Listy Marty z Betanii

– korespondencja siostry Łazarza po wskrzeszeniu brata


Do Sary, kuzynki w Jerozolimie

Betania, 15 dzień miesiąca Adar, rok 29

Najdroższa Saro,

Piszę do Ciebie z drżącą ręką i sercem przepełnionym uczuciami, których nie potrafię w pełni opisać. Zapewne dotarły już do Ciebie wieści o tym, co wydarzyło się w naszym domu, ale wieści przekazywane z ust do ust często zmieniają się jak woda w strumieniu. Pragnę, abyś poznała prawdę od kogoś, kto widział wszystko na własne oczy.

Łazarz żyje. Mój brat, który przez cztery dni spoczywał w grobie, znów siedzi przy naszym stole. Oddycha, mówi, je chleb, który wypiekłam dziś rano. Jego dłonie są ciepłe, gdy dotyka mojej ręki. Jest to tak niewiarygodne, że czasem łapię się na tym, że obserwuję go ukradkiem, jakbym spodziewała się, że zniknie lub rozwieje się jak poranny sen.

Wiesz dobrze, jak bardzo kochałyśmy z Marią naszego brata. Gdy zachorował, natychmiast posłałyśmy wiadomość do Jezusa, wierząc, że On – który przywracał wzrok niewidomym i uzdrawiał paralityków – przybędzie i wyleczy go. Ale Jezus nie przyszedł od razu. A Łazarz umarł.

Pamiętam, jak stałam przy jego łożu, trzymając jego dłoń, gdy ostatni oddech opuścił jego ciało. Pamiętam, jak z Marią obmywałyśmy jego ciało, jak nakładałyśmy olejki i zioła, jak owijałyśmy go w całuny, zgodnie ze wszystkimi naszymi zwyczajami. Pamiętam ciężar kamienia, który zamknął wejście do grobowca. Pamiętam pustkę w moim sercu, gdy wracałyśmy z Marią do domu, który nagle wydawał się tak zimny i pusty.

Przez cztery dni siedzieliśmy w żałobie. Odwiedzali nas sąsiedzi i przyjaciele, próbując przynieść pocieszenie. Ale jakie słowa mogą przynieść ulgę, gdy straciło się tak ukochaną osobę?

A potem przyszedł Jezus.

Wybiegłam mu na spotkanie, gdy tylko usłyszałam, że nadchodzi. Moje serce było przepełnione bólem i… tak, Saro, muszę to wyznać, także złością. „Panie”, powiedziałam, „gdybyś tu był, mój brat by nie umarł.” Nawet teraz, gdy piszę te słowa, czuję wstyd. Jak mogłam go oskarżać? Jak mogłam wątpić?

Jezus spojrzał na mnie z miłością, której nie potrafię opisać i powiedział: „Twój brat zmartwychwstanie”. Myślałam, że mówi o dniu ostatecznym, o obietnicy, którą wszyscy znamy. Ale On miał na myśli coś innego, coś, co miało się wydarzyć tego dnia.

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”, powiedział. „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Czy wierzysz w to?”

Wtedy coś we mnie drgnęło, Saro. Jakby świece zapaliły się w ciemnym pomieszczeniu. „Tak, Panie”, odpowiedziałam. „Wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat.”

Potem Maria dołączyła do nas i razem poszliśmy do grobu. Łzy spływały po twarzy Jezusa, gdy stanął przed zapieczętowanym wejściem. Tak, Saro, płakał. Ten, który przywracał wzrok i uzdrawiał chorych, płakał z nami w naszym bólu.

„Odsuńcie kamień”, powiedział.

Zaprotestowałam. „Panie”, powiedziałam, „już cuchnie. Leży tam od czterech dni.” Byłam praktyczna, jak zawsze. Co za ironia – ja, która zawsze zajmuję się domem, sprzątam, gotuję, dbamiąc o wszystkie praktyczne sprawy, próbowałam nauczać Tego, który stworzył wszystko!

Spojrzał na mnie i powiedział: „Czy nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?”

Więc odsunęli kamień. Jezus wzniósł oczy ku niebu i modlił się. A potem zawołał głośno: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”

Saro, nie wiem, jak to opisać. Nastała cisza tak głęboka, że słyszałam bicie własnego serca. A potem… potem pojawił się ruch w ciemności grobu. I Łazarz wyszedł, wciąż owinięty w pogrzebowe płótna, z twarzą przewiązaną chustą. Stał tam, w oślepiającym słońcu, żywy.

„Rozwiążcie go”, powiedział Jezus, „i pozwólcie mu odejść.”

Drżącymi rękoma Maria i ja zdjęłyśmy z niego całuny. Jego skóra była ciepła, oddychał, patrzył na nas żywymi oczami. Nie było śladu rozkładu, żadnego zapachu śmierci – tylko nasz brat, przywrócony do życia.

Od tego dnia nasz dom nie jest taki sam. Ludzie przychodzą z całej okolicy, by zobaczyć na własne oczy naszego brata, który powrócił zza grobu. Niektórzy przychodzą, by uwierzyć, inni – by wątpić i kwestionować. Są też tacy, którzy patrzą na nas z nieufnością, jakbyśmy uczestniczyli w czymś zakazanym.

Ale pośród tego wszystkiego, nasze życie toczy się dalej. Łazarz znowu pracuje w ogrodzie. Ja nadal piekę chleb i sprzątam dom. Maria nadal słucha nauk Jezusa, gdy tylko nas odwiedza. Zmieniło się tylko jedno – teraz wiemy z całą pewnością, że Ten, którego ukochaliśmy, naprawdę jest Panem życia i śmierci.

Przyjedź do nas, Saro. Przyjedź i zobacz na własne oczy. Przyjedź i poznaj Tego, który przywrócił nam brata.

Z miłością, Marta


Do Debory, przyjaciółki rodziny w Galilei

Betania, 5 dzień miesiąca Nisan, rok 29

Droga Deboro,

Dziękuję za Twój list pełen troski i pytań. Tak, to prawda – mój brat Łazarz został przywrócony do życia po czterech dniach w grobie. Nie są to plotki ani przesadzone opowieści, ale wydarzenie, które zmieniło nasze życie na zawsze.

Pytasz, jak Łazarz się czuje po tym wszystkim. To pytanie zadaje wielu, często nie mając odwagi, by zapytać go bezpośrednio. Mój brat jest fizycznie całkowicie zdrowy. Nie ma w nim śladu choroby, która zabrała go do grobu. Je z apetytem, pracuje w ogrodzie, rozmawia z przyjaciółmi. Ale coś w nim się zmieniło. Jest cichszy, bardziej zamyślony. Czasem przyłapuję go, jak siedzi samotnie pod drzewem oliwnym, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.

Gdy pytam, co pamięta z tych czterech dni, jego twarz przybiera wyraz, którego nie potrafię opisać – mieszaninę pokoju i tęsknoty. „Nie mam słów, by to opisać, Marto”, odpowiada zawsze. I widzę w jego oczach, że naprawdę nie ma takich słów w naszym języku.

Pytasz też, czy się boimy. Tak, czasem odczuwam strach. Nie z powodu Łazarza – jak mogłabym bać się cudu, który przywrócił mi brata? Boję się reakcji innych. Niektórzy członkowie Sanhedrynu przychodzili do naszego domu, zadawali pytania, przyglądali się Łazarzowi jak rzadkiemu okazowi w ogrodzie botanicznym. W ich oczach widzę niepokój, czasem wrogość. Słyszałam, że niektórzy z nich uważają, iż Łazarz powinien zostać… Nie, nie mogę nawet zapisać tych słów. Jak można chcieć zabić kogoś, kto już raz został przywrócony z martwych?

Ale mimo tych obaw, nasz dom przepełnia radość. Maria śpiewa, pracując przy tkackim warsztacie. Łazarz znów się śmieje, choć jego śmiech ma teraz nową głębię. A ja… ja czuję, jakbym dostała nową szansę, by docenić każdą chwilę z moim bratem.

Jezus odwiedził nas kilka dni temu. Przygotowaliśmy ucztę na Jego cześć – najmniejsze, co mogliśmy zrobić dla Tego, który zwrócił nam brata. Maria, w swoim typowym stylu, wylała na Jego stopy cały flakon drogocennego olejku nardowego. Judasz, jeden z Jego uczniów, krytykował ją za marnotrawstwo, twierdząc, że olejek można było sprzedać i rozdać biednym. Ale Jezus stanął w jej obronie, mówiąc coś, co mnie zaniepokoiło: „Biednych zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze będziecie mieć.”

Jego słowa wydają się sugerować, że wkrótce nas opuści. Wyczuwam w nich zapowiedź czegoś mrocznego. Atmosfera w Jerozolimie staje się coraz bardziej napięta. Ludzie mówią o Jezusie jako o królu, ale inni patrzą na Niego z nienawiścią. Boję się, Deboro. Boję się o Niego, o mojego brata, o naszą przyszłość.

Ale równocześnie czuję w sobie nową siłę. Po tym, co widziałam – po tym, jak mój brat wyszedł z grobu na wezwanie Jezusa – jak mogłabym wątpić, że wszystko jest w Jego rękach?

Przyjedź do nas, jeśli tylko możesz. Przyjedź, by zobaczyć na własne oczy cud, który wydarzył się w naszym domu. Przyjedź, by poznać Tego, który ma władzę nad śmiercią.

Twoja przyjaciółka, Marta


Do Rut, handlarki z Jerozolimy

Betania, 12 dzień miesiąca Nisan, rok 29

Szanowna Rut,

Piszę w sprawie zamówienia, które złożyłam na płótna i przyprawy. Wiem, że to nietypowa prośba, ale chciałabym podwoić ilość wszystkich zamówionych towarów. Spodziewamy się więcej gości niż zwykle w nadchodzących dniach.

Zapewne słyszałaś już o wydarzeniach w naszym domu. Mój brat Łazarz, który zmarł i spoczywał w grobie przez cztery dni, został przywrócony do życia przez Jezusa z Nazaretu. Od tego czasu nasz dom stał się miejscem pielgrzymek. Ludzie przychodzą z całej okolicy, by zobaczyć Łazarza, by usłyszeć jego historię, by choć na chwilę dotknąć cudu.

Nie szukaliśmy tej uwagi, Rut. Znasz mnie – zawsze wolałam zajmować się domem, dbać o praktyczne sprawy, podczas gdy moja siostra Maria siedziała u stóp nauczycieli. Teraz jednak nasze spokojne życie zostało wywrócone do góry nogami. Muszę znaleźć miejsce do spania dla gości, nakarmić ich, zadbać o ich potrzeby. Stąd moja prośba o dodatkowe zapasy.

Ale jest coś więcej, czego nie mówię innym. Przygotowuję się. W powietrzu wisi coś mrocznego. Widziałam spojrzenia niektórych członków Sanhedrynu, gdy przychodzili zobaczyć Łazarza. Słyszałam szepty o planach uciszenia prawdy o tym cudzie. Jezus mówi coraz częściej o swojej śmierci, choć Jego uczniowie zdają się tego nie rozumieć.

Coś się zbliża, Rut. Coś, czego nie potrafię nazwać, ale co czuję w kościach. I choć nie rozumiem wszystkiego, co się dzieje, wiem jedno – muszę być przygotowana. Muszę zadbać o tych, których kocham, w sposób, który najlepiej znam – zapewniając im to, czego potrzebują.

Jeśli zdobędziesz dla mnie te dodatkowe zapasy, będę Ci wdzięczna. Przyślę Łazarza, by odebrał je pojutrze. Tak, mojego brata, który chodził ścieżkami śmierci i powrócił. Rozpoznasz go łatwo – to ten, z którego oczu spogląda teraz wieczność.

Z szacunkiem, Marta z Betanii


Do Joanny, przyjaciółki w Jerychu

Betania, 14 dzień miesiąca Nisan, rok 29

Najdroższa Joanno,

Piszę do Ciebie w pośpiechu, przygotowując nasz dom na święto Paschy. Dochodzą do nas niepokojące wieści z Jerozolimy, a moje serce jest niespokojne.

Jezus wjechał do Jerozolimy w zeszłym tygodniu, witany przez tłumy jak król. Ludzie ścielili przed Nim płaszcze i gałązki palm, wołając: „Hosanna Synowi Dawida!”. Maria i ja patrzyłyśmy na to z mieszaniną radości i lęku. To, o czym zawsze marzył nasz lud – przyjście Mesjasza – wydawało się spełniać na naszych oczach. A jednak w oczach Jezusa widziałam smutek, jakby wiedział, że te same głosy, które teraz wiwatują, wkrótce będą wołać o coś zupełnie innego.

Łazarz stał się teraz znakiem, który jedni czczą, a inni próbują zniszczyć. Mój brat, mój cichy, dobry brat, który nigdy nie pragnął być w centrum uwagi, stał się dowodem na moc Jezusa. I właśnie dlatego niektórzy chcą, by zniknął.

Wczoraj Jezus przysłał do nas swoich uczniów z prośbą o przygotowanie wieczerzy paschalnej. Moje ręce drżały, gdy piekłam chleb i przygotowywałam potrawy. Czułam, że będzie to wyjątkowy posiłek, choć nie wiedziałam dlaczego.

Dziś rano Maria wróciła z miasta z wieściami, które mrożą krew. Podobno Judasz, jeden z uczniów Jezusa – ten sam, który krytykował Marię za wylanie olejku na stopy Mistrza – zawarł jakiś układ z arcykapłanami. Mówią o zdradzie, o srebrnikach, o aresztowaniu.

Nie chcę w to wierzyć, Joanno. Jak ktoś, kto chodził z Jezusem, kto widział Jego cuda, kto był świadkiem wskrzeszenia Łazarza, mógłby Go zdradzić? A jednak strach ściska moje serce.

Jezus wielokrotnie mówił o swojej śmierci, ale nie chcieliśmy tego słuchać. Teraz Jego słowa wracają do mnie. Czuję, że nadchodzą mroczne dni.

Muszę kończyć – słyszę pukanie do drzwi. Kolejni goście, kolejne przygotowania. Robię to, co zawsze robiłam – troszczę się o praktyczne sprawy, podczas gdy świat wokół mnie wydaje się chwiać w posadach.

Módl się za nas, Joanno. Módl się za naszego Mistrza.

W pośpiechu, Marta


Do Elżbiety, siostry matki w Nazarecie

Betania, 16 dzień miesiąca Nisan, rok 29

Droga Ciociu Elżbieto,

Piszę do Ciebie z sercem ciężkim od bólu i oszołomionym umysłem. Wydaje mi się, że to wszystko to koszmarny sen, z którego zaraz się obudzę. Ale to rzeczywistość, której nie mogę zmienić, choćbym nie wiem jak bardzo pragnęła.

Jezus nie żyje. Został ukrzyżowany przedwczoraj, w przeddzień szabatu. Ten, który przywrócił mojego brata do życia, sam został zabrany przez śmierć w najbardziej okrutny i haniebny sposób.

Dowiedziałyśmy się o Jego aresztowaniu od Jana, Jego umiłowanego ucznia. Przybiegł do nas w środku nocy, zlany zimnym potem, mówiąc, że Jezus został pojmany w Getsemani, zdradzony przez Judasza. Maria natychmiast chciała biec do miasta, ale zatrzymałam ją. Co moglibyśmy zrobić przeciwko rzymskim żołnierzom, przeciwko Sanhedrynowi? A mimo to, moje serce krzyczało, by być przy Nim, by nie zostawiać Go samego.

O świcie udało nam się dostać do domu arcykapłana, gdzie odbywało się przesłuchanie. Tłoczyliśmy się w dziedzińcu z innymi kobietami, drżąc nie tylko z zimna poranka, ale także ze strachu. Słyszeliśmy krzyki, oskarżenia. Potem zobaczyliśmy Go, jak wyprowadzali Go na zewnątrz. Jego twarz była opuchnięta od uderzeń, ale w Jego oczach, gdy przez moment spojrzał w naszą stronę, nie było gniewu ani strachu – tylko głęboki spokój i… tak, miłość.

Później był Piłat, był Herod, byli żołnierze, biczowanie, korona z cierni. Byliśmy tam, na ile pozwalano nam się zbliżyć. Widziałam Jego matkę, Maryję – jej twarz wykrzywioną bólem tak wielkim, że nie do opisania. Trzymałyśmy ją, gdy nogi uginały się pod nią.

A potem była droga na Golgotę i krzyż. Czy kiedykolwiek wyobrażałaś sobie, że będziesz świadkiem ukrzyżowania kogoś, kogo kochasz? To nie jest coś, do czego można się przygotować. Żaden opis nie odda makabry tej kary, krzyków, zapachu krwi, widoku ciała rozciągniętego i przybitego do drewna jak… Nie, nie mogę tego zapisać.

Jan zabrał Jego matkę do swojego domu, jak prosił Jezus z krzyża. Maria i ja zostałyśmy do końca, razem z Marią Magdaleną i kilkoma innymi kobietami. Wtedy, gdy słońce przestało świecić i zapadła dziwna ciemność, On zawołał głośno i oddał ducha.

Józef z Arymatei, ten sam, który wielokrotnie odwiedzał nas po wskrzeszeniu Łazarza, poprosił Piłata o ciało Jezusa. Wraz z Nikodemem owinęli Go w płótna nasączone mirrą i aloesem – prawie sto funtów! – i złożyli w nowym grobie wykutym w skale niedaleko miejsca ukrzyżowania. Wszystko działo się w pośpiechu z powodu zbliżającego się szabatu. Zatoczyliśmy kamień na wejście do grobu i wróciliśmy do domu, by obchodzić najsmutniejszy szabat w naszym życiu.

Łazarz milczał przez cały ten czas. Czy można sobie wyobrazić, co czuje człowiek, który został wyrwany z objęć śmierci, widząc, jak Ten, który go wskrzesił, sam umiera? Siedział w kącie naszego domu, z twarzą ukrytą w dłoniach, i nie chciał ani jeść, ani mówić.

Dziś, gdy świt rozjaśnił niebo, Maria Magdalena przybiegła do nas, krzycząc coś, co początkowo wzięłam za majaczenie zrozpaczonej kobiety. Mówiła, że grób jest pusty, że widziała Jezusa, że rozmawiał z nią. Pobiegłyśmy tam razem z Piotrem i Janem. Grób rzeczywiście był pusty. Płótna leżały złożone, a chusta, która okrywała Jego głowę, była zwinięta i położona osobno.

Nie rozumiemy, co się stało. Czy ciało zostało zabrane? Ale kto miałby to zrobić i po co? I dlaczego tak starannie złożono płótna pogrzebowe? A słowa Marii… Czy to możliwe? Czy On, który wyrwał Łazarza ze szponów śmierci, sam mógł je przezwyciężyć?

Mój umysł, zawsze praktyczny i przyziemny, walczy z tymi pytaniami. Ale moje serce… moje serce zaczyna wypełniać się czymś, co przypomina nadzieję.

Będę pisać, gdy tylko dowiem się czegoś więcej. Proszę, przekaż wieści Jego matce, jeśli masz z nią kontakt. Ona ze wszystkich nas najbardziej potrzebuje teraz jakiegokolwiek promyka nadziei.

Z miłością, Marta


Do Marii Magdaleny

Betania, 18 dzień miesiąca Nisan, rok 29

Najdroższa Mario,

Muszę to zapisać, choć moje ręce drżą tak bardzo, że ledwo utrzymuję stylus. To, co wydawało się końcem, okazało się początkiem czegoś, czego nie potrafię jeszcze w pełni pojąć.

Jezus żyje.

Widzieliśmy Go wczoraj wieczorem. Przyszedł do naszego domu, choć drzwi były zamknięte z obawy przed tymi, którzy mogliby nas oskarżyć o kradzież Jego ciała. Po prostu nagle stanął pośród nas, tak realny, jak ty czy ja.

Nie był zjawą ani duchem – widziałam wyraźnie ślady po gwoździach na Jego rękach, a gdy zaprosiliśmy Go do stołu, jadł z nami, jak zawsze. Jego głos, Jego uśmiech, Jego oczy – wszystko było takie jak zawsze, a jednak inaczej. Jest w Nim teraz jakaś nowa jakość, którą trudno opisać – jakby światło świeciło nie tylko na Niego, ale z Jego wnętrza.

Łazarz patrzył na Niego bez zdziwienia, z głębokim zrozumieniem. Oni dwaj dzielą teraz doświadczenie, którego nikt z nas nie może pojąć – obaj przeszli przez bramy śmierci i powrócili.

Mario, pamiętasz nasze rozmowy o zmartwychwstaniu sprawiedliwych w dniu ostatecznym? To zawsze wydawało się odległą obietnicą, czymś, co nastąpi w nieokreślonej przyszłości. Ale teraz? Teraz widzieliśmy namacalny dowód, że śmierć nie jest końcem. Najpierw mój brat, a teraz nasz Pan – obaj pokazali, że grób nie ma ostatniego słowa.

Jezus rozmawiał z nami długo, wyjaśniając pisma, które wcześniej wydawały się niejasne. Mówił o swojej śmierci jako o koniecznej ofierze, o wypełnieniu proroctw. Mówił o początkującym Królestwie, które nie jest z tego świata. Wiele z Jego słów wciąż jest dla mnie tajemnicą, ale jedno wiem z całą pewnością – nic już nie będzie takie samo.

Wiem, że ty również Go widziałaś, jako pierwsza przy grobie. Wiem, że inni uczniowie również mieli swoje spotkania z Nim. Każde z tych spotkań jest jak kamień w fundamentach czegoś nowego, co zaczyna się budować.

Czy pamiętasz, jak kiedyś przygotowywałam posiłek, krzątając się po kuchni, podczas gdy ty siedziałaś u Jego stóp? Jak bardzo byłam zaabsorbowana codziennymi sprawami, jak zirytowana twoim pozornym lenistwem? Teraz rozumiem, co wtedy powiedział – że wybrałaś lepszą cząstkę. Ale myślę, że teraz jest czas na obie te części. Musimy zarówno słuchać i rozumieć duchowe prawdy, które nam objawił, jak i działać w świecie, żyć według tych prawd na co dzień.

Jezus powiedział, że nie zostanie z nami na długo w tej formie. Mówił o powrocie do Ojca, o zesłaniu Ducha, który będzie nas prowadził. Nie rozumiem jeszcze w pełni, co to oznacza, ale wiem, że niezależnie od tego, czy widzimy Go fizycznie, czy nie, On jest z nami.

Jedno jest pewne, Mario – wieść o Jego zmartwychwstaniu rozprzestrzeni się jak ogień. Już teraz ludzie przychodzą do naszego domu, by usłyszeć naszą historię. Niektórzy wierzą od razu, inni odchodzą kręcąc głowami z niedowierzaniem. Ale prawda pozostaje prawdą, niezależnie od tego, czy jest przyjęta, czy odrzucona.

Mój brat Łazarz został wskrzeszony jako znak, zapowiedź tego, co miało nadejść. Ale zmartwychwstanie Jezusa jest czymś więcej – to nie tylko przywrócenie życia, to transformacja, to początek nowej rzeczywistości, która jest wśród nas, choć jeszcze nie w pełni objawiona.

Piszę to wszystko, bo wiem, że ty, ze wszystkich ludzi, zrozumiesz. Ty, która tak Go kochałaś, która zostałaś przy Nim aż do końca, która szukałaś Go nawet w grobie. Jego pierwsze słowa po zmartwychwstaniu były skierowane do ciebie. To nie jest przypadek, Mario. Twoja miłość i wierność zostały dostrzeżone i nagrodzone.

Zostań z nami jeszcze przez kilka dni. Mamy wiele do omówienia, wiele do zrozumienia wspólnie. A poza tym, czuję, że On może znów nas odwiedzić. I chcę, żebyśmy wszyscy, którzy Go kochamy, byli razem, gdy to nastąpi.

Z miłością i nadzieją, Marta


Do Rubena, kupca z Damaszku

Betania, 5 dzień miesiąca Ijar, rok 29

Szanowny Rubenie,

Piszę w sprawie naszych planowanych interesów handlowych. Jak wiesz, od lat nasza rodzina eksportuje oliwę i wino z naszych niewielkich posiadłości do Damaszku. Zawsze ceniłam sobie naszą współpracę i uczciwe warunki, jakie oferowałeś.

Jednak muszę Cię poinformować, że w najbliższym czasie nie będziemy w stanie dostarczyć uzgodnionych wcześniej ilości towaru. Powody tego są nadzwyczajne i wiem, że jako człowiek rozsądny i doświadczony w interesach, zrozumiesz naszą sytuację.

Nasza rodzina przechodzi przez okres głębokich przemian. Zapewne dotarły już do Ciebie wieści o tym, co wydarzyło się w Jerozolimie w czasie ostatniego święta Paschy – o nauczycielu imieniem Jezus, który został ukrzyżowany, a potem, jak wielu świadków zaświadcza, powstał z martwych. To, co mogło dotrzeć do Ciebie jako odległa plotka, dla nas jest rzeczywistością, która odmieniła nasze życie.

Ten nauczyciel był naszym przyjacielem. To On przywrócił mojego brata Łazarza do życia po czterech dniach w grobie – cud, który widziało wielu świadków. To w naszym domu często gościł, odpoczywał i nauczał. A teraz, po Jego zmartwychwstaniu, nasz dom stał się jednym z miejsc, gdzie gromadzą się Jego uczniowie.

Wiele osób przychodzi do nas, by usłyszeć o cudach, których byliśmy świadkami. Przychodzą, by zobaczyć Łazarza, dotknąć żywego dowodu mocy Jezusa. Niektórzy zostają na kilka dni, inni osiedlają się w pobliżu. Nasza posiadłość stała się miejscem, gdzie ludzie modlą się, uczą się nowej drogi życia i dzielą się wszystkim, co mają.

Z tego powodu nasze gospodarstwo nie działa obecnie tak, jak działało przez lata. Nie skupiamy się już wyłącznie na produkcji i handlu. Wielu pracowników naszych sadów i winnic spędza teraz czas na słuchaniu nauk i dzieleniu się dobrą nowiną o Jezusie z tymi, którzy przychodzą.

Nie oznacza to, że zaprzestaliśmy całkowicie naszej pracy. Wciąż uprawiamy ziemię, zbieramy oliwki, produkujemy wino. Ale robimy to teraz z inną świadomością i w innym celu. To, co wytwarzamy, służy przede wszystkim utrzymaniu rosnącej społeczności, która gromadzi się wokół nas.

Rozumiem, że jako człowiek interesu możesz być rozczarowany tą zmianą w naszych ustaleniach. Zaoferowałabym Ci rekompensatę, ale prawda jest taka, że większość naszych oszczędności została już przeznaczona na potrzeby tej nowej społeczności. Zamiast tego, chciałabym zaproponować coś innego.

Jeśli kiedykolwiek Twoje interesy przywiodą Cię do Judei, zapraszam Cię do naszego domu. Nie jako partnera handlowego, ale jako gościa. Przyjdź, zobacz, posłuchaj. To, co tutaj się dzieje, wykracza poza interesy, pieniądze, zwykłe życie. Jest to początek czegoś, co, jak wierzę, zmieni świat.

Jeśli po tej wizycie nadal będziesz zainteresowany współpracą handlową, znajdziemy sposób, by ją kontynuować, choć zapewne na mniejszą skalę niż dotychczas. Jeśli nie – zrozumiem i nie będę miała żalu.

Życzę Ci wszelkiej pomyślności w Twoich przedsięwzięciach i mam nadzieję, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują, choć być może w zupełnie inny sposób niż dotychczas.

Z szacunkiem, Marta z Betanii


Do Rabina Gamaliel

Betania, 20 dzień miesiąca Ijar, rok 29

Czcigodny Nauczycielu Gamaliel,

Piszę do Ciebie, wiedząc, że jesteś człowiekiem mądrym i sprawiedliwym, a Twoja opinia jest szanowana nawet przez tych, którzy nie zgadzają się z Tobą. Słyszałam o Twojej radzie danej Sanhedrynowi w sprawie uczniów Jezusa – by pozostawić ich w spokoju, gdyż jeśli ich dzieło jest z ludzi, upadnie samo, a jeśli z Boga, nie zdołacie go zniszczyć. Ta mądrość daje mi odwagę, by zwrócić się do Ciebie.

Nie jestem uczoną w Piśmie. Jestem zwykłą kobietą, która zajmuje się domem, gotuje posiłki, dogląda sadu oliwnego – praktycznymi sprawami tego świata. Ale wydarzenia ostatnich miesięcy sprawiły, że zadaję sobie pytania, które wykraczają poza moje codzienne obowiązki.

Mój brat Łazarz został wskrzeszony z martwych przez Jezusa z Nazaretu po czterech dniach w grobie. Nie jest to plotka ani przesada – byłam tam, widziałam jego ciało przed złożeniem do grobu, uczestniczyłam w pogrzebie, a potem, na wezwanie Jezusa, zobaczyłam, jak wychodzi z grobowca, żywy i zdrowy. Wielu świadków, w tym niektórzy członkowie Sanhedrynu, również to widziało.

Później Jezus został ukrzyżowany, umarł i został pochowany. A trzy dni później grób był pusty, a On sam ukazał się wielu, w tym mnie i mojej rodzinie. Jadł z nami, rozmawiał, pozwalał się dotykać. Nie był duchem ani zjawą, ale ciałem, choć ciałem innym niż wcześniej – ciałem, które nie podlegało już ograniczeniom śmierci.

Pytam więc: Jak mam rozumieć te wydarzenia w świetle naszej wiary? Nasi ojcowie nauczali o zmartwychwstaniu sprawiedliwych w dniu ostatecznym. Ale to, co widziałam, wydarzyło się teraz, w naszych czasach. Czy to oznacza, że obietnica już się wypełnia? Czy czas ostateczny jest bliżej, niż sądziliśmy?

I jeszcze jedno pytanie, które spędza mi sen z powiek: Jeśli Jezus naprawdę jest Mesjaszem, jak twierdził, dlaczego nasi przywódcy Go odrzucili? Dlaczego ci, którzy najlepiej znają Pisma, nie rozpoznali w Nim wypełnienia proroctw?

Wiem, że to trudne pytania, a ja jestem tylko kobietą bez formalnego wykształcenia w prawie. Ale jestem też świadkiem wydarzeń, które wstrząsnęły moim rozumieniem świata i wiary. I wierzę, że Ty, jako człowiek mądry i uczciwy, rozważysz te kwestie z otwartym umysłem.

Nie oczekuję natychmiastowej odpowiedzi ani deklaracji wiary. Proszę jedynie o rozważenie tych spraw i, jeśli uznasz za stosowne, o radę dla kogoś, kto znalazł się w centrum wydarzeń, które wydają się wypełnieniem najgłębszych obietnic naszej wiary.

Z szacunkiem i wdzięcznością za Twoją mądrość, Marta z Betanii


Do Lei, przyjaciółki z dzieciństwa

Betania, 3 dzień miesiąca Siwan, rok 29

Najdroższa Lei,

Minęło tyle czasu od naszego ostatniego spotkania! Wciąż pamiętam, jak jako dziewczynki biegałyśmy między drzewami oliwnymi w naszym sadzie, zbierałyśmy kwiaty na wieńce i marzyłyśmy o tym, jak będzie wyglądać nasze dorosłe życie. Czy mogłyśmy wtedy przewidzieć, gdzie znajdziemy się teraz?

Życie potoczyło się inaczej, niż planowałam. Nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci – zamiast tego zajmuję się domem, gdzie mieszkam z moim bratem i siostrą. Przez lata myślałam, że to wszystko, co będzie mi dane – codzienna rutyna gotowania, sprzątania, doglądania gospodarstwa. I nie pojmij mnie źle – znajdowałam w tym satysfakcję. Zawsze lubiłam porządek, zawsze czerpałam radość z dobrze wykonanej pracy.

Ale teraz… teraz wszystko się zmieniło. Mój dom stał się miejscem zgromadzeń, centrum czegoś nowego i niezwykłego. Ludzie przychodzą z całej okolicy, by usłyszeć o Jezusie, o Jego naukach, o Jego zmartwychwstaniu. Przychodzą, by zobaczyć Łazarza, dotknąć żywego dowodu mocy Jezusa.

Nasza społeczność rośnie. Już nie jesteśmy tylko rodziną, ale częścią większej całości. Dzielimy się wszystkim – jedzeniem, schronieniem, naszą wiarą. Przypomina to trochę obóz podczas święta, ale taki, który nie kończy się po kilku dniach.

Co najbardziej zaskakujące, ja – Marta, ta praktyczna, zawsze zajęta Marta – teraz też nauczam. Opowiadam kobietom o Jezusie, o tym, co widziałam, czego doświadczyłam. One słuchają mnie z taką samą uwagą, z jaką kiedyś my słuchałyśmy starszych kobiet w naszej wiosce.

Wiem, że niektórzy patrzą na nas z podejrzliwością. Nasz dom nie wygląda już jak tradycyjny żydowski dom. Nasze praktyki religijne zmieniły się. Nadal przestrzegamy Prawa, nadal obchodzimy święta, ale teraz wszystko to ma nowe znaczenie, nowy wymiar.

Łazarz mówi, że jesteśmy jak nowe wino, które potrzebuje nowych bukłaków. Stare formy nie mogą już pomieścić tego, co przeżywamy. I ma rację. To, czego doświadczyliśmy, nie mieści się w starych kategoriach, wymaga nowego języka, nowych form wyrazu.

Pamiętasz, jak zawsze byłam tą odpowiedzialną, tą, która martwiła się o każdy szczegół? Nadal taka jestem. Ale teraz moje zmartwienia dotyczą innych spraw. Martwię się o to, jak nakarmić wszystkich, którzy przychodzą. Martwię się o tych, którzy opuścili swoje domy i rodziny, by dołączyć do nas. Martwię się o wrogość, którą czasem spotykamy.

Ale pośród tych trosk jest radość, której nigdy wcześniej nie znałam. Radość dzielenia się, dawania, bycia częścią czegoś większego niż ja sama. Radość wiedzy, że śmierć nie jest końcem, że miłość jest silniejsza niż grób.

Czasem tęsknię za prostszym życiem, które kiedyś prowadziłam. Za ciszą pustego domu, za przewidywalnością dni, które płynęły jeden za drugim w znanym rytmie. Ale nie zamieniłabym tego, co mam teraz, na tamto życie. Bo teraz mam nadzieję, która wykracza poza codzienność. Mam społeczność, która stała się nową rodziną. I mam pewność, że nawet jeśli umrę, to nie będzie koniec.

Czy to ma dla Ciebie sens, Lei? Czy potrafisz zrozumieć, jak bardzo zmieniło się moje życie? Chciałabym, żebyś mogła przyjechać i zobaczyć to na własne oczy. Zobaczyć, jak wygląda dom pełen ludzi zjednoczonych we wspólnej wierze. Zobaczyć, jak wygląda mój brat, który przeszedł przez śmierć i powrócił. Zobaczyć, jak wygląda twoja przyjaciółka Marta, która znalazła coś więcej niż tylko codzienne obowiązki.

Przyjedź do nas, jeśli możesz. Dom zawsze będzie otwarty dla Ciebie.

Z miłością, Marta


Do Marii, siostry

Jerozolima, 12 dzień miesiąca Siwan, rok 29

Najdroższa siostro,

Piszę do Ciebie z Jerozolimy, gdzie przybyłam z Piotrem i kilkoma innymi uczniami. Miasto jest pełne ludzi, którzy przybyli na święto Szawuot. Atmosfera jest napięta – władze wciąż są czujne po wydarzeniach związanych z Jezusem, a my staramy się nie przyciągać zbyt wiele uwagi.

Tęsknię za domem, za Tobą i Łazarzem. Tęsknię za naszym ogrodem, za zapachem świeżo pieczonego chleba, za poczuciem bezpieczeństwa, które zawsze dawały mi nasze znajome ściany. Ale wiem, że muszę tu być. To, co się dzieje, jest zbyt ważne, by pozostać z boku.

Uczniowie zgromadzili się w górnej izbie domu, tego samego, gdzie Jezus spożył z nimi ostatnią wieczerzę. Modlimy się, czekamy, zgodnie z Jego poleceniem. Na co? Nie jestem pewna. Mówił o Duchu, który miał przyjść, o mocy z wysokości. Piotr wydaje się rozumieć więcej niż pozostali, ale nawet on ma więcej pytań niż odpowiedzi.

Dziwne uczucie – być tutaj, w mieście, gdzie Jezus został ukrzyżowany, gdzie każdy zakręt ulicy przypomina mi o tamtych strasznych dniach. A jednocześnie czuć Jego obecność silniej niż kiedykolwiek, jakby był tuż obok, choć niewidzialny.

Zastanawiam się, co by powiedział, widząc mnie tutaj. Ja, Marta, zawsze zajęta domem, teraz siedzę wśród Jego uczniów, czekając na wypełnienie obietnicy, której nie rozumiem. Czy uśmiechnąłby się, widząc, jak wreszcie wybrałam to, co nazwał „lepszą cząstką”? Czy jest ze mnie dumny?

Myślę o naszych rozmowach, o Jego spojrzeniu, gdy powiedział mi: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Wtedy te słowa były dla mnie tajemnicą. Teraz, po wszystkim, co się wydarzyło, zaczynam je rozumieć. Nie chodzi tylko o przywrócenie do życia, jak w przypadku Łazarza. Chodzi o nowy rodzaj życia, które zaczyna się tutaj i teraz, a potem trwa wiecznie.

Uczniowie mówią, że gdy Duch przyjdzie, wszystko stanie się jasne. Że będziemy mieć odwagę i moc, by głosić dobrą nowinę o Jezusie nie tylko w Jerozolimie, ale w całej Judei, Samarii i aż po krańce ziemi. Brzmi to jak ogromne zadanie dla garstki prostych ludzi. Ale Jezus dał im obietnicę, a ja widziałam na własne oczy, że Jego obietnice się wypełniają.

Wrócimy do domu za kilka dni, po święcie. Nie wiem, co się wydarzy do tego czasu, ale czuję, że coś się zbliża. Coś, co zmieni nas wszystkich. I choć część mnie tęskni za zwykłym życiem, za kuchnią, sprzątaniem, praniem – tym, co zawsze dawało mi poczucie kontroli i porządku – inna część chce być częścią tego, co nadchodzi, nawet jeśli oznacza to wkroczenie w nieznane.

Dbaj o Łazarza. Dbaj o nasz dom i o tych, którzy tam przebywają. Niedługo znów będziemy razem, być może już odmienieni przez to, co Bóg przygotował.

Z miłością, Twoja siostra Marta


Do Piotra, ucznia Jezusa

Betania, 25 dzień miesiąca Siwan, rok 29

Drogi Piotrze,

Piszę do Ciebie z Betanii, gdzie wróciliśmy po niezwykłych wydarzeniach w Jerozolimie. Nasz dom znów jest pełen ludzi, ale teraz jest między nimi nowa więź, której nie potrafię opisać inaczej niż jako dar Ducha, którego otrzymaliśmy.

Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co przeżyliśmy. Szum wiatru wypełniający dom, języki jakby z ognia spoczywające na każdym z nas, a potem ta niezwykła zdolność mówienia językami, których nigdy się nie uczyliśmy! Ja, prosta kobieta z Betanii, nagle przemówiłam w języku odległego kraju, a ludzie słuchali i rozumieli!

A potem Twoje kazanie na dziedzińcu świątyni… Pamiętam, jak drżałeś ze strachu, gdy pojmano Jezusa. Jak zaparłeś się Go trzykrotnie. A teraz? Stałeś przed tłumem jak prorok, mówiłeś z mocą, której nigdy wcześniej u Ciebie nie widziałam. I trzy tysiące ludzi uwierzyło tego dnia!

Wróciłam do Betanii pełna entuzjazmu i determinacji. Nasz dom stał się teraz czymś więcej niż tylko miejscem spotkań – stał się centrum nowej społeczności. Każdego dnia dzielimy się chlebem, modlimy się, uczymy się od tych, którzy byli najbliżej Jezusa.

Ale być może największą zmianą jest to, co dzieje się z Łazarzem. Mój brat, zawsze cichy i zamyślony, teraz przemawia z nową mocą. Opowiada o swojej podróży przez śmierć i z powrotem, o tym, co widział i czego doświadczył. Ludzie przychodzą z daleka, by go słuchać. Niektórzy płaczą, niektórzy pytają, niektórzy od razu wierzą.

Wiem, że nasze doświadczenie w Jerozolimie to dopiero początek. Że droga, na którą wkroczyliśmy, będzie pełna wyzwań. Już teraz docierają do nas wieści o niezadowoleniu władz, o pierwszych próbach uciszenia tych, którzy głoszą dobrą nowinę o Jezusie.

Ale ja, Marta – ta sama Marta, która zawsze martwiła się o każdy najmniejszy szczegół – teraz czuję spokój, jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Duch, którego otrzymaliśmy, daje nam siłę i odwagę, których potrzebujemy na tej drodze.

Wiem, że wkrótce wyruszysz z Jerozolimy, by głosić dobrą nowinę w innych miejscach. Chcę, żebyś wiedział, że nasz dom w Betanii zawsze będzie dla Ciebie otwarty. To miejsce, gdzie Jezus często znajdował odpoczynek i przyjaźń. I miejsce, gdzie Jego uczniowie zawsze będą mile widziani.

Modlę się za Ciebie, za Twoje bezpieczeństwo i sukces Twojej misji. Niech Duch, którego otrzymaliśmy, prowadzi Cię i chroni.

Z miłością w Chrystusie, Marta z Betanii


Do uczniów w Antiochii

Betania, 10 dzień miesiąca Tiszri, rok 30

Drodzy Bracia i Siostry w Antiochii,

Piszę do Was z Betanii, gdzie mój brat Łazarz, moja siostra Maria i ja pozostajemy w służbie Pana. Bartłomiej, który przywiezie Wam ten list, opowiadał nam o Waszej wspólnocie, o Waszej wierze i miłości, o tym, jak przyjmujecie zarówno Żydów, jak i Greków do jednej rodziny w Chrystusie. Jego opowieści napełniły nas radością i wdzięcznością.

Minął ponad rok od dnia, gdy Duch zstąpił na nas w Jerozolimie. Rok pełen cudów, wyzwań, radości i smutków. Dobra nowina o Jezusie rozprzestrzenia się jak ogień na wietrze, docierając do miejsc, o których istnieniu niektórzy z nas nawet nie wiedzieli.

Nasz dom w Betanii, gdzie Jezus często przebywał, stał się miejscem spotkań dla uczniów i tych, którzy chcą poznać drogę Pana. Dzielimy się wszystkim – jedzeniem, schronieniem, naszą wiarą. Każdego dnia łamiemy chleb, modlimy się, nauczamy i uczymy się nawzajem.

Być może słyszeliście historię mojego brata Łazarza, którego Jezus wskrzesił po czterech dniach w grobie. Ten cud stał się jednym z najbardziej znanych znaków mocy naszego Pana. Teraz Łazarz świadczy o tym, co widział i doświadczył, ludziom przychodzącym z bliska i daleka.

Ja, Marta, kiedyś tak zajęta pracami domowymi, że prawie przegapiłam to, co najważniejsze, teraz znajduję radość w służbie innego rodzaju. Nadal gotuję, sprzątam, dbam o praktyczne aspekty życia naszej wspólnoty – ale teraz robię to z nową świadomością, w nowym duchu. Każdy posiłek, który przygotowuję, przypomina mi o chlebie życia, którym jest Jezus. Każde posprzątane pomieszczenie jest jak serce oczyszczone przez Jego przebaczenie.

Moja siostra Maria, która zawsze wybierała siedzenie u stóp Jezusa ponad pracami domowymi, teraz dzieli się Jego naukami z innymi kobietami, szczególnie z tymi, które nigdy nie miały szansy uczyć się Pisma. Widok młodych dziewcząt chłonących słowa życia napełnia moje serce radością.

Dotarły do nas wieści o prześladowaniach w Jerozolimie, o ukamienowaniu Szczepana, o rozproszeniu wielu wierzących. Niektórzy znaleźli schronienie w naszym domu, inni wyruszyli dalej, niosąc ze sobą świadectwo o Jezusie. Pośród tych trudności widzimy, jak Duch działa, jak nawet prześladowania służą rozprzestrzenianiu się dobrej nowiny.

Słyszeliśmy także o nawróceniu Saula z Tarsu, człowieka, który prześladował Kościół. Ta wiadomość początkowo spotkała się z niedowierzaniem i strachem – wielu pamięta jego rolę w śmierci Szczepana. Ale jeśli to prawda, jeśli Pan naprawdę przemienił serce tego człowieka, jest to kolejny dowód, że Jego moc nie zna granic.

Piszę to wszystko, by dodać Wam otuchy w Waszej wierze i służbie. By przypomnieć, że jesteście częścią większej rodziny, rozrzuconej po całym świecie, ale zjednoczonej w Chrystusie. Że Wasze trudy i radości są dzielone przez braci i siostry, których być może nigdy nie spotkacie w tym życiu, ale z którymi będziecie zjednoczeni w wieczności.

Nasza historia – historia Łazarza wskrzeszonego z martwych, historia Marty, która nauczyła się zatrzymać i słuchać, historia Marii, która wybrała lepszą cząstkę – jest także Waszą historią. Bo wszystkie nasze historie są częścią większej opowieści o miłości Boga, która pokonuje śmierć i przemienia życie.

Jeśli ktokolwiek z Was przybędzie kiedyś do Judei, nasze drzwi są zawsze otwarte. Nasz dom w Betanii, który był domem Jezusa, jest teraz domem dla wszystkich, którzy Go naśladują.

Niech pokój Chrystusa będzie z Wami zawsze.

W Jego miłości, Marta z Betanii

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *