– od poborcy podatków do apostoła
Rok 25, miesiąc Tiszri, Kafarnaum
Zapisuję te słowa dla siebie, bo nikt inny nie zechce ich czytać. Któż przejmowałby się kroniką celnika? Dla współbraci jestem zdrajcą, dla Rzymian – narzędziem. W oczach obu – godny pogardy. A jednak pióro i papirus to moi jedyni wierni towarzysze. Słowa nie odwracają się ode mnie ze wstrętem.
Dziś kolejny dzień przy komorze celnej u bram Kafarnaum. Rybackie łodzie przywożą połowy z jeziora, kupcy prowadzą objuczone osły. Wszyscy muszą płacić – i wszyscy mnie nienawidzą. Widzę to w ich oczach. Dla nich jestem Lewi, syn Alfeusza, poborca rzymskich podatków. Kolaborant. Grzesznik.
Niektórzy płacą w milczeniu, inni syczą przekleństwa pod nosem. Stary Jakub, rybak, zawsze wypluwa na ziemię, gdy odchodzi od mojego stołu. Przywykłem do tego. Liczę pieniądze, zapisuję sumienne rachunki. Część dla Rzymu, część dla Heroda Antypasa, część dla mnie. Taki jest układ.
Czy żałuję swojego wyboru? Czasem, w bezsenne noce, gdy liczę zyski i straty – nie tylko w srebrze. Ale co miałem zrobić? Urodzony w zubożałej rodzinie lewickiej, bez ziemi, bez perspektyw. Zawód celnika dał mi dach nad głową, jedzenie, względne bezpieczeństwo. A samotność i pogardę przyjąłem jako nieodłączny koszt.
Rok 25, miesiąc Cheszwan
Coraz więcej mówi się o nauczycielu z Nazaretu. Nawet przy mojej komorze ludzie szepczą o jego cudach i naukach. Podobno uzdrawia chorych, wypędza demony, mówi jak ktoś mający władzę, nie jak uczeni w Piśmie.
Co mnie to obchodzi? Widziałem wielu samozwańczych proroków, mesjaszy, cudotwórców. Wszyscy oni przychodzą i odchodzą. Imperium zostaje. Podatki zostają. I ja, przy swoim stole, liczący srebrniki.
A jednak coś mnie w nim intryguje. Może dlatego, że w przeciwieństwie do innych nauczycieli, nie unika celników i grzeszników. Podobno nawet jada z nami, ku zgorszeniu faryzeuszy. Rzymski setnik, którego sługę uzdrowił, mówi o nim z niekłamanym podziwem. A ten setnik to rozsądny człowiek, nie skory do egzaltacji.
Rok 25, miesiąc Kislew
Dzisiaj go zobaczyłem. Nauczyciela z Nazaretu. Przechodził niedaleko mojej komory celnej z grupą uczniów i tłumem podążających za nim ludzi. Nie wyglądał imponująco – prosty galilejski mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Zwyczajne szaty, zwyczajna twarz.
A jednak było w nim coś, co przykuwało wzrok. Trudno to opisać. Jakby spokój i autorytet, nieproporcjonalne do jego skromnego wyglądu. Ludzie rozstępowali się przed nim, ale nie ze strachu, jak przed rzymskim urzędnikiem, lecz z jakiegoś rodzaju nabożną czcią.
Spojrzał w moją stronę, gdy przechodził. Tylko przez moment, ale miałem dziwne uczucie, że widzi mnie naprawdę – nie celnika, nie zdrajcę, ale człowieka. Mnie, Lewiego, syna Alfeusza, ze wszystkimi moimi rachunkami, nie tylko tymi na papirusie.
Rok 25, miesiąc Tewet
Dzisiaj odwiedził mnie Szymon, mój brat. Nie widzieliśmy się od lat – od kiedy zostałem celnikiem. Przyszedł ponury, ze spuszczoną głową, jakby bał się, że ktoś go zobaczy w domu kolaboranta.
„Matka choruje,” powiedział bez wstępu. „Potrzebujemy pieniędzy na lekarza.”
Bez słowa otworzyłem skrzynię i odliczyłem więcej, niż prosił. Wziął, nie patrząc mi w oczy.
„Mówią, że nauczyciel z Nazaretu uzdrawia za darmo,” powiedziałem, gdy był już przy drzwiach.
Szymon zatrzymał się. „Tak, ale on nie uzdrawia w domach celników,” odparł gorzko.
Kiedy wyszedł, poczułem znajomą pustkę. Jestem bogaty w srebrniki i biedny we wszystko inne.
Rok 25, miesiąc Szwat
Dziś nauczyciel z Nazaretu znów przechodził obok mojej komory. Tym razem zatrzymał się. Patrzył na mnie przez chwilę swoimi przenikliwymi oczami, po czym powiedział tylko dwa słowa:
„Pójdź za mną.”
Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Bez zastanowienia, bez kalkulacji zysków i strat, po prostu wstałem, zostawiając pieniądze, papirusy, wszystko. I poszedłem za nim.
Jakby te dwa słowa uwolniły mnie od ciężaru, którego nawet nie zdawałem sobie sprawy, że noszę. Jakby otworzył drzwi celi, w której żyłem tak długo, że uznałem ją za cały świat.
Wieczorem wyprawiłem ucztę w moim domu. Zaprosiłem wszystkich przyjaciół – innych celników, ludzi, których faryzeuszi nazywają „grzesznikami”. I jego – nauczyciela, którego uczniowie nazywają Jeszuą, a niektórzy Mesjaszem.
Faryzeusze i uczeni w Piśmie stali przed domem, oburzeni. „Dlaczego wasz nauczyciel je z celnikami i grzesznikami?” pytali jego uczniów.
On ich usłyszał i odpowiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy źle się mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.”
W tamtej chwili poczułem, jakby mówił bezpośrednio do mnie i o mnie. Lewi, syn Alfeusza, celnik. Człowiek chory, potrzebujący lekarza. Grzesznik, który został powołany.
Od tego dnia nie wróciłem do komory celnej. Począwszy od teraz, będę znany nie jako Lewi, ale jako Mateusz – „dar Boga”. Bo czymże innym jest to niespodziewane powołanie?
Rok 25, miesiąc Adar
Podróżujemy od wioski do wioski. Jeszua naucza, uzdrawia, opowiada przypowieści. A ja wszystko zapisuję – już nie kwoty podatków, ale słowa, które zmieniają życie.
Nie jest łatwo. Inni uczniowie patrzą na mnie początkowo z rezerwą. Szymon Piotr, Andrzej, Jakub, Jan – prości rybacy. Co mają wspólnego z celnikiem? Ale Jeszua nie robi różnic. Dla niego wszyscy jesteśmy równi – zagubieni, odnalezieni, powołani.
Niektórzy z moich dawnych „klientów” rozpoznają mnie w tłumie i nie kryją zdziwienia. Jakub, ten stary rybak, który zawsze wypluwał na ziemię, podszedł do mnie wczoraj. Myślałem, że mnie znieważy, ale on poklepał mnie po ramieniu. „Jeśli on przyjął celnika,” powiedział, wskazując na Jeszuę, „jest nadzieja dla nas wszystkich.”
Rok 25, miesiąc Nisan
Przygotowujemy się do Paschy. Jeszua mówi, że udamy się do Jerozolimy. Widać, że coś go gnębi. Mówi teraz często o cierpieniu, o śmierci, o prześladowaniach. O tym, że Syn Człowieczy – tym tytułem często się określa – będzie wydany i ukrzyżowany.
Nie rozumiemy tych słów. Jak można mówić o klęsce, gdy wokół widzimy tylko triumfy? Tłumy słuchają go z zapartym tchem, chorzy odzyskują zdrowie, nawet demony są mu posłuszne. Z dnia na dzień jego sława rośnie.
Szymon Piotr zdecydowanie sprzeciwia się takim rozmowom. „Nie przyjdzie to na ciebie, Panie!” mówi stanowczo. Ale Jeszua odpowiada mu ostro, zaskakująco ostro: „Zejdź mi z oczu, szatanie! Jesteś mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku.”
Zapisuję te słowa, bo czuję, że są ważne, choć nie rozumiem ich w pełni. Co to znaczy myśleć „po Bożemu”? I dlaczego droga Mesjasza miałaby prowadzić przez cierpienie?
Rok 26, miesiąc Ijar
Wiele się wydarzyło od ostatniego zapisu. Zbyt wiele, by ująć w słowach. Ale muszę próbować – to mój obowiązek jako świadka.
Pascha w Jerozolimie. Triumfalny wjazd Jeszuy do miasta, witanego jak król. Jego gniew w Świątyni, gdy wywrócił stoły handlarzy. Ostatnia wieczerza w wieczerniku, gdy łamał chleb i podawał kielich, mówiąc dziwne słowa o swoim ciele i krwi.
Potem Getsemani. Zdrada Judasza. Aresztowanie. Proces przed Sanhedrynem i Piłatem. Biczowanie. Cierniem ukoronowanie. Droga krzyżowa.
I ukrzyżowanie.
Patrzeliśmy z daleka, sparaliżowani strachem i rozpaczą. Wszystko, w co wierzyliśmy, wszystko, czego się spodziewaliśmy – roztrzaskane, przybite do krzyża razem z nim. Mesjasz nie miał umierać jak przestępca!
A potem trzeci dzień. Pusty grób. Niewiarygodne relacje kobiet o aniołach i zmartwychwstaniu. I on sam, stający wśród nas mimo zamkniętych drzwi, pokazujący rany, mówiący: „Pokój wam.”
Nawet teraz, spisując te słowa, czuję, jak trudno to wszystko ogarnąć umysłem. Ale byłem tam. Widziałem. Dotykałem jego ran. Jadłem z nim chleb. To nie przywidzenie, nie zbiorowa halucynacja, jak twierdzą niektórzy. To prawda.
On zmartwychwstał. A wszystko, co mówił wcześniej o cierpieniu i śmierci, nagle nabrało sensu. Musiał cierpieć, aby wypełnić Pisma. Musiał umrzeć, by pokonać śmierć. Musiał zostać odrzucony przez ludzi, by wszyscy mogli zostać przyjęci przez Boga.
Rok 26, miesiąc Siwan
Pięćdziesiąt dni po Passze, w święto Szawuot, wydarzyło się coś niezwykłego. Byliśmy wszyscy razem w wieczerniku, gdy nagle dał się słyszeć szum jakby uderzenie gwałtownego wiatru. Nad naszymi głowami pojawiły się języki jakby z ognia. I zostaliśmy napełnieni Duchem Świętym.
Wyszliśmy na ulice Jerozolimy i zaczęliśmy głosić zmartwychwstanie Jeszuy wszystkim, którzy chcieli słuchać. A najdziwniejsze było to, że choć mówiliśmy swoim językiem, każdy z pielgrzymów przybyłych na święto z różnych krajów słyszał nas w swoim własnym języku!
Piotr przemówił do tłumu z taką mocą i przekonaniem, że trzy tysiące osób uwierzyło i przyjęło chrzest. Trzy tysiące! Ja, który byłem mistrzem liczb przy komorze celnej, byłem oszołomiony tą liczbą.
I tak narodził się Kościół – wspólnota wierzących w Jeszuę jako Mesjasza, Syna Bożego, który umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał dla naszego zbawienia.
Rok 30, Antiochia
Minęły cztery lata od tamtych wydarzeń. Lata pełne cudów i prób, prześladowań i wzrostu. Kościół rozprzestrzenia się poza Judeę, dociera do pogan. W Antiochii po raz pierwszy nazwano nas „chrześcijanami” – wyznawcami Chrystusa, Mesjasza.
Ja, Mateusz, były celnik, teraz apostoł Jezusa Chrystusa, spisuję jego historię. Nie kronikę podatków, ale Dobrą Nowinę o zbawieniu. Zapisuję wszystko, co pamiętam – jego nauki, przypowieści, cuda. Od narodzin w Betlejem do wniebowstąpienia na Górze Oliwnej.
Szczególną uwagę poświęcam jego naukom. On jest nowym Mojżeszem, który przynosi nowe Prawo – Prawo miłości. Stąd Kazanie na Górze, nowe błogosławieństwa, nowe przykazania.
Piszę przede wszystkim dla nawróconych Żydów, takich jak ja. Dlatego często odwołuję się do proroctw, pokazuję, jak Jezus je wypełnia. „A stało się to, aby się wypełniło słowo proroka…” – te słowa przewijają się przez moją relację.
Rok 35, Jerozolima
Prześladowania nasilają się. Szczepan, jeden z diakonów, został ukamienowany. Jakub, brat Jana, ścięty z rozkazu Heroda Agryppy. Piotr cudem uniknął tego samego losu.
Apostołowie rozpraszają się po świecie, niosąc Dobrą Nowinę. Ja podróżuję do Etiopii i innych krain Afryki. Na własne oczy widzę, jak spełniają się słowa Jezusa, że Ewangelia będzie głoszona wszystkim narodom.
Moja kronika jest już przepisywana i rozpowszechniana wśród wspólnot chrześcijańskich. Niektórzy nazywają ją „Ewangelią według Mateusza”. Nigdy nie szukałem takiego rozgłosu. Zapisywałem to, co widziałem i słyszałem, aby prawda nie została zapomniana.
Rok 42, Etiopia
Jestem już stary. Moje oczy słabną, ręce drżą. Ale wciąż głoszę Dobrą Nowinę wszędzie, gdzie się znajdę.
Często myślę o tamtym dniu przy komorze celnej. „Pójdź za mną.” Dwa słowa, które zmieniły wszystko. Z Lewiego stałem się Mateuszem – „darem Boga”. Z poborcy podatków – apostołem.
Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, co mnie czeka – prześladowania, trudy, niebezpieczeństwa – czy poszedłbym za nim? Nie wiem. Ale teraz, u schyłku życia, nie żałuję ani jednego dnia spędzonego w jego służbie.
Kiedyś liczyłem srebrniki dla Rzymu. Dziś liczę dusze dla Królestwa Bożego. Kiedyś byłem najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Kafarnaum. Dziś, gdziekolwiek się pojawię, bracia i siostry w Chrystusie witają mnie z miłością.
Jezus miał rację: „Jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.” Nie ma słodszego jarzma niż bycie jego uczniem, nie ma lżejszego brzemienia niż niesienie jego posłania – że Bóg kocha każdego człowieka, nawet celnika. Że dla niego nie ma straconego przypadku, nie ma beznadziejnego grzesznika.
Ja jestem tego żywym dowodem.
Według tradycji chrześcijańskiej, Mateusz zginął śmiercią męczeńską w Etiopii, przebity włócznią, podczas sprawowania Eucharystii. Jego Ewangelia, napisana pierwotnie w języku aramejskim lub hebrajskim, została przetłumaczona na grekę i stała się pierwszą księgą Nowego Testamentu.