– zapiski syna Noego z podróży arką
Dzień 1
Wody nadeszły, tak jak zapowiedział Jedyny. Przez całą noc słyszeliśmy grzmoty, jakby niebo się rozpadało. Ojciec od świtu stał przy wejściu do arki, sprawdzając ostatnie przygotowania. Gdy pierwsze krople spadły na ziemię, były ciężkie jak kamienie.
My wszyscy – ojciec Noe, matka Na’amah, moi bracia Cham i Jafet wraz z żonami – wchodziliśmy na arkę, prowadząc ostatnie zwierzęta. Pary stworzeń nadchodziły przez ostatnie dni, bez naszego wezwania, jakby wiedzione niewidzialną ręką. Nawet dzikie bestie szły potulnie, bez cienia agresji wobec siebie nawzajem czy wobec nas.
Gdy ostatnie zwierzę znalazło się na pokładzie, drzwi arki zamknęły się za nami. Nikt z nas ich nie zamknął – zamknęły się same, jakby pchnięte potężną ręką. Usłyszeliśmy klucz obracający się w zaworach, choć nikt nie stał przy drzwiach.
Teraz unosi nas woda. Arka, która wydawała się tak nieporadna na suchym lądzie, teraz kołysze się z niewiarygodną lekkością. Przez małe okno widzę dachy domów znikające pod powierzchnią wody. Słyszę krzyki tych, którzy naśmiewali się z nas, gdy budowaliśmy arkę. Krzyki te z każdą chwilą słabną, tłumione przez szum wzburzonej wody.
Ojciec modli się w swoim kącie arki, dziękując Elohim za ocalenie. Matka rozdaje nam zadania – musimy nakarmić zwierzęta, sprawdzić, czy wszystkie zapasy są bezpieczne, upewnić się, że woda nie wdziera się do wnętrza arki.
Jest nas ośmioro ludzi i tysiące zwierząt. Arka, choć ogromna, wydaje się nagle bardzo mała.
Deszcz pada nieprzerwanie. Mówią, że to będzie trwało czterdzieści dni i czterdzieści nocy.
Dzień 2
Nie spaliśmy w nocy. Jak można zasnąć, gdy wokół słychać szum wody zmywającej cały znany nam świat? Wymieniamy się na czuwaniu, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Mnie przypadła warta od północy do świtu.
Arka skrzypi pod naporem fal, ale konstrukcja jest mocna. Ojciec budował ją przez sto dwadzieścia lat, zgodnie ze szczegółowymi instrukcjami od Jedynego. Każda belka została nasączona smołą, każde połączenie wzmocnione. Moja żona martwi się, że się rozpadnie, ale ja ufam umiejętnościom ojca. Zawsze był najlepszym cieślą, jakiego znałem.
Zwierzęta zachowują się dziwnie spokojnie, biorąc pod uwagę okoliczności. Lwy leżą obok jagniąt, wilki obok zajęcy. To nie jest naturalny stan rzeczy – to musi być bezpośrednie działanie Jedynego. Jafet mówi, że to jak w opowieściach o Ogrodzie Eden, zanim pierwszy grzech wprowadził wrogość między stworzenia.
Najbardziej niepokojące są odgłosy z zewnątrz. Wciąż słyszymy wołania o pomoc, uderzenia w boki arki, gdy ludzie próbują się wspiąć. Ojciec powiedział, byśmy zatkali uszy i nie słuchali. „To jest wyrok Elohim,” mówi. „Nie nam go kwestionować.”
Łatwo mu mówić. Ma sześćset lat i widział więcej zepsucia tego świata niż ja. Ale ja mam dopiero sto lat, jestem młody. Trudno mi słuchać tych krzyków i nie czuć niczego.
Moja żona płacze po kątach. Jej rodzice, jej rodzeństwo – wszyscy zostali na zewnątrz. Pocieszam ją, jak mogę, ale jakie słowa mogą ukoić taki ból?
Muszę kończyć. Krowa na dolnym pokładzie zaczęła się cielić, potrzebuje mojej pomocy.
Dzień 7
Tydzień minął, a deszcz nie ustaje. Nie widzieliśmy słońca odkąd weszliśmy na arkę. Niebo jest czarne, jakby noc trwała nieprzerwanie. Krzyki z zewnątrz ucichły całkowicie. Nie ma już nikogo, kto mógłby wołać o pomoc.
Ustanowiliśmy rutynę. Wstajemy przed świtem (choć trudno określić, kiedy to jest, bez słońca). Karmimy zwierzęta, sprzątamy po nich, naprawiamy wszelkie szkody powstałe podczas nocnych kołysań. Każdy ma swoje zadania. Ja jestem odpowiedzialny za bydło i większe zwierzęta lądowe. Cham zajmuje się dzikimi bestiami. Jafet – ptactwem i drobnymi stworzeniami. Nasze żony pomagają matce przy przygotowywaniu posiłków i pielęgnacji młodych zwierząt.
Ojciec nadzoruje wszystko, ale często pogrąża się w modlitwie, odizolowany od reszty. Czasem słyszę, jak płacze. Nie sądzę, by ktokolwiek inny to zauważył. On, który zawsze był dla nas wzorem siły i pewności, teraz, gdy jego ostrzeżenia się spełniły, wydaje się złamany.
Zapasów mamy wystarczająco. Jedyne, o co się martwię, to świeża woda. Nie możemy otworzyć zbiorników deszczówki na dachu, bo woda, która spada z nieba, miesza się z tą, która wzbiera z głębin ziemi. Jest słona i niezdatna do picia. Na razie korzystamy z zapasów, które zgromadziliśmy przed potopem, ale jeśli nasza podróż się przedłuży…
Kończę pisać. Słońce chyba zachodzi – światło, choć przyćmione przez chmury, słabnie. Czas na wieczorny obchód.
Dzień 20
Połowa przewidzianego czasu deszczu minęła. Arka unosi się stabilnie na wodach, które przykryły już najwyższe góry. Nie ma śladu ziemi, gdziekolwiek spojrzymy. Jesteśmy zawieszeni między niebem a wodą, jak za czasów stworzenia, zanim Elohim oddzielił wody górne od dolnych.
Dzisiaj mieliśmy nasz pierwszy prawdziwy kryzys. Jeden ze słoni zachorował. Miał trudności z oddychaniem, odmawiał jedzenia. Ojciec, który zna się na ziołach, przygotował miksturę, którą wlaliśmy mu do gardła. Potrzeba było całej siły mojej i Chama, by utrzymać jego głowę. Przez chwilę myślałem, że go stracimy – a to byłaby katastrofa. Elohim nakazał nam zachować po parze z każdego gatunku, by mogły się rozmnażać na nowej ziemi. Gdyby ten słoń padł, jego gatunek zniknąłby na zawsze.
Na szczęście mikstura zadziałała. Dziś wieczorem zwierzę zjadło trochę siana i wypiło wodę. Odetchnęliśmy z ulgą.
Nasze własne zapasy trzymają się dobrze. Jemy głównie zboża, suszone owoce i orzechy. Mięsa mamy niewiele – nie możemy zabijać zwierząt, których ocalenie jest naszym zadaniem. Tylko ryby czasem wpadają przez okrągłe okienko na szczycie arki, co urozmaica naszą dietę.
Co do świeżej wody – Jafet wpadł na pomysł, by ustawić płachty na bokach arki, które zbierają deszczówkę, zanim ta dotrze do wzburzonego morza. System działa nieźle, choć wymaga stałego nadzoru.
Wiatr wyje za ścianami arki. Czasem uderzenia fal są tak silne, że budzą nas w środku nocy. Ale dotąd konstrukcja wytrzymuje wszystko. Chwała Jedynemu za Jego projekt i ojcu za jego wykonanie.
Dzień 40
Deszcz wreszcie ustał. Po czterdziestu dniach i nocach nieprzerwanego lania, nastała cisza. Słyszymy tylko plusk fal uderzających o boki arki. Niebo jest wciąż zakryte chmurami, ale są lżejsze, szarawe raczej niż czarne.
Wszyscy wyszliśmy na główny pokład, by spojrzeć w górę. Ojciec padł na kolana, dziękując Elohim za przetrwanie pierwszego etapu próby. Nawet zwierzęta wydają się wyczuwać zmianę – jest mniej niespokojnych ruchów, mniej niepokojących dźwięków.
Wody wciąż pokrywają cały świat, aż po horyzont. Nie ma śladu życia poza naszą arką. Nawet ptaki, które nie weszły na arkę, musiały zginąć – nie ma gdzie odpocząć ich skrzydłom. To przerażająca myśl – być może jesteśmy ostatnimi żywymi istotami na całej ziemi. Odpowiedzialność, jaka na nas spoczywa, jest przytłaczająca.
Ojciec mówi, że wody nie opadną szybko. Czekają nas miesiące dryfowania, zanim pojawi się suchy ląd. Musimy zachować cierpliwość, kontynuować nasze obowiązki, dbać o siebie nawzajem i o zwierzęta.
Moją największą troską są teraz narodziny. Wiele samic wśród zwierząt jest brzemiennych. Niedługo arka wypełni się młodymi. To oznacza więcej pracy, więcej jedzenia do przygotowania, więcej przestrzeni, której potrzebujemy. Ale także więcej nadziei – nowe życie powstające wśród powszechnej śmierci.
Matka i moja żona przygotowują miejsce dla rodzących. Potrzebujemy miękkich ściółek, ciepła, spokoju. Ojciec wydzielił na to część dolnego pokładu, z dala od drapieżników.
Jutro rozpoczynamy inwentaryzację zapasów. Musimy wiedzieć dokładnie, ile mamy jedzenia i jak długo możemy przetrwać. Ojciec mówi, że Jedyny nas ochroni, ale też uczy nas, byśmy byli roztropni i przezorni. Jak mówi: „Ufaj Elohim, ale przywiązuj swojego wielbłąda”.
Dzień 75
Minął już ponad miesiąc od ustania deszczu, a wody wciąż pokrywają ziemię. Nasze dotychczasowe rutyny ustabilizowały się. Zwierzęta przyzwyczaiły się do ograniczonej przestrzeni, a my nauczyliśmy się żyć w bliskim sąsiedztwie, szanując wzajemną prywatność, na ile to możliwe.
Dziś rano stało się coś niezwykłego. Poczuliśmy uderzenie, jakby arka o coś zawadziła. Początkowo wpadliśmy w panikę – może to skała? Podwodna góra? Ale potem arka przestała się poruszać. Kołysanie, do którego przywykliśmy przez ostatnie miesiące, ustało.
Ojciec wyszedł na górny pokład i wrócił z promiennym uśmiechem. „Osiedliśmy na szczycie góry!” – ogłosił. „To musi być góra Ararat. Jedyny prowadzi nas dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.”
Ta wiadomość napełniła nas wszystkich nadzieją. Mimo że wokół wciąż widać tylko wodę, fakt, że dotknęliśmy stałego lądu, oznacza, że poziom wód opada. Że pewnego dnia znów staniemy na suchej ziemi.
Zwierzęta jakby wyczuły zmianę. Są bardziej ożywione, niektóre wręcz niespokojne, jakby chciały już opuścić arkę. Musimy teraz bardziej uważać, pilnując, by nie próbowały wydostać się przez okna.
W ostatnich tygodniach przyszło na świat kilkanaścioro młodych – jagnięta, cielęta, nawet mały lwiątko. Matka i nasze żony pełnią rolę położnych, a ja i moi bracia pomagamy, gdy potrzebna jest większa siła. To zdumiewające widzieć narodziny nowego życia, wiedzieć, że kontynuacja gatunków jest w naszych rękach.
Czasem, gdy nie mogę zasnąć, zastanawiam się, jak będzie wyglądał nowy świat. Czy będzie podobny do tego, który znaliśmy? Czy zmieni się ukształtowanie lądów, bieg rzek, rodzaj roślinności? Co zastaniemy, gdy w końcu otworzymy drzwi arki?
Ojciec mówi, że powinniśmy zaczekać aż wody całkowicie opadną. To może potrwać jeszcze wiele miesięcy. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, ale uczę się jej każdego dnia na tej arce.
Dzień 150
Wody opadają, powoli ale systematycznie. Przez małe okno widzimy już nie tylko bezkresny ocean, ale także wierzchołki innych gór, wynurzające się niczym wyspy z morza.
Nasza arka wciąż spoczywa na szczycie Ararat. Jesteśmy unieruchomieni, co ma swoje dobre i złe strony. Z jednej strony, nie musimy już martwić się o dryfowanie w nieznane. Z drugiej – nie możemy sterować naszym położeniem, jesteśmy zdani na to miejsce, gdzie osiadła arka.
Ojciec postanowił sprawdzić, czy gdzieś jest już suchy ląd. Otworzył okno na szczycie arki i wypuścił kruka. Ptak wyleciał, ale nie wrócił. Krąży wokół arki, czasem siadając na pobliskich szczytach, ale najwyraźniej nie znalazł jeszcze odpowiedniego miejsca, by zostać na stałe.
Siedem dni później ojciec wypuścił gołębicę. Ta wróciła wieczorem, nie znalazłszy suchego miejsca. Po kolejnym tygodniu wypuścił ją ponownie. Tym razem wróciła o zmierzchu, niosąc w dziobie świeżą gałązkę oliwną. To był dla nas wszystkich moment wielkiej radości – gdzieś tam rośnie już życie! Nowy świat zaczyna się formować!
Po upływie jeszcze jednego tygodnia ojciec znów wypuścił gołębicę. Tym razem nie wróciła. Uznaliśmy to za dobry znak – znalazła odpowiednie miejsce, by zostać.
Mimo tych pozytywnych znaków, ojciec nakazuje ostrożność. Chce poczekać, aż wody całkowicie ustąpią, zanim otworzymy drzwi arki. Nie możemy ryzykować, że zwierzęta wyjdą, a potem poziom wód znów się podniesie.
Nasze zapasy kurczą się, ale wciąż mamy wystarczająco, by przetrwać kolejne tygodnie, może nawet miesiące. Większym problemem jest morale. Po tak długim okresie zamknięcia, wszyscy, ludzie i zwierzęta, zaczynają wykazywać oznaki zniecierpliwienia. Nawet pokojowe współistnienie drapieżników i ich ofiar zaczyna się chwiać – musimy teraz staranniej oddzielać pewne gatunki od siebie.
Moja żona mówi, że czuje się jakby była w ciąży – nie jestem pewien, czy to możliwe, biorąc pod uwagę warunki, w jakich żyjemy, ale modlę się, by miała rację. Nowy świat będzie potrzebował dzieci, nowego pokolenia, które nie pamięta zepsucia starego świata.
Dzień 314
Dziś jest dzień, na który czekaliśmy przez prawie rok. Ojciec otworzył drzwi arki.
Zgodnie z zaleceniem Jedynego, zaczekaliśmy, aż powierzchnia ziemi całkowicie wyschła. Dziś rano ojciec zdjął przykrycie arki i zobaczył, że grunt jest suchy. Otrzymał wtedy polecenie od Elohim, byśmy wyszli z arki – my, nasze żony i wszystkie zwierzęta.
Otwarcie drzwi było trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Po niemal roku zablokowany mechanizm zardzewiał, a drewno napęczniało od wilgoci. Potrzeba było siły mnie i moich braci, wspieranych przez ojca, by w końcu otworzyć przejście.
Pierwsze wyszły ptaki, wyfrunęły z radosnym świergotem ku niebu. Potem drobne zwierzęta – gryzonie, zające, małe gazele. Większe stworzenia początkowo wahały się, nieprzyzwyczajone do otwartej przestrzeni po tak długim zamknięciu. Ale instynkt w końcu zwyciężył i jedno po drugim opuszczały arkę, rozchodząc się w różnych kierunkach.
Drapieżniki wypuściliśmy na końcu, by dać szansę ich potencjalnym ofiarom na znalezienie schronienia. I tak lwy, niedźwiedzie, wilki i inne bestie opuściły arkę, nie zwracając uwagi na mniejsze zwierzęta, jakby wciąż działało na nie uspokajające zaklęcie Jedynego.
Nam, ludziom, najtrudniej było zrobić pierwszy krok. Przez tak długi czas arka była naszym całym światem, naszym schronieniem, naszym domem. Wyjście na zewnątrz, do nieznanego świata, wymagało odwagi.
Moja żona trzymała mnie za rękę, gdy stawialiśmy pierwsze kroki na nowej ziemi. Grunt był dziwny – miękki, błotnisty, pokryty nietypowymi roślinami, które zaczęły kiełkować na żyznym mule pozostawionym przez ustępujące wody.
Powietrze pachniało inaczej niż zapamiętałem – świeżo, surowo, jakby wszystko było nowe. Żadnego dymu z ludzkich osad, żadnych zapachów gotowanych potraw, palonego drewna czy zwierzęcych odchodów. Tylko czyste, nieskalane powietrze nowego świata.
Pierwszym czynem ojca było zbudowanie ołtarza dla Jedynego. Zebrał kamienie i ułożył je jeden na drugim. Następnie wziął po jednym ze wszystkich czystych zwierząt i ptaków – tych, których mieliśmy po siedem par – i złożył je w ofierze całopalnej.
Gdy dym unosił się ku niebu, zobaczyliśmy na niebie coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem – wielki łuk kolorów, rozpięty od jednego krańca horyzontu do drugiego.
„To znak przymierza”, powiedział ojciec. „Jedyny obiecuje, że nigdy więcej nie zniszczy ziemi wodami potopu.”
Spojrzałem na moją żonę, na moich braci i ich żony, na moich rodziców. Na nasze twarze, ogorzałe i zmęczone, ale pełne nadziei. Na nową ziemię, rozciągającą się przed nami – dziewiczą, nietknięta, czekającą, aż ją zaludnimy, zaopiekujemy się nią, uczynimy naszym domem.
I zrozumiałem, że nasza prawdziwa podróż dopiero się zaczyna.
Epilog: Dziesięć lat później
Minęło dziesięć lat od dnia, gdy opuściliśmy arkę. Świat wokół nas powoli odradza się. Drzewa, które zasadziliśmy, wydają pierwsze owoce. Zwierzęta, które uratowaliśmy, rozmnożyły się i zapełniają lasy, równiny i góry.
Nasza własna rodzina także się rozrosła. Mam już pięcioro dzieci, moi bracia także doczekali się potomstwa. Ojciec, który przeżył już siedemset lat, patrzy na swoje wnuki z dumą i radością.
Zbudowaliśmy domy, uprawiamy pola, hodujemy zwierzęta. Ojciec założył winnicę – pierwszy winograd w nowym świecie. Życie toczy się dalej, jak przed potopem, choć w mniejszej skali.
Czasem, gdy patrzę na zachód słońca, myślę o tych wszystkich, którzy zginęli. O miastach pochłoniętych przez wodę, o ludziach, których krzyki słyszeliśmy w pierwszych dniach potopu. Czy zasłużyli na taki los? Czy świat był rzeczywiście tak zepsuty, że nie można go było ocalić?
Ojciec twierdzi, że tak. Że zło, które ogarnęło ludzkość, było tak wszechobecne, tak zakorzeniine, że jedynym rozwiązaniem był nowy początek. Ale dodaje też, że Jedyny obiecał, iż nigdy więcej nie zniszczy całej ludzkości, bez względu na to, jak nisko upadnie.
Tęcza, która pojawia się po każdym deszczu, przypomina nam o tym przymierzu. O obietnicy nowego początku. O szansie, którą dostaliśmy.
Czasem wspinamy się na szczyt Ararat, gdzie wciąż spoczywa arka. Z roku na rok coraz bardziej niszczeje, drewno butwieje, konstrukcja się rozpada. Niedługo zostanie z niej tylko wspomnienie.
A jednak jej dziedzictwo żyje – w nas, w naszych dzieciach, w każdym stworzeniu, które ocaliła. W nowym świecie, który powoli budujemy.
Tam, na szczycie góry, zawsze odczuwam mieszane uczucia. Wdzięczność za ocalenie. Smutek za tymi, którzy zginęli. Nadzieję na przyszłość. I przede wszystkim – zobowiązanie, by nowy świat był lepszy od starego. By nasza druga szansa nie została zmarnowana.
Ja, Sem, syn Noego, jeden z ośmiorga ocalałych z Wielkiego Potopu, składam to świadectwo dla przyszłych pokoleń. Niech nigdy nie zapomną potęgi i miłosierdzia Jedynego. Niech zawsze pamiętają o wodach, które zmyły stary świat. I niech zawsze szanują przymierze, symbolizowane przez tęczę na niebie.
To wszystko zapisałem na tych tabliczkach, by prawda przetrwała, gdy mnie już nie będzie.
Sem, syn Noego, opiekun arki, świadek potopu i nowego początku.