Kroniki Pasterza Zagubionej Owcy

Historia człowieka poszukującego jednej ze stu

Dzień pierwszy: Policzenie

Niebiosa płoną pomarańczowo-czerwonym ogniem zachodzącego słońca, gdy prowadzę moje stado do zagrody. Jestem zmęczony po całym dniu wędrówki przez wzgórza Judei. Moje sandały są zniszczone, tunika pokryta kurzem, a skóra spalona od słońca i wysuszona przez wiatr. Ale to dobre zmęczenie, zmęczenie pasterza, który wie, że dobrze wykonał swoją pracę.

Moje owce. Moje sto owiec. Znam każdą z nich. To nie pusta przechwałka – znam każdą z osobna. Potrafię rozpoznać je nie tylko po plamkach na runie czy kształcie rogów, ale po sposobie, w jaki się poruszają, po dźwiękach, jakie wydają, po ich nawykach i temperamencie.

Jest stara Ketura z jej nieregularnym krokiem, efektem złamania nogi, które wyleczyłem dwa lata temu. Jest młody Efraim, zawsze zbyt ciekawski, zawsze pierwszy, by zbadać nowe pastwisko. Jest spokojna Sefora, która zawsze trzyma się środka stada. Jest Tamar, która kilka dni temu urodziła dwoje jagniąt i teraz stara się nadążyć za stadem, podczas gdy jej młode biegają wokół niej na niepewnych nóżkach.

Gdy owce wchodzą do zagrody bramą, liczę je, jak zawsze. Nie dlatego, że nie ufam swoim oczom czy pamięci, ale dlatego, że taki jest zwyczaj. Taka jest odpowiedzialność. Tak postępowali mój ojciec i dziadek przede mną, i pewnego dnia tak będzie postępować mój syn, gdy przejmie laskę pasterską.

„Jedenaście, dwanaście, trzynaście…” Liczę pod nosem, gdy owce mijają mnie jedna po drugiej. Każda z nich to nie tylko źródło wełny, mleka czy mięsa. Każda z nich to odpowiedzialność. Życie powierzone mojej opiece.

„…dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć.” Ostatnia owca wchodzi do zagrody, a ja zamykam bramę, zasuwając drewniane rygle.

Dziewięćdziesiąt dziewięć.

Liczę jeszcze raz, przesuwając laskę nad głową każdej owcy. Dziewięćdziesiąt dziewięć. Nie sto.

Moje serce przyspiesza. Przechodzę przez zagrodę, sprawdzając każdy zakamarek, każdy cień. Może któraś położyła się za innymi? Może któraś ukryła się za kamiennym korytem z wodą?

Ale nie. Jest dziewięćdziesiąt dziewięć owiec. Jednej brakuje.

Próbuję uspokoić oddech i uporządkować myśli. Która z nich zaginęła? Przeglądam stado wzrokiem, twarze moich owiec są jak twarze starej rodziny. Jest Ketura, jest Efraim, jest Sefora, jest Tamar ze swoimi jagniętami…

Debora. Nie widzę Debory. Młodej owcy, która dołączyła do stada w zeszłym roku. Zawsze nieco lękliwej, zawsze trzymającej się z tyłu stada.

Gdzie mogła się zgubić? Trzymałem stado razem przez cały dzień. Nie zauważyłem, by któraś odeszła. Ale był ten moment, na kamienistym zboczu, gdy musiałem pomóc Tamar z jej jagniętami. Może wtedy? Może Debora odłączyła się wtedy, zwabiona jakimś pędem czy źdźbłem trawy?

Słońce już niemal zaszło. Niedługo zapadnie ciemność. Noc na wzgórzach jest niebezpieczna. Szakale. Lwy. Złodzieje. Urwiska. Ona nie przetrwa sama.

Nie ma wyboru. Muszę ją znaleźć.

Mój asystent, młody Jakub, przygląda mi się z niepokojem.

„Brakuje jednej,” mówię mu. „Debory.”

Jakub patrzy w kierunku ciemniejących wzgórz, potem na zagrodę z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma owcami.

„Zapadnie noc, panie,” mówi cicho. „Może wróci sama jutro? Może przyłączyła się do innego stada?”

Kręcę głową. „Debora jest zbyt lękliwa, by przyłączyć się do obcego stada. A nawet jeśli, to wciąż jest moją owcą. Moją odpowiedzialnością.”

„Ale dziewięćdziesiąt dziewięć…” zaczyna Jakub, wskazując na zagrodę.

„Zostaniesz tutaj,” przerywam mu. „Zajmiesz się dziewięćdziesięcioma dziewięcioma. Ja idę szukać tej jednej.”

Jakub nie dyskutuje. Wie, że moja decyzja jest ostateczna. Sprawdza zamknięcie bramy, upewnia się, że owce mają wodę, i rozgląda się za swoim kijem, gotów bronić stada przed niebezpieczeństwami nocy.

Ja zaś zabieram swoją laskę pasterską, bukłak z wodą i mały pęczek ziół leczniczych. Może Debora jest ranna. Może potrzebuje pomocy. Przytraczam także mały nóż do pasa – broń niewielka, ale zawsze lepsza niż nic, jeśli napotkam dzikie zwierzę lub złodzieja.

„Wrócę z nią,” mówię Jakubowi, choć może bardziej próbuję przekonać siebie, niż jego.

I wyruszam w noc, podczas gdy ostatnie promienie słońca znikają za horyzontem, a nad wzgórzami rozpościera się płaszcz ciemności, rozjaśniony jedynie migotaniem pierwszych gwiazd.

Debora, gdzie jesteś?

Dzień pierwszy: Poszukiwania nocą

Noc na judejskich wzgórzach jest inna niż w dolinie. Chłodniejsza, cichsza, bardziej majestatyczna. Gwiazdy wydają się bliższe, jakby można było sięgnąć ręką i dotknąć ich światła. Ale teraz nie mam czasu podziwiać tego widoku. Muszę znaleźć Deborę, zanim znajdzie ją ktoś – lub coś – innego.

Wracam ścieżką, którą przyszedłem ze stadem. Oczy przywykają do ciemności. Dostrzegam ślady owiec na ziemi, ale trudno wyróżnić ślady jednej spośród wielu. Zatrzymuję się co jakiś czas i nasłuchuję. Wołam:

„Debora! Debora!”

Mój głos odbija się echem od skał, ale nie słyszę odpowiedzi. Żadnego beczenia, żadnego odgłosu kopyt.

Docieram do miejsca, gdzie pomagałem Tamar z jagniętami. Może tutaj Debora odłączyła się od stada? Rozglądam się uważnie. Jest wąska szczelina między skałami, ledwo widoczna w bladym świetle gwiazd. Mogłaby się nią przecisnąć owca, zwłaszcza młoda i szczupła jak Debora.

Ściskając laskę, wchodzę w szczelinę. Jest wąska, muszę iść bokiem. Kamienie ocierają się o moje ramiona. Przed sobą widzę jedynie ciemność.

Nagle moja stopa zawisa w próżni. Niemal spadam. Cofam się gwałtownie. Wyjmuję krzesiwo i podpalam mały kawałek suchej trawy, który zawsze noszę przy sobie. W migotliwym świetle widzę, że przede mną jest urwisko. Gdybym zrobił jeszcze jeden krok, spadłbym kilkadziesiąt łokci w dół, na ostre skały.

Czy Debora mogła tamtędy przejść? Owce potrafią poruszać się po stokach, które wydają się niemożliwe dla ludzi, ale nawet one mają swoje granice.

Wracam do głównej ścieżki. Muszę szukać dalej, w innym kierunku.

Godziny mijają. Wędruję po ciemnych zboczach, wołając Deborę, nasłuchując. Ciszę nocy przerywa czasem pohukiwanie sowy lub odległy skowyt szakala. Za każdym razem moje serce przyspiesza. Szakale polują nocą. Jeśli Debora jest sama…

Nie, nie mogę tak myśleć. Muszę wierzyć, że ją znajdę. Że jest bezpieczna.

Księżyc wznosi się na niebie, oświetlając krajobraz srebrnym blaskiem. To pomaga. Widzę teraz więcej szczegółów, więcej możliwych ścieżek.

I wtedy, przechodzą przez mały wąwóz, dostrzegam to – kilka kępek wełny na kolczastym krzewie. Podchodzę bliżej, dotykam. Wełna jest świeża, nie została tu długo. I jest jej niewiele – tyle, ile owca mogłaby zostawić, przechodząc zbyt blisko krzewu.

To może być trop. Ściskam laskę mocniej i idę dalej, wąwozem, rozglądając się za kolejnymi śladami.

Wąwóz poszerza się, przechodzi w małą dolinę. I tam, w świetle księżyca, widzę kształt – małą, nieruchomą figurę pod rozłożystym terebintem.

Debora.

Podbiegam, serce wali mi w piersi. Czy żyje? Czy jest ranna? Klękam przy niej.

Owca leży na boku, jej oddech jest płytki, ale regularny. Nie widzę krwi ani ran. Dotykam jej ostrożnie, sprawdzając nogi, żebra. Nic nie wydaje się złamane. Ale ona nie reaguje, nie próbuje wstać.

Wyjmuję bukłak, wylewam trochę wody na dłoń i podaję jej do pyska. Debora liże wodę słabo, ale chętnie. Jest wyczerpana, prawdopodobnie błądziła przez wiele godzin, szukając stada, szukając mnie.

„Jestem tutaj,” szepczę do jej ucha. „Znalazłem cię. Wszystko będzie dobrze.”

Ale nie mogę jej tu zostawić, a ona jest zbyt słaba, by iść. Muszę ją zanieść.

Nabieram głęboki oddech i podnoszę ją. Nie jest ciężka – to młoda owca – ale po całym dniu pracy i godzinach poszukiwań, moje mięśnie protestują. Jednak determinacja jest silniejsza niż zmęczenie. Układam Deborę na ramionach, trzymając ją mocno, ale delikatnie.

I ruszam w drogę powrotną, wiedząc, że czeka mnie długa wędrówka przez kamieniste zbocza. Ale mam ją. Znalazłem zagubioną owcę.

I tak wędrujemy przez noc – pasterz i jego odnaleziona owca, pod rozgwieżdżonym niebem Judei.

Dzień drugi: Powrót

Świt zastaje nas w połowie drogi do zagrody. Niebo na wschodzie rozjaśnia się, przybierając kolor bladego złota. Ptaki rozpoczynają swój poranny koncert, a rosa błyszczy na kamieniach i rzadkich kępkach trawy.

Jestem wyczerpany. Niosłem Deborę przez całą noc, zatrzymując się tylko na krótkie odpoczynki. Moje ramiona są odrętwiałe, plecy bolą, nogi drżą przy każdym kroku. Ale nie pozwalam sobie na dłuższy postój. Chcę jak najszybciej wrócić do zagrody, do stada, do bezpiecznego miejsca, gdzie będę mógł właściwie zaopiekować się Deborą.

Owca leży cicho na moich ramionach. Czuję ciepło jej ciała, słyszę jej oddech – teraz silniejszy i głębszy niż wczoraj. Zdarza się, że porusza lekko głową, jakby chciała zobaczyć, gdzie jesteśmy, albo ociera się pyskiem o mój policzek, jakby dziękując mi za ratunek.

„Wkrótce będziemy w domu,” mówię jej cicho. „Wkrótce będziesz z powrotem w stadzie.”

Droga jest trudna. Nocą kierowałem się głównie instynktem i znajomością terenu. Teraz, w świetle dnia, widzę, jak daleko zabłądziłem, szukając jej. Ale odnaleziona ścieżka prowadzi nas pewnie w kierunku zagrody.

Myślę o Jakubie i reszcie stada. Czy noc minęła spokojnie? Czy wszystkie owce są bezpieczne? Jakub jest dobrym pomocnikiem, ale młodym. To pierwszy raz, gdy zostawiłem go samego z całym stadem na noc.

Słońce wznosi się coraz wyżej, ogrzewając moje zmarznięte plecy. Adrenalina, która utrzymywała mnie w ruchu przez noc, zaczyna opadać, a zmęczenie daje o sobie znać coraz mocniej. Ale widok znajomego wzgórza, za którym znajduje się zagroda, dodaje mi sił.

„Już niedaleko, Deboro,” szepczę, czując, jak owca porusza się niespokojnie. Może ona też rozpoznaje okolicę, może też czuje, że dom jest blisko.

I wtedy, gdy okrążamy ostatnie wzniesienie, widzę zagrodę. Dym unosi się z małego ogniska – Jakub musiał rozpalić je, by przygotować posiłek. Brama jest zamknięta, a wewnątrz widzę ruch – dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, spokojnie pasących się na niewielkim obszarze zagrody.

„Jesteśmy w domu,” mówię, czując, jak ulga zalewa mnie od stóp do głów.

Jakub zauważa nas, gdy zbliżamy się do bramy. Jego twarz, zmęczona po nieprzespanej nocy, rozjaśnia się na nasz widok. Biegnie, by otworzyć bramę.

„Znalazłeś ją!” woła. „Dzięki Panu! Znalazłeś Deborę!”

Wchodzę do zagrody i ostrożnie kładę owcę na ziemi. Stoi chwiejnie, ale stoi. Rozgląda się, jakby nie dowierzając, że znów jest w stadzie, wśród swoich. Inne owce podchodzą, obwąchują ją, niektóre beczą cicho, jakby witając zaginioną towarzyszkę.

„Jak się czuje?” pyta Jakub, klękając obok Debory.

„Jest wyczerpana, ale nie widzę żadnych ran,” odpowiadam. „Potrzebuje wody, jedzenia i odpoczynku.”

Jakub kiwa głową i biegnie przynieść wodę. Ja zaś siadam ciężko na ziemi, pozwalając, by zmęczenie w końcu mnie dopadło. Ale nie jest to zmęczenie przygnębiające – wręcz przeciwnie. To zmęczenie pełne satysfakcji, radości, spełnienia.

Jakub wraca z wodą i miską pokruszonego jęczmienia zmieszanego z oliwą – przysmak dla osłabionej owcy. Debora pije chciwie, potem zajada się jęczmieniem.

„Wszystko w porządku? W zagrodzie?” pytam Jakuba.

„Tak, panie,” odpowiada. „Noc minęła spokojnie. Żadnych dzikich zwierząt, żadnych złodziei. Wszystkie owce są zdrowe.”

Kiwam głową z uznaniem. „Dobrze się spisałeś, Jakubie.”

Chłopak promienieje z dumy, ale zaraz jego twarz przybiera poważny wyraz. „Panie… czy to było warte ryzyka? Zostawiać dziewięćdziesiąt dziewięć dla jednej?”

Patrzę na Deborę, która teraz, nakarmiona i napojona, kładzie się na ziemi, wreszcie czując się bezpieczna. Patrzę na resztę stada – wszystkie moje owce, całe i zdrowe.

„Każda z nich jest warta ryzyka, Jakubie,” odpowiadam po chwili. „Czy zostawiłbym Keturę, gdyby to ona się zgubiła? Czy zostawiłbym Efraima? Czy zostawiłbym Seforę? Każda z nich jest wyjątkowa. Każda z nich jest ważna. A dziewięćdziesiąt dziewięć było bezpiecznych w zagrodzie, pod twoją opieką.”

Jakub kiwa głową powoli, jakby próbując zrozumieć.

„I powiem ci coś jeszcze,” dodaję, czując, jak radość wypełnia moje serce. „Większą radość czuję teraz, odnajdując tę jedną zagubioną, niż czułbym, wiedząc, że dziewięćdziesiąt dziewięć jest bezpiecznych, ale ta jedna zginęła na zawsze.”

Jakub uśmiecha się, a ja widzę w jego oczach, że zaczyna rozumieć. Pasterz nie liczy swoich owiec jak kupiec swoje monety. Pasterz zna każdą z nich, troszczy się o każdą, kocha każdą. I żadna nie jest zbędna, żadna nie jest tylko numerem.

„A teraz,” mówię, wstając z wysiłkiem, „muszę się umyć i zjeść. A potem, choć nie uwierzysz, musimy wyprowadzić stado na pastwisko.”

„Ale panie,” protestuje Jakub, „nie spałeś całą noc. Jesteś wyczerpany.”

Uśmiecham się. „Jestem pasterz, Jakubie. Zmęczenie jest częścią mojej pracy. A owce muszą jeść, czy jestem zmęczony, czy nie.”

Chłopak kiwa głową z rezygnacją, ale widzę w jego oczach nowy rodzaj szacunku.

Spoglądam jeszcze raz na Deborę, teraz spokojnie śpiącą pośród stada. Jedna ze stu. Zagubiona i odnaleziona. I tak, było warto.

Dzień drugi: Wieczorne rozmyślania

Słońce zachodzi, barwiąc niebo odcieniami purpury i złota. Stado wraca do zagrody po dniu spędzonym na pastwiskach. Mimo zmęczenia po nieprzespanej nocy, poprowadziłem je na łąki na wschód od wioski, gdzie trawa jest najsoczystsza o tej porze roku.

Debora została w zagrodzie, zbyt słaba, by wędrować z nami. Moja żona, Sara, obiecała, że będzie się nią opiekować przez dzień – karmiąc ją najlepszym ziarnem i poić czystą wodą ze studni.

Teraz, gdy stado wraca, widzę Deborę stojącą przy bramie, jakby wyczekiwała naszego powrotu. Wygląda lepiej – jej oczy są żywsze, a postawa pewniejsza. Gdy pierwsza owca wchodzi do zagrody, Debora odłącza się od bramy i dołącza do stada, jakby nigdy go nie opuściła. Patrzę, jak miesza się z innymi, jak odnajduje swoje miejsce.

Liczę owce, gdy wchodzą – stary, znajomy rytuał. „…dziewięćdziesiąt dziewięć, sto.” Wszystkie są. Wszystkie bezpieczne.

Gdy brama jest zamknięta, a Jakub zajmuje się rozpalaniem ogniska na wieczór, siadam na kamieniu na skraju zagrody. Moje ciało domaga się snu, ale umysł jest dziwnie ożywiony. Patrzę na moje stado – sto owiec, spokojnie układających się na noc – i zastanawiam się nad ostatnimi dwudziestoma czterema godzinami.

Co by się stało, gdybym nie poszedł szukać Debory? Gdybym uznał, jak sugerował Jakub, że dziewięćdziesiąt dziewięć to wystarczająco dużo? Że jedna owca to akceptowalna strata?

Możliwe, że Debora przeżyłaby noc na wzgórzach. Możliwe, że znalazłaby drogę powrotną lub dołączyła do innego stada. Ale równie możliwe, że stałaby się ofiarą dzikich zwierząt lub złodziei. Że upadłaby w jakiś wąwóz i zginęła, nie mogąc się wydostać. Że błądziłaby, przerażona i samotna, aż wyczerpanie i głód odebrałyby jej życie.

I co by to znaczyło dla mnie jako pasterza? Że zaakceptowałem stratę, którą mogłem zapobiec? Że wartość jednej owcy jest mniejsza niż mój własny komfort i bezpieczeństwo?

Nie, nie mógłbym tak żyć. Nie mógłbym patrzeć na dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i nie myśleć o tej setnej, zaginionej, opuszczonej przeze mnie.

Sara podchodzi do mnie, niosąc miskę z gorącym posiłkiem – potrawką z soczewicy i chlebem. Siada obok mnie, jej oczy pełne są troski i dumy jednocześnie.

„Jakub opowiedział mi wszystko,” mówi cicho. „O tym, jak spędziłeś całą noc, szukając jednej owcy.”

Kiwam głową, zbyt zmęczony, by mówić, zajęty jedzeniem. Potrawka jest doskonała, rozgrzewa mnie od środka.

„Większość pasterzy nie zrobiłaby tego,” kontynuuje Sara. „Uznaliby jedną owcę za akceptowalną stratę.”

„Większość pasterzy liczy swoje owce, ale ich nie zna,” odpowiadam w końcu. „Dla nich to tylko liczby, aset. Dla mnie to… to moja odpowiedzialność. Moja troska.”

Sara uśmiecha się, a w jej oczach widzę zrozumienie. „Pamiętasz, co powiedział rabin w synagodze w zeszły szabat? O tym, jak Bóg troszczy się o każdego z nas?”

Pamiętam. Rabin mówił o trosce Boga, o tym, jak każdy człowiek jest ważny w Jego oczach, jak każdy ma swoje miejsce w Jego planie. Jak nikt nie jest zbędny, nikt nie jest tylko numerem w wielkiej księdze.

„Myślisz, że Bóg jest jak pasterz?” pytam, bardziej siebie niż ją.

„A nie tak mówią Pisma? 'Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego…'”

Kiwam głową. Znam ten psalm na pamięć. Wszyscy go znamy.

„Jeśli więc Bóg jest pasterzem,” mówi Sara, „a my Jego owcami, to czy nie szukałby nas, gdybyśmy się zagubili? Czy nie zostawiłby dziewięćdziesięciu dziewięciu, by znaleźć tę jedną?”

Nie odpowiadam, ale jej słowa zapadają głęboko w moje serce. Czy to możliwe? Że Bóg, Stwórca wszechświata, troszczy się o każdego z nas tak, jak ja troszczę się o moje owce? Że zna nas po imieniu, że zauważa nasze nieobecności, że szuka nas, gdy zbłądzimy?

To piękna myśl. Pocieszająca. Ale też zobowiązująca.

„Chyba czas na sen,” mówi Sara, widząc, jak moje powieki opadają. „Jutro też będzie dzień.”

Kiwam głową i wstaję, czując, jak każdy mięsień w moim ciele protestuje. Ale zanim podążę za żoną do naszego domu, rzucam jeszcze jedno spojrzenie na zagrodę. Na sto owiec, śpiących w cieniu pierwszych gwiazd.

Wszystkie są tam. Wszystkie są bezpieczne. Wszystkie są ważne.

I tak, dla każdej z nich zrobiłbym to samo.

Epilog: Kilka dni później

Minął niemal tydzień od nocy, gdy szukałem Debory. Życie wróciło do swojego rytmu – codzienne wyprowadzanie stada na pastwiska, czuwanie nad nimi, doprowadzanie ich bezpiecznie do zagrody na noc. Debora wróciła do pełni sił i znów jest częścią stada, choć zauważyłem, że teraz trzyma się bliżej środka grupy, jakby bała się znów odłączyć.

Dziś jest szczególny dzień – szabat. Dzień odpoczynku. Owce są w zagrodzie, pod opieką Jakuba, a ja i Sara idziemy do synagogi we wsi.

Rabin, stary, mądry człowiek o siwej brodzie i bystrych oczach, prowadzi czytanie Tory. Następnie, zgodnie ze zwyczajem, komentuje przeczytany fragment, odnosząc go do codziennego życia.

„Bracia,” mówi, „zastanówmy się nad słowami proroka Ezechiela: 'Jak pasterz troszczy się o swoją trzodę, gdy znajdzie się wśród rozproszonych owiec, tak Ja zatroszczę się o moje owce i wyzwolę je ze wszystkich miejsc, gdzie zostały rozproszone w dzień pochmurny i mglisty.'”

Słucham uważnie, słowa proroka rezonują ze mną w szczególny sposób po ostatnich wydarzeniach.

„Bóg porównuje się do pasterza,” kontynuuje rabin. „A nas do owiec. Dlaczego? Bo owca, która się zagubi, nie potrafi sama znaleźć drogi powrotnej. Potrzebuje pasterza, który ją odnajdzie i przyprowadzi z powrotem do stada. Tak samo my, gdy zbłądzimy – czy to w grzechu, czy w rozpaczy, czy w zwątpieniu – potrzebujemy Boga, by nas odnalazł i przyprowadził z powrotem.”

Widzę, jak niektórzy członkowie zgromadzenia kiwają głowami. Widzę, jak słowa rabina dotykają ich serc. A ja zastanawiam się, czy ktokolwiek z nich naprawdę rozumie tę metaforę tak, jak ja – pasterz, który spędził noc, szukając zagubionej owcy.

Po nabożeństwie, gdy wychodzimy z synagogi, rabin zatrzymuje mnie.

„Eleazar,” mówi, używając mojego imienia, „słyszałem o twojej przygodzie. O owcy, której szukałeś całą noc.”

Kiwam głową, lekko zaskoczony. Wieści szybko się rozchodzą w małej społeczności.

„To było… godne podziwu,” mówi rabin. „Nie każdy pasterz zrobiłby to samo.”

„Zrobiłem tylko to, co było właściwe,” odpowiadam. „To była moja owca, moja odpowiedzialność.”

Rabin patrzy na mnie przez chwilę, jego oczy są pełne ciepła i mądrości. „Wiesz, Eleazar, czasami najprostsze czyny uczą nas najgłębszych prawd. Twoja troska o tę jedną owcę – czy nie jest to odbiciem Bożej troski o każdego z nas? Czy nie jest to lekcja o wartości każdej duszy w Jego oczach?”

Nie odpowiadam od razu, rozważając jego słowa. W końcu mówię: „Jeśli ja, zwykły pasterz, nie mogłem znieść myśli o utracie jednej owcy z mojego stada, to o ile bardziej Bóg, doskonały pasterz, musi troszczyć się o każdego z nas.”

Rabin uśmiecha się i kładzie dłoń na moim ramieniu. „Dokładnie tak, Eleazar. I dlatego właśnie zawsze jest nadzieja, nawet dla najbardziej zagubionych. Bo nasz Pasterz nigdy nie przestaje szukać.”

Wracamy z Sarą do domu w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. Ale gdy mijamy zagrodę z owcami, zatrzymuję się na chwilę. Debora stoi przy ogrodzeniu, jakby mnie wypatrywała. Gdy mnie widzi, wydaje cichy dźwięk, który mógłbym przysiąc, brzmi jak powitanie.

Podchodzę i głaszczę ją po głowie. „Tak, Deboro,” mówię cicho. „Też się cieszę, że jesteś z powrotem.”

Sara bierze mnie pod ramię i idziemy dalej, ku naszemu domowi. Ale historia o zagubionej i odnalezionej owcy zostaje ze mną. I często, w następnych miesiącach i latach, gdy prowadzę stado przez wzgórza Judei, przypominam sobie tę noc poszukiwań i poranek odnalezienia. I za każdym razem rozumiem trochę lepiej, jak wielka musi być miłość Boga do każdego z nas.

Bo w Jego oczach nigdy nie jesteśmy tylko jednym ze stu. Jesteśmy tą jedną, dla której warto zostawić dziewięćdziesiąt dziewięć, by szukać nas, aż nas znajdzie.

I tak oto kończą się moje kroniki – kroniki zwykłego pasterza, który zrozumiał niezwykłą prawdę o miłości, która szuka zagubionego, aż je znajdzie.


Uwaga: „Kroniki Pasterza Zagubionej Owcy” to fikcyjna relacja inspirowana przypowieścią Jezusa z Ewangelii według św. Łukasza (15:3-7) oraz św. Mateusza (18:12-14). W przypowieści tej Jezus porównuje Bożą troskę o grzeszników do pasterza, który zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, by szukać tej jednej, zagubionej. Gdy ją znajduje, „bardzo się raduje z jej odnalezienia, bardziej niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu, które się nie zagubiły”. Ta przypowieść jest jednym z najpiękniejszych obrazów Bożego miłosierdzia i wartości, jaką Bóg przypisuje każdej osobie, nawet (a może szczególnie) tej, która zboczyła z drogi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowy Testament. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *