, bo wszystko wydawało się mniejsze, bardziej kruche niż w moich wspomnieniach.
Dom stał na wzgórzu, jak zawsze, otoczony drzewami oliwnymi. Ale lata zaniedbania odcisnęły na nim swoje piętno – dach w części zapadł się, drzwi wisiały na jednym zawiasie, a wokół rozrosły się chwasty, sięgające niemal do okien.
– Jahwe – szepnęłam, widząc to spustoszenie.
– To nic, matko – powiedziała Rut, ściskając moją dłoń. – Odbudujemy go. Będzie jak nowy.
Jej optymizm był poruszający, ale wiedziałam, że dwie kobiety, bez środków do życia, niewiele mogą zdziałać. Jednak nie chciałam gasić jej zapału.
– Tak, odbudujemy – zgodziłam się, choć bez przekonania.
Resztę dnia spędziłyśmy na porządkowaniu najbardziej podstawowych spraw – usunęłyśmy chwasty sprzed wejścia, zebrałyśmy gałęzie, które spadły na dziedziniec, oczyściłyśmy studnię. Rebeka i kilka innych kobiet przyniosły nam podstawowe sprzęty – gliniane naczynia, koce, trochę jedzenia. Ich życzliwość była jak ciepły deszcz po długiej suszy.
Wieczorem, gdy siedziałyśmy przy prowizorycznym ognisku na dziedzińcu, Rut spojrzała na pola jęczmienia, które rozpościerały się poniżej naszego domu.
– Matko – powiedziała po chwili namysłu – jutro pozwól mi pójść na pole i zbierać kłosy za tym, który okaże mi życzliwość.
Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Zbieranie pozostawionych kłosów było zajęciem dla najbiedniejszych, dla tych, którzy nie mieli innego sposobu, by zdobyć pożywienie. To było upokarzające. Ale z drugiej strony, czy nie byłyśmy właśnie w takiej sytuacji? Dwie wdowy, bez środków do życia, zdane na łaskę innych?
– Idź, moja córko – zgodziłam się w końcu.
Rankiem Rut wyruszyła na pola, a ja zostałam, by kontynuować porządkowanie domu. Pracowałam powoli, bo każdy kąt, każdy przedmiot przywoływał wspomnienia – dobre i złe. Tutaj Elimelech oświadczył mi się. Tu urodził się Machlon. A tu, przy tym stole, podjęliśmy decyzję o opuszczeniu Betlejem.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Rut wróciła. Niosła na plecach worek pełen jęczmienia – więcej, niż mogłabym się spodziewać po pierwszym dniu zbierania kłosów.
– Córko moja – zapytałam, zdziwiona jej obfitym zbiorem – gdzie dzisiaj zbierałaś? Niech będzie błogosławiony ten, który zwrócił na ciebie uwagę!
Rut uśmiechnęła się, odkładając worek.
– U człowieka imieniem Boaz – odpowiedziała. – Jest właścicielem dużego pola jęczmienia. Był dla mnie bardzo życzliwy, pozwolił mi zbierać między snopami, a nawet nakazał swoim pracownikom, by specjalnie dla mnie upuszczali więcej kłosów.
– Boaz? – to imię uderzyło mnie jak błyskawica. – Opisz go.
Rut opisała mężczyznę w średnim wieku, o siwiejących włosach i brodzie, ale wciąż silnego, szanowanego przez pracowników.
– To musi być Boaz, syn Salmona – powiedziałam, czując, jak serce bije mi szybciej. – Jest naszym krewnym, Rut. Jest jednym z wykupicieli naszej rodziny.
– Wykupicieli? – Rut spojrzała na mnie pytająco.
– Według naszego prawa – wyjaśniłam – jeśli mężczyzna umiera bez syna, jego najbliższy krewny powinien poślubić wdowę, by jego imię nie zginęło w Izraelu. Boaz jest bliskim krewnym Elimelecha, mojego męża.
W oczach Rut pojawił się cień zrozumienia, a może nadziei?
– Powiedział, bym wracała na jego pole, dopóki nie skończą się żniwa – dodała.
– To dobra rada – pokiwałam głową. – Trzymaj się Boaza. Idź tam, gdzie pracują jego dziewczęta. Jahwe chyba nas nie opuścił całkowicie.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myśl o Boazie przypomniała mi czasy młodości. Był on synem Rachab, cudzoziemki, która pomogła naszym przodkom w zdobyciu Jerycha, i Salmona, jednego z plemienia Judy. Pamiętałam go jako młodego człowieka – sprawiedliwego, łagodnego, szanowanego mimo młodego wieku. Nigdy się nie ożenił, choć wiele matek w Betlejem chciało go za zięcia. A teraz, po tylu latach, spotyka moją moabską synową. Czy to przypadek, czy może plan Jahwe, którego nie potrafiłam jeszcze dostrzec?
Przez następne tygodnie Rut codziennie chodziła na pole Boaza. Wracała wieczorem zmęczona, ale zadowolona, zawsze z obfitym zbiorem jęczmienia. A ja, obserwując jej zaangażowanie, jej determinację, by zapewnić nam przetrwanie, czułam, jak moje serce napełnia się wdzięcznością – za nią, za jej lojalność, za jej pracę.
Gdy żniwa jęczmienia dobiegały końca, a zaczynały się żniwa pszenicy, zaczęłam dostrzegać w Rut zmianę. Jej oczy błyszczały, gdy mówiła o pracy na polu, a imię Boaza pojawiało się w jej opowieściach coraz częściej.
– Czy Boaz jest dla ciebie dobrym pracodawcą? – zapytałam pewnego wieczoru, gdy siedziałyśmy przy ognisku, przesiewając ziarna.
– Jest więcej niż dobry – odpowiedziała Rut, a na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec. – Troszczy się o wszystkich pracowników, ale… zdaje się, że zwraca na mnie szczególną uwagę. Dzisiaj zaprosił mnie, bym jadła z jego żniwiarzami, i sam podał mi prażone ziarno.
Słuchając jej, wiedziałam, że nadszedł czas, by wziąć sprawy w swoje ręce. Jahwe dał nam szansę – szansę dla Rut na nowe życie, szansę dla imienia mojego syna, by nie zginęło w Izraelu.
– Córko moja – powiedziałam poważnie – czy nie powinnam poszukać ci miejsca odpoczynku, które byłoby dobre dla ciebie? Oto Boaz, z którym byłaś, jest naszym krewnym. Dziś wieczorem będzie wiał jęczmień na klepisku. Umyj się więc i namaść, nałóż na siebie płaszcz i zejdź na klepisko. Nie daj się jednak poznać temu człowiekowi, dopóki nie skończy jeść i pić. A gdy się położy, zauważ miejsce, gdzie się położy, potem podejdź, odkryj miejsce przy jego nogach i połóż się. On ci powie, co masz czynić.
Rut spojrzała na mnie z mieszaniną zdziwienia i obawy.
– Zrobię wszystko, co mi powiedziałaś – odpowiedziała w końcu.
Rozdział 3: Noc na klepisku
Tamten wieczór był jednym z najdłuższych w moim życiu. Gdy Rut, ubrana w najlepsze szaty, umyta i pachnąca olejkami, wyruszyła w stronę klepiska Boaza, ja zostałam w domu, modląc się do Jahwe. Modliłam się o mądrość dla Rut, o otwarte serce dla Boaza, o powodzenie planu, który – jak wierzyłam – był zgodny z wolą Bożą.
Dom wydawał się tak cichy bez Rut. Jej obecność w ciągu tych kilku miesięcy stała się dla mnie źródłem pociechy, siły i nadziei. Ta młoda kobieta, która z własnej woli porzuciła swój lud, by towarzyszyć starej, zgorzkniałej teściowej, była dla mnie jak promień światła w ciemności.
Wreszcie, nad ranem, gdy niebo zaczynało różowieć, usłyszałam delikatne kroki. Rut wróciła. Jej twarz promieniała, a w rękach trzymała zawiniątko z jęczmieniem.
– Jak poszło, córko moja? – zapytałam, nie mogąc dłużej powstrzymać ciekawości.
Rut opowiedziała mi wszystko. O tym, jak czekała, aż Boaz zaśnie po uczcie, jak podeszła i odkryła jego nogi, jak przestraszył się w środku nocy, znajdując ją przy sobie.
– Powiedziałam mu, kim jestem – kontynuowała. – I poprosiłam, by rozpostarł nade mną skrzydło swej opieki, bo jest moim wykupicielem.
– A co on na to? – zapytałam, wstrzymując oddech.
– Pobłogosławił mnie – odpowiedziała Rut z uśmiechem. – Powiedział, że okazałam większą dobroć na końcu niż na początku, bo nie uganiałam się za młodzieńcami, biednymi czy bogatymi. Obiecał, że uczyni wszystko, o co prosiłam. Ale…
– Ale? – moje serce zamarło.
– Jest jeszcze jeden krewny, bliższy niż on. Jeśli ten zechce mnie wykupić, niech wykupi. Jeśli nie, Boaz przysięgł, że sam to uczyni. Dał mi sześć miar jęczmienia, mówiąc, bym nie wracała do ciebie z pustymi rękami.
Słuchając jej słów, czułam, jak w moim sercu rośnie nadzieja. Boaz był człowiekiem honoru, wiedziałam to. Jeśli obiecał, że zajmie się sprawą, to tak zrobi.
– Teraz, córko moja – powiedziałam, obejmując Rut – musimy czekać. Boaz nie spocznie, dopóki nie załatwi tej sprawy dzisiaj.
Dzień spędziłyśmy w domu, starając się zająć codziennymi obowiązkami, ale myślami byłyśmy gdzie indziej – przy bramie miasta, gdzie zwykle odbywały się wszystkie ważne sprawy w Betlejem. Czy Boaz znajdzie tego bliższego krewnego? Czy ten zgodzi się wykupić pole Elimelecha, a wraz z nim poślubić Rut? Czy może odmówi, dając Boazowi prawo do wykupienia?
Wieczorem, gdy słońce zaczynało już zachodzić, usłyszałyśmy kroki na ścieżce prowadzącej do naszego domu. Obie zamarłyśmy. Czy to Boaz? Czy przychodzi z dobrymi wieściami?
Ale to nie był Boaz. To była Rebeka, moja przyjaciółka, która przybiegła, ledwo łapiąc oddech.
– Noemi! – zawołała od progu. – Musisz to usłyszeć! Dziś przy bramie miasta Boaz spotkał się z twoim bliższym krewnym. Zaproponował mu wykupienie pola Elimelecha.
– I co? – zapytałam, czując, jak serce bije mi jak młot.
– Krewny zgodził się wykupić pole – kontynuowała Rebeka. – Ale gdy Boaz wspomniał, że wraz z polem musi poślubić Rut Moabitkę, by wzbudzić potomstwo dla zmarłego, odmówił! Powiedział, że mogłoby to zagrozić jego własnemu dziedzictwu.
– A więc? – głos Rut drżał od powstrzymywanych emocji.
– Boaz wykupił wszystko! – wykrzyknęła Rebeka z radością. – Pole Elimelecha, a także prawo do poślubienia ciebie, Rut! Wszyscy przy bramie byli świadkami. Zdjął swój sandał i dał go krewnemu, jak nakazuje zwyczaj. To już oficjalne!
Radość, która wypełniła nasze serca, była nie do opisania. Jahwe nie zapomniał o nas. W swojej łaskawości okazał miłosierdzie dwóm wdowom – jednej starej i zgorzkniałej, drugiej młodej i pełnej nadziei.
Kilka dni później odbył się ślub. Całe Betlejem świętowało. Boaz, szanowany właściciel ziemski, poślubił Rut, Moabitkę, która wybrała Boga Izraela. A starszyzna i lud, którzy byli przy bramie, mówili:
– Jesteśmy świadkami. Niech Jahwe sprawi, by kobieta, która wchodzi do twego domu, była jak Rachel i jak Lea, które razem zbudowały dom Izraela. Stań się możny w Efrata i zdobądź sobie imię w Betlejem.
Księga III: Nowy początek
Rozdział 1: Narodziny Obeda
Życie w Betlejem nabrało nowego rytmu. Rut zamieszkała w domu Boaza, a ja, na ich naleganie, zamieszkałam z nimi. Nasz stary dom został odremontowany i stał się częścią gospodarstwa Boaza.
Obserwując Rut i Boaza, widziałam, jak rośnie między nimi miłość – nie ta gwałtowna, młodzieńcza, ale głęboka, oparta na wzajemnym szacunku i podziwie. Boaz cenił Rut za jej lojalność, pracowitość i dobroć. Rut podziwiała Boaza za jego sprawiedliwość, hojność i troskę. Byli dla siebie jak dwa drzewa rosnące obok siebie, dające sobie nawzajem cień i oparcie.
A ja? Ja czułam, jak gorycz, która przez lata wypełniała moje serce, powoli ustępuje. Jahwe nie zapomniał o swojej służebnicy. Choć zabrał mi męża i synów, dał mi nową rodzinę – Rut, której miłość i lojalność przekraczały więzy krwi, i Boaza, którego dobroć i sprawiedliwość były jak balsam dla zranionej duszy.
Kilka miesięcy po ślubie Rut przyszła do mnie z promienną twarzą.
– Matko – powiedziała, ujmując moje dłonie – noszę dziecko.
Te słowa były jak muzyka dla moich uszu. Dziecko! Nowe życie! Potomek Elimelecha i Machlona, który zapewni, że ich imiona nie zginą w Izraelu!
Ciąża Rut przebiegała spokojnie. Boaz otaczał ją opieką, a ja dzieliłam się z nią wszystkim, co wiedziałam o macierzyństwie. Opowiadałam jej o tym, jak rodziłam Machlona i Kiliona, jakie to uczucie, gdy po raz pierwszy trzymasz swoje dziecko w ramionach, jak karmić niemowlę, jak je uspokoić, gdy płacze.
Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy w cieniu drzewa oliwnego, przebierając fasolę, Rut spojrzała na mnie poważnie.
– Matko – zapytała – czy oczekujesz syna?
Zrozumiałam, co miała na myśli. Syn oznaczałby kontynuację linii Elimelecha, dziedzica dla jego imienia.
– Jahwe da nam to, co najlepsze – odpowiedziałam dyplomatycznie. – Czy to będzie syn, czy córka, będzie dzieckiem błogosławionym.
Ale w głębi serca, tak, pragnęłam wnuka. Chłopca, który nosiłby imię mojego męża lub syna, który byłby ich żywym upamiętnieniem.
Wreszcie nadszedł dzień porodu. Boaz wezwał najlepsze położne w Betlejem, a ja nie odstępowałam Rut na krok. Poród był długi i trudny. Rut znosiła ból z godnością, ale widziałam strach w jej oczach – strach przed śmiercią, strach przed utratą dziecka.
– Bądź silna, córko – szeptałam, ocierając pot z jej czoła. – Jahwe jest z tobą. On cię nie opuści.
Po wielu godzinach, gdy księżyc był już wysoko na niebie, rozległ się wreszcie płacz dziecka. Silny, zdrowy płacz.
– To syn! – wykrzyknęła położna, pokazując nam małą, czerwoną istotkę. – Zdrowy, silny chłopiec!
Łzy szczęścia spływały po mojej twarzy, gdy położna podała mi dziecko. Trzymałam go w ramionach, patrząc na jego malutką twarzyczkę, na zaciśnięte piąstki. Widziałam w nim Machlona – te same rysy, ten sam kształt oczu.
– Oto twój odkupiciel – szepnęłam, przytulając go do piersi. – Ten, który przywróci ci imię w Izraelu, który będzie pociechą dla twojej duszy i podporą w twojej starości. Bo urodziła go twoja synowa, która cię kocha i która jest dla ciebie lepsza niż siedmiu synów.
Kobiety, które przyglądały się porodowi, natychmiast zaczęły świętować.
– Syn urodził się Noemi! – wołały. – Niech będzie błogosławiony Jahwe, który nie zostawił cię dzisiaj bez wykupiciela. Niech jego imię będzie sławne w Izraelu!
Gdy Rut odpoczywała po porodzie, wzięłam dziecko na kolana i stałam się jego piastunką. To było jak powrót do czasów, gdy moi własni synowie byli mali – ta sama radość, to samo poczucie cudu, to samo uczucie głębokiej miłości.
Ósmego dnia po narodzinach odbył się obrzęd nadania imienia. Zgodnie z tradycją, zgromadzili się wszyscy krewni i sąsiedzi. Boaz, jako ojciec, miał prawo nadać imię dziecku.
– Jak nazwiemy naszego syna? – zapytał, spoglądając na Rut, a potem na mnie.
– Niech nosi imię, które będzie przypominało o łasce Jahwe – odpowiedziała Rut. – Niech będzie pamiątką miłosierdzia, które On nam okazał.
– A więc nazwiemy go Obed – zdecydował Boaz. – Bo on będzie służył Jahwe przez całe swoje życie.
Obed, co znaczy „Sługa”. Imię pełne pokory, ale i godności. Imię, które obiecywało wierną służbę Bogu Izraela.
W dniu nadania imienia kobiety z Betlejem przychodziły, by złożyć życzenia i zobaczyć dziecko. Jedna z nich, stara Debora, która pamiętała jeszcze czasy mojej młodości, wzięła mnie na stronę.
– Wiesz, Noemi – powiedziała, patrząc na bawiącego się na moich kolanach Obeda – ten chłopiec może być kimś wielkim. Widzę w nim siłę i łagodność, mądrość i odwagę. Kto wie, może z jego linii przyjdzie kiedyś wybawiciel Izraela?
Uśmiechnęłam się, wzruszona jej słowami. Czy naprawdę z naszej rodziny – rodziny, która doświadczyła tylu trudności – mógłby wyjść ktoś ważny dla historii naszego ludu? Wydawało się to nieprawdopodobne, a jednak… czy historia Izraela nie była pełna nieprawdopodobnych zwrotów akcji, cudownych interwencji Jahwe?
– Niech się stanie według woli Jahwe – odpowiedziałam, całując główkę Obeda.
Rozdział 2: Jesień życia
Lata mijały, a Obed rósł, stając się radością naszego domu. Był bystrym chłopcem, ciekawym świata, pełnym energii, ale też wrażliwym na potrzeby innych. Często towarzyszył Boazowi w pracach na polu, ucząc się od niego rzemiosła rolnika, ale równie chętnie siadał u moich stóp, słuchając historii o przodkach, o wyjściu z Egiptu, o zdobyciu Ziemi Obiecanej.
Gdy miał pięć lat, zapytał mnie pewnego dnia:
– Babciu, kim był mój dziadek? Ten, którego nie znałem?
Opowiedziałam mu o Machlonie – o jego łagodności, o jego miłości do księgi Tory, o jego przedwczesnej śmierci w ziemi moabskiej. Obed słuchał z powagą, której nie spodziewałabym się po dziecku w jego wieku.
– A mój pradziadek? – dopytywał.
I wtedy opowiedziałam mu o Elimelechu – o jego odwadze w podejmowaniu trudnych decyzji, o jego odpowiedzialności za rodzinę, o jego śmierci, która zostawiła mnie samą z dwoma synami w obcej ziemi.
– Dlaczego wyjechaliście z Betlejem? – pytał Obed.
– Z powodu głodu – odpowiedziałam. – Nie było tu chleba, a Moab miał urodzajne pola.
– Ale teraz Betlejem znów ma chleb – zauważył Obed.
– Tak – uśmiechnęłam się. – Betlejem znów jest „domem chleba”, jak mówi jego nazwa.
Patrząc na Obeda, na jego rozwój, na jego dojrzewanie, czułam głęboką wdzięczność dla Jahwe. Ten chłopiec był żywym dowodem na to, że Bóg Izraela nie opuścił swojej służebnicy. Że z najgłębszej ciemności może wyłonić się światło, że po najdłuższej zimie zawsze przychodzi wiosna.
Boaz i Rut byli szczęśliwym małżeństwem. Z czasem doczekali się jeszcze dwóch córek, które były oczami w głowie Boaza. Ale Obed, jako pierworodny, jako ten, który miał kontynuować linię Elimelecha, zajmował szczególne miejsce w sercu Boaza.
Gdy Obed skończył trzynaście lat, zgodnie z tradycją, stał się „synem przykazania”. W synagodze po raz pierwszy publicznie odczytał fragment Tory. Jego głos, choć wciąż chłopięcy, brzmiał pewnie, gdy recytował święte słowa. A ja, siedząc za zasłoną, w części dla kobiet, czułam, jak łzy spływają mi po policzkach – łzy dumy, radości i wdzięczności.
Po ceremonii Boaz ogłosił, że od tego dnia Obed będzie uczestniczył w podejmowaniu decyzji dotyczących gospodarstwa, ucząc się zarządzania majątkiem, który kiedyś odziedziczy.
– Jesteś teraz mężczyzną, synu – powiedział, kładąc dłoń na ramieniu Obeda. – Mężczyzną w domu Judy, w linii Elimelecha.
Widziałam, jak Obed prostuje ramiona pod ciężarem tej odpowiedzialności. Jak jego oczy, tak podobne do oczu Machlona, nabierają powagi, której wcześniej w nich nie dostrzegałam.
W miarę upływu lat czułam, jak moje własne siły słabną. Włosy całkowicie posiwiały, wzrok się pogorszył, a nogi nie niosły mnie już tak sprawnie jak kiedyś. Ale nie martwiłam się tym. Miałam wokół siebie kochającą rodzinę, wnuka, który był pociechą mojej starości, i wiarę, że Jahwe, który przeprowadził mnie przez najciemniejsze doliny, nie opuści mnie również w ostatniej drodze.
Gdy Obed miał dziewiętnaście lat, poślubił Hannę, córkę jednego z najbardziej szanowanych mieszkańców Betlejem. Była to miłość od pierwszego wejrzenia – przynajmniej tak twierdził Obed, opowiadając mi o tym, jak zobaczył ją przy studni, gdzie przyszła czerpać wodę.
Ich ślub był jednym z największych wydarzeń w Betlejem w tamtym roku. Boaz, jako ojciec pana młodego i jednocześnie jeden z najbogatszych mieszkańców miasta, nie szczędził wydatków. Uczta trwała siedem dni, a wino lało się strumieniami. Ja, siedząc obok Rut i obserwując tańczącą młodą parę, czułam, jak koło życia zatacza pełny krąg.
Niecały rok po ślubie Hanna urodziła syna. Nazwali go Jessem. Trzymając w ramionach prawnuka, czułam, jak czas jakby cofa się i przyspiesza jednocześnie. Oto znów trzymałam małe dziecko, krew z krwi Elimelecha, nadzieję na przyszłość rodu, który kiedyś wydawał się skazany na wymarcie.
– Patrz, Noemi – powiedziała Rut, stojąc obok mnie i patrząc na małego Jessego. – Oto kolejne pokolenie. Jahwe jest wierny.
– Tak – odpowiedziałam, całując główkę dziecka. – Jahwe jest wierny.
To były moje ostatnie lata. Czułam, jak życie powoli ze mnie uchodzi, jak każdy dzień jest darem, który należy cenić. Ale nie bałam się. Spotkałam się z głodem i stratą, z rozpaczą i samotnością, ale spotkałam się też z miłością i lojalnością, z nadzieją i odnową.
Pewnego wieczoru, gdy siedziałam na dziedzińcu, obserwując zachód słońca, podeszła do mnie Rut. Przez te wszystkie lata pozostała tak samo piękna – może nie tą młodzieńczą, fizyczną urodą, ale pięknem duszy, które promieniowało z jej oczu.
– O czym myślisz, matko? – zapytała, siadając obok mnie.
– O drodze, którą przeszłam – odpowiedziałam. – O głodzie, który wygnał nas z Betlejem. O śmierci, która zabrała mi męża i synów. O powrocie do domu. O tobie, która wybrałaś mnie zamiast swojego ludu. O Boazie, który okazał nam łaskę. O Obedzie, który jest światłem moich oczu. O Jessem, który jest obietnicą przyszłości.
Rut ujęła moją dłoń i ścisnęła ją delikatnie.
– Czy żałujesz czegokolwiek? – zapytała cicho.
Zamyśliłam się. Czy żałowałam wyjazdu do Moabu? Czy żałowałam lat spędzonych na obczyźnie? Czy żałowałam bólu, straty, samotności?
– Nie – odpowiedziałam w końcu. – Jahwe prowadził nas swoimi ścieżkami. Gdybyśmy nie poszli do Moabu, nie poznałabym ciebie. Nie byłoby Obeda, nie byłoby Jessego.
– Jahwe pisze prosto na krzywych liniach – powiedziała Rut, cytując stare powiedzenie.
– Tak – zgodziłam się. – I czasami dopiero patrząc wstecz, możemy dostrzec wzór, który tkał przez całe nasze życie.
Tej nocy, kładąc się do snu, czułam głęboki spokój. Moje życie, które wydawało się tak pełne zakrętów, tak nieprzewidywalne, miało swój cel, swój sens. Byłam częścią większej historii – historii mojego ludu, historii wiary, historii miłości Jahwe do swoich dzieci.
A może… może byłam również częścią jeszcze większej historii, której końca nie mogłam sobie wyobrazić? Może linia, która biegła od Elimelecha, przez Machlona, do Obeda i Jessego, miała przed sobą przyszłość bardziej chwalebną, niż ktokolwiek mógł przypuszczać?
Z tą myślą zasnęłam, a moje sny były pełne obrazów zbóż falujących na wietrze, żniw obfitszych niż kiedykolwiek, i błogosławieństwa, które rozlewało się jak rzeka przez pokolenia, docierając do miejsc i czasów, których nie mogłam sobie wyobrazić.
Epilog: Dziedzictwo Noemi
Wielu lat później, gdy imię Noemi było już tylko wspomnieniem, a jej kości spoczywały obok kości Elimelecha w ziemi Betlejem, pewien stary pasterz opowiadał swoim wnukom historię o starszej kobiecie, która wróciła z obcej ziemi z moabską synową. O tym, jak ta synowa poślubiła Boaza i urodziła syna imieniem Obed. Jak Obed został ojcem Jessego, a Jesse ojcem Dawida – największego króla, jakiego znał Izrael.
– A wiecie – mówił stary pasterz, patrząc na swoich zasłuchanych wnuków – gdyby nie wierność Rut, gdyby nie jej miłość do teściowej, gdyby nie jej odwaga, by porzucić swój lud i przyjąć Boga Izraela, nie byłoby króla Dawida.
– Ale to wszystko zaczęło się od głodu – zauważył jeden z chłopców.
– Tak – potwierdził stary pasterz. – Od głodu, który zmusił pewną rodzinę do opuszczenia Betlejem. Czasami to, co wydaje się nieszczęściem, jest początkiem czegoś wspaniałego. Jahwe widzi dalej niż my. Jego plany są większe niż nasze obawy.
I gdy słońce zachodziło nad wzgórzami Betlejem, dzieci słuchały historii o Noemi, Rut i Boazie – historii o stracie i odnalezieniu, o wierności i miłości, o tym, jak z głodu może zrodzić się obfitość, a z żałoby radość.
A duch Noemi, jeśli można tak powiedzieć, unosił się nad nimi, przypominając, że historie nie kończą się wraz ze śmiercią ich bohaterów, ale żyją dalej, przekazywane z pokolenia na pokolenie, tkając niewidzialną nić, która łączy przeszłość z przyszłością, nadzieję z wypełnieniem, człowieka z Bogiem.
Bo w końcu, czy nie o to właśnie chodzi w życiu? O bycie częścią większej historii, o pozostawienie śladu, który trwa dłużej niż nasze krótkie istnienie? O wiarę, że nawet najciemniejsze chwile mogą prowadzić do światła?
Noemi wiedziała to u kresu swoich dni. I może dlatego mogła odejść w pokoju, ze świadomością, że jej życie, choć pełne bólu i straty, miało swój cel, swój sens, swoje wypełnienie.
A my, słuchając jej historii tysiące lat później, możemy czerpać z niej mądrość i nadzieję, wiarę i siłę. Bo choć czasy się zmieniają, a narody powstają i upadają, prawdy, które odkryła Noemi – o wierności, miłości, odwadze i nadziei – pozostają niezmienne, jak gwiazdy na niebie Betlejem, świecące nad polami, gdzie kiedyś Rut zbierała kłosy na polu Boaza, rozpoczynając nowy rozdział w historii, która miała zmienić świat.
I kto wie? Może właśnie teraz, gdy czytasz te słowa, jesteś w środku swojej własnej historii głodu i straty, swojej własnej podróży z Moabu do Betlejem, swojego własnego powrotu z pustki do pełni? Może Bóg pisze dla ciebie historię, której zakończenia jeszcze nie widzisz?
Jeśli tak, niech historia Noemi będzie dla ciebie zachętą. Bo Bóg, który przeprowadził ją przez najciemniejsze doliny, jest tym samym Bogiem, który prowadzi ciebie dzisiaj.