Obserwacje króla Saula podczas triumfu młodego Dawida
Dzień pojedynku
To miał być dzień jak każdy inny z tych czterdziestu, które spędziliśmy w dolinie Ela. Dzień pełen wstydu, upokorzenia i bezsilności. Dzień, w którym znów usłyszymy szyderczy głos filistyńskiego olbrzyma, urągającego nie tylko mnie czy mojej armii, ale samemu Bogu Izraela.
Jestem Saul, syn Kisza, wybrany i namaszczony przez proroka Samuela na pierwszego króla Izraela. Niegdyś pokorny młodzieniec, który nie czuł się godny władzy, dziś monarcha, którego sen odbiera lęk.
Tego poranka obudziłem się z bólem głowy, który nie opuszcza mnie od tygodni. Dziwne głosy szepczą mi do ucha, gdy tylko zapadnie zmrok. Mój umysł zasnuwa mgła, a serce ściska niepokój. Czy tak wygląda los króla?
Abner, mój wierny dowódca, czekał już na mnie przed namiotem z raportami. Od początku kampanii przeciw Filistynom słyszę te same słowa: „Panie, nasze oddziały są gotowe, ale oczekują na twoją decyzję.” Jaką decyzję? By rzucić setki młodych mężczyzn przeciwko nieprzyjacielowi na niekorzystnej pozycji? By patrzeć, jak giną, próbując pokonać nieugiętą falangę filistyńską, osłanianą przez ich jedynego wojownika, który sam zdaje się być wart tyle, co połowa mojej armii?
Wyszedłem przed namiot i spojrzałem w dół, na dolinę. Poranna mgła unosiła się nad ziemią, nadając miejscu niemal senny charakter. Gdyby nie świadomość, że za kilka godzin znów staniemy twarzą w twarz z hańbą, mógłbym uznać ten widok za piękny.
— Królu — usłyszałem za plecami głos jednego z moich dowódców — przyprowadziliśmy chłopca, który twierdzi, że może pokonać Goliata.
Obróciłem się, słysząc te niedorzeczne słowa. Przede mną stał młody pasterz, którego widziałem już w obozie — Dawid, syn Jessego z Betlejem. Jego bracia służą w moim wojsku, a on przybył kilka dni temu z zapasami od ojca.
— Niech nikt się nie zniechęca z jego powodu — powiedział chłopak, patrząc mi prosto w oczy, jakby wcale nie rozmawiał z królem. — Twój sługa pójdzie i będzie walczył z tym Filistynem.
Musiałem powstrzymać śmiech. Ten młodzieniec, ledwie wyrośnięty z dzieciństwa, chciał stawić czoła wojennej maszynie, która przez czterdzieści dni siała postrach w sercach moich najlepszych wojowników?
— Nie możesz iść walczyć z tym Filistynem — odpowiedziałem, starając się brzmieć łagodnie, by nie urazić jego dumy. — Jesteś jeszcze młodzieńcem, a on jest wojownikiem od swej młodości.
Chłopak się nie zraził. Zamiast tego zaczął opowiadać o tym, jak pasąc owce swojego ojca, walczył z lwami i niedźwiedziami, wyrywając z ich paszczy jagnięta. Słuchałem go z niedowierzaniem. Czy to możliwe? Czy ten niepozorny młodzieniec naprawdę miał odwagę i siłę, by stawić czoła dzikim zwierzętom?
A potem padły słowa, które sprawiły, że zamarłem:
— Pan, który wyrwał mnie z łapy lwa i niedźwiedzia, wybawi mnie również z ręki tego Filistyna.
Coś w jego głosie, w spokojnej pewności, z jaką to powiedział, sprawiło, że przez moment zobaczyłem… siebie. Siebie sprzed lat, gdy namaścił mnie Samuel. Gdy Duch Pański zstąpił na mnie, dając mi siłę i odwagę, których nigdy wcześniej nie znałem.
Ale to niemożliwe. Ten chłopak zginie. A ja będę miał jego krew na rękach.
I wtedy, jakby czytając w moich myślach, Dawid spojrzał na mnie wzrokiem pełnym takiej wiary, takiej niezachwianej pewności, że poczułem, jak coś we mnie pęka. Jakby jakaś zapora, za którą przez lata gromadziły się wątpliwości, strach i gorycz, nagle ustąpiła.
— Idź — usłyszałem swój głos, jakby należał do kogoś innego. — I niech Pan będzie z tobą.
Rozkazałem przynieść moją zbroję. Jeśli ten chłopak ma stanąć przed Goliatem, niech przynajmniej będzie chroniony. Ale gdy moi słudzy zaczęli zakładać na niego pancerz i hełm, Dawid pokręcił głową.
— Nie mogę w tym chodzić, bo nie przywykłem — powiedział, zdejmując wszystko. Zamiast tego wziął swoją laskę pasterską, procę i pięć gładkich kamieni z pobliskiego strumienia.
Obserwowałem go, gdy schodził w dół zbocza, w kierunku doliny. Wyglądał tak krucho, tak bezbronnie. A jednak szedł pewnym krokiem, jak ktoś, kto doskonale wie, dokąd zmierza i po co.
Stanąłem na krawędzi wzgórza, otoczony moimi dowódcami i wojownikami. Wszystkie oczy skierowane były na dół, na nieduży punkt, którym stał się Dawid, idący w kierunku środka doliny. Z przeciwległego wzgórza schodził już Goliat, poprzedzany przez swojego giermka niosącego tarczę.
Gdy zobaczył Dawida, Filistyn zatrzymał się i ryknął śmiechem.
— Czy jestem psem, że przychodzisz do mnie z kijem? — jego głos odbił się echem od zboczy doliny. — Podejdź no, a oddam twoje ciało ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom!
Nawet z tej odległości widziałem, jak Dawid się nie cofnął. Zamiast tego zrobił kilka kroków do przodu i zawołał głośno, tak, by wszyscy słyszeli:
— Ty idziesz na mnie z mieczem, włócznią i oszczepem, a ja idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, któremu urągałeś. Dziś Pan wyda cię w moje ręce, pokonam cię i odetnę ci głowę. I oddam dzisiaj trupy wojsk filistyńskich ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom. I dowie się cała ziemia, że Bóg jest w Izraelu!
Jego głos brzmiał pewnie, bez cienia strachu. A ja poczułem ukłucie… czegoś. Zazdrości? Niepokoju? A może wstydu, że nie potrafiłem znaleźć w sobie takiej wiary, takiej pewności?
Goliat ruszył w kierunku Dawida, ciężkim krokiem, z uniesionym mieczem. Dawid również ruszył, ale szybciej, biegiem. Widziałem, jak sięga do torby, wyjmuje kamień i umieszcza go w procy.
A potem wszystko potoczyło się tak szybko.
Świst procy. Kamień lecący przez powietrze. Uderzenie — tak głuche, że wydawało się niemożliwe, by mogło cokolwiek zdziałać. A potem… cisza. Goliat zachwiał się i runął na ziemię jak ścięty dąb.
Przez chwilę nikt się nie poruszył. Ani oddech nie zmącił ciszy. A potem zobaczyłem, jak Dawid podbiega do leżącego olbrzyma, wyciąga jego własny miecz z pochwy i jednym zdecydowanym ruchem odcina mu głowę.
Eksplozja ryków radości z naszej strony. Okrzyki przerażenia i rozpaczy z obozu filistyńskiego. Nasza armia ruszyła w dół zbocza, jak potężna fala, by ścigać uciekającego wroga.
A ja stałem nieruchomo, wpatrując się w postać młodego pasterza, który właśnie zmienił bieg historii. Który uczynił w jednej chwili więcej, niż ja dokonałem przez wszystkie lata mojego panowania.
I poczułem, jak ziarno czegoś ciemnego kiełkuje w moim sercu.
Triumfalny powrót
Droga powrotna do Jerozolimy przypominała marsz zwycięstwa, jakiego Izrael nie widział od czasów Jozuego. Wojska szły w zwartych szeregach, niosąc łupy zdobyte na pokonanych Filistynach, śpiewając pieśni chwały dla Boga Izraela.
A ja jechałem na czele, jak przystało na króla. Obok mnie, na honorowym miejscu, jechał Dawid. Mój syn, Jonatan, nie odstępował go ani na krok, jakby znalazł w nim bratnią duszę. Widziałem, jak rozmawiają, śmieją się, jakby znali się od lat.
Gdy tylko wieść o naszym nadchodzącym powrocie dotarła do miast Izraela, ludzie wychodzili nam na spotkanie. Mężczyźni, kobiety, starcy, dzieci — wszyscy chcieli zobaczyć zwycięską armię i chłopca, który pokonał Goliata.
I wtedy to usłyszałem po raz pierwszy. Kobiety wyszły z bębenkami, tamburynami i cymbałami, tańcząc i śpiewając:
Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy!
Te słowa uderzyły mnie niczym policzek. Jak to? Ja, pomazaniec Boży, król Izraela, zostałem zepchnięty na drugie miejsce? Przypisano mi tysiące, a temu chłopcu, który ledwie wkroczył w świat wojenny, dziesiątki tysięcy?
Spojrzałem na Dawida. Jego twarz była zarumieniona, widać było, że czuje się niezręcznie z powodu całej tej uwagi. Ale ludzie go kochali. Wyciągali do niego ręce, matki podnosiły dzieci, by mogły go zobaczyć, młode dziewczęta rzucały kwiaty na jego drogę.
A mnie? Mnie szanowano, jak przystało na króla. Kłaniano się, oddawano cześć. Ale nie było w ich oczach tego błysku, tej miłości, którą darzyły Dawida.
Tamtej nocy, w moim namiocie, długo nie mogłem zasnąć. Głosy, które dręczyły mnie od jakiegoś czasu, stały się głośniejsze, bardziej natarczywe.
„Dali Dawidowi dziesiątki tysięcy, a tobie tylko tysiące. Jeszcze tylko królestwa mu brakuje!”
Przewracałem się z boku na bok, próbując uciszyć te myśli. To tylko pieśń, powtarzałem sobie. Głupia pieśń wymyślona przez kobiety, które nie znają się na wojnie ani na władzy.
Ale czy na pewno? Czy ten chłopak, ze swoją niewzruszoną wiarą, odwagą i charyzmą, nie stanowi zagrożenia dla mojego tronu? Czy Samuel, który mnie porzucił, nie szuka już mojego następcy?
Nad ranem, gdy w końcu zapadłem w niespokojny sen, miałem wizję — Dawid stojący na wzgórzu, z koroną na głowie, a u jego stóp moje własne ciało, pozbawione życia i godności.
Obudziłem się zlany potem, z krzykiem na ustach.
Harfa i włócznia
Dni mijały, a mój niepokój rósł. Dawid pozostał na dworze jako jeden z moich wojowników, awansując szybko w szeregach armii. Jonatan, mój syn, związał się z nim przyjaźnią tak silną, że wydawała się niemal nienaturalna. Widywałem ich razem — rozmawiali, trenowali, polowali. Mój syn oddał mu nawet swój płaszcz, zbroję i broń — gest symboliczny, którego znaczenia nie mogłem zignorować.
Czy własny syn spiskowałby przeciwko mnie? Czy oddałby tron komuś obcemu, z rodu Jessego, a nie z krwi królewskiej?
Zły duch, który mnie nawiedzał, stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Były dni, gdy ledwie panowałem nad sobą, gdy najdrobniejsza rzecz wprawiała mnie w szał. Moi słudzy chodzili wokół mnie na palcach, bojąc się wywołać mój gniew.
Któregoś dnia, gdy siedziałem w swoim namiocie, rozdarty wewnętrznym cierpieniem, wszedł do mnie Abner.
— Panie — powiedział — jest sposób, by złagodzić twój ból. Dawid, chłopak, który pokonał Goliata, znakomicie gra na harfie. Mówią, że jego muzyka potrafi odpędzać złe duchy. Może gdyby grał dla ciebie…?
Chciałem odmówić. Sama myśl o tym, by ten chłopak, którego widok wywoływał we mnie takie uczucia, miał być blisko mnie, wydawała się nie do zniesienia. Ale ból był silniejszy.
— Niech przyjdzie — zgodziłem się w końcu.
I tak Dawid zaczął przychodzić do mojego namiotu, by grać na harfie. A jego muzyka była… kojąca. Nie mogłem temu zaprzeczyć. Gdy jego palce przebiegały po strunach, a głos unosił się w powietrzu, śpiewając psalmy o Bożej łasce i miłosierdziu, czułem, jak ciemność odstępuje. Jak złe duchy, które mnie dręczyły, cofają się przed tą prostą, czystą melodią.
W takich chwilach patrzyłem na niego i widziałem nie rywala, nie zagrożenie, ale… syna. Syna, którego mógłbym kochać tak, jak kocham Jonatana. Chłopca błogosławionego przez Boga, którego talent i odwaga mogłyby służyć Izraelowi, służyć mnie.
Ale potem piosenka się kończyła. Dawid opuszczał mój namiot, a głosy wracały, silniejsze niż wcześniej. Szeptały o zdradzie, o utracie korony, o hańbie.
I pewnego dnia, gdy melodia nie wystarczyła, by uciszyć te głosy, chwyciłem włócznię stojącą obok mojego tronu. Dawid grał, nie patrząc na mnie, zatopiony w muzyce. Był tak bezbronny, tak ufny.
„Zrób to!” — nalegał głos w mojej głowie. „Jedno pchnięcie i zagrożenie zniknie!”
Uniosłem włócznię i cisnąłem nią w Dawida.
Ale chłopak, jakby ostrzeżony przez jakiś szósty zmysł, odskoczył w ostatniej chwili. Włócznia wbiła się w ścianę namiotu, dokładnie w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa.
Nastała cisza. Dawid patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, w których nie było strachu, tylko głęboki smutek i niezrozumienie. Bez słowa opuścił namiot, zostawiając harfę.
A ja pozostałem sam, przerażony tym, co zrobiłem. Co się ze mną działo? Czy naprawdę próbowałem zabić niewinnego chłopca, który służył mi wiernie?
Resztę dnia spędziłem zamknięty w swoim namiocie, nie dopuszczając nikogo. A wieczorem wezwałem Jonatana.
— Twój przyjaciel próbował mnie zabić — skłamałem, nie patrząc synowi w oczy. — Dlatego rzuciłem w niego włócznią.
Jonatan spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Ojcze, to niemożliwe. Dawid jest ci wierny. Służy ci całym sercem.
— Skąd wiesz? — warknąłem. — Czy potrafisz zajrzeć w jego serce? Czy znasz jego myśli?
Jonatan milczał przez chwilę, a potem powiedział cicho:
— Nie, ojcze. Ale znam jego czyny. I one mówią więcej niż słowa.
Odszedł, zostawiając mnie z moimi demonami.
Córka jako pułapka
Kilka dni po incydencie z włócznią zobaczyłem Dawida rozmawiającego z moją córką, Mikal. Śmiała się z czegoś, co powiedział, a jej oczy błyszczały w sposób, jakiego nie widziałem wcześniej.
I wtedy przyszedł mi do głowy plan. Jeśli nie mogłem pozbyć się Dawida bezpośrednio, może mogłem użyć Filistynów? Może mogłem wysłać go na misję, z której nie miałby szans wrócić?
Wezwałem go do siebie następnego dnia.
— Dawidzie — powiedziałem, starając się brzmieć łagodnie i ojcowsko — widzę, że moja córka, Mikal, wpadła ci w oko.
Chłopak zarumienił się i spuścił wzrok.
— Panie, to córka króla. Ja jestem tylko…
— Wojownikiem, który pokonał Goliata — dokończyłem za niego. — Bohaterem Izraela. Czyż nie jest to godny kandydat na zięcia królewskiego?
Dawid podniósł głowę, a w jego oczach zobaczyłem błysk nadziei.
— Czy to możliwe, panie?
Uśmiechnąłem się, choć czułem, jak moje serce ściska zimna dłoń.
— Oczywiście. Ale musi być godne wiano dla córki króla. Nie złoto czy srebro, ale… sto napletków filistyńskich.
Widziałem, jak twarz Dawida blednie. Sto napletków oznaczało zabicie stu Filistynów. A to oznaczało samobójczą misję w samo serce terytorium wroga.
— Sądzisz, że to zbyt wiele? — zapytałem z udawaną troską.
— Nie, panie — odpowiedział bez wahania. — Pójdę i zdobędę wiano dla córki króla.
I poszedł. A ja czekałem, przekonany, że więcej go nie zobaczę. Że Filistyni zabiją go, zanim zdąży zabić choćby dziesięciu z nich. I mój problem będzie rozwiązany.
Ale minął tydzień, a potem drugi. I gdy już zacząłem wierzyć, że mój plan się powiódł, Dawid wrócił. Nie tylko żywy, ale i zwycięski. Przyniósł nie sto, ale dwieście napletków filistyńskich, kładąc je przede mną jak trofeum.
— Wiano dla córki króla — powiedział, kłaniając się.
Musiałem dotrzymać słowa. Mikal została jego żoną. A ja zrozumiałem wtedy, z przerażającą jasnością, że cokolwiek zrobię, by pozbyć się Dawida, on wyjdzie z tego zwycięsko. Bo Bóg był z nim. Tak, jak kiedyś był ze mną.
Tej nocy, leżąc w łożu obok mojej żony, Achinoam, szeptałem w ciemność:
— Dlaczego, Panie? Dlaczego go wybrałeś? Dlaczego mnie odrzuciłeś?
Ale odpowiedziała mi tylko cisza.
Zdrajcy pośród nas
Z każdym dniem mój lęk i obsesja na punkcie Dawida rosły. Zacząłem widzieć spiski i zdradę wszędzie wokół. Moi dowódcy, kapłani, nawet moja własna rodzina — wszyscy wydawali się faworyzować syna Jessego kosztem swojego króla.
Któregoś poranka, gdy zasiadłem do posiłku w otoczeniu swoich doradców i synów, moje podejrzenia osiągnęły punkt kulminacyjny.
— Dlaczego nikt z was nie powiedział mi prawdy? — zapytałem, przerywając ciszę. — Dlaczego nikt nie ostrzegł mnie, że mój własny syn spiskuje z synem Jessego przeciwko mnie?
Wszystkie oczy zwróciły się ku mnie w zdumieniu. Jonatan, siedzący po mojej prawicy, zbladł.
— Ojcze, o czym ty mówisz?
Uderzyłem pięścią w stół, rozlewając wino.
— Nie udawaj! Widziałem, jak oddajesz mu swój płaszcz, swoją broń. To gest symboliczny, gest przekazania władzy! Chcesz, by to on został królem zamiast ciebie!
W namiocie zapadła grobowa cisza. Jonatan patrzył na mnie z bólem w oczach.
— Ojcze, to mój przyjaciel. Bratnią duszę znalazłem w nim, nie rywala. Nie spiskujemy przeciwko tobie.
Zaśmiałem się gorzko.
— A jednak każdy z was mówi o nim jak o przyszłym władcy! Kobiety śpiewają, że zabił dziesiątki tysięcy, gdy ja zabiłem tylko tysiące. Samuel namaścił go, wiem to! Namaścił go, tak jak kiedyś mnie!
— Saulu — odezwał się Abner, mój wójt wojska, głosem pełnym troski — to tylko pieśń. Dawid jest ci wierny. Walczy dla ciebie, ryzykuje życie w twoim imieniu.
Ale ja już nie słuchałem. W mojej głowie szalała burza podejrzeń i lęku. Wstałem gwałtownie od stołu.
— Wszyscy jesteście ślepi albo jesteście częścią spisku! Ale ja widzę prawdę. I nie oddam mu mojego tronu bez walki!
Wyszedłem z namiotu, zostawiając za sobą oszołomionych doradców i zranionego syna. Na zewnątrz otoczyła mnie gwardia, zawsze gotowa chronić swojego króla. Ale przed kim mieli mnie chronić? Przed wrogiem zewnętrznym czy przed zdrajcami we własnych szeregach?
Tamtego wieczoru wezwałem kapłana Achimeleka. Był to stary człowiek, wierny Panu i — jak mi się wydawało — wierny również mnie.
— Gdzie jest Dawid? — zapytałem go bez wstępu. — Nie widziałem go od rana.
Achimelek zawahał się, a to wahanie powiedziało mi wszystko, co chciałem wiedzieć.
— Nie wiem, panie — odpowiedział w końcu. — Może na patrolu?
Podszedłem do niego powoli, mierząc go wzrokiem.
— Kłamiesz. Pomogłeś mu. Ty też jesteś częścią spisku.
Starzec cofnął się, przerażony intensywnością mojego spojrzenia.
— Panie, nie wiem, o czym mówisz! Jestem ci wierny, jak byłem wierny twojemu poprzednikowi i będę wierny temu, kto przyjdzie po tobie.
Te słowa rozdrażniły mnie jeszcze bardziej.
— „Temu, kto przyjdzie po mnie”? Więc przyznajesz, że wiesz o następcy! Że Samuel wybrał już kogoś, kto ma mnie zastąpić!
— Nie, panie, ja tylko…
Ale ja już nie słuchałem. Wezwałem straże i rozkazałem aresztować kapłana. A potem, w przypływie szału, wydałem rozkaz, którego miałem żałować do końca życia — rozkaz zabicia wszystkich kapłanów z Nob, którzy mogli być zamieszani w spisek.
Gdy emocje opadły, a ja zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem, było już za późno. Krew niewinnych przelano, a ja… ja stałem się potworem, którego sam bym się bał.
Ucieczka i pościg
Dawid uciekł. Moja córka, własna krew, pomogła mu w tym, spuszczając go przez okno i kładąc posąg w jego łóżku, by zyskać czas. Własna córka zdradziła mnie dla obcego!
Teraz był gdzieś tam, ukrywał się, a ja… ja musiałem go znaleźć. Nie chodziło już tylko o zagrożenie dla mojego tronu. Czułem, że moje życie, mój rozum, moja dusza — wszystko zależało od tego, czy zdołam go pojmać.
Zgromadziłem armię i ruszyliśmy w pościg. Doniesienia o Dawidzie dochodziły z różnych miejsc — był widziany w Nob, potem w Gat, następnie w jaskiniach Adullam. Gdziekolwiek się pojawiał, ludzie go wspierali, oferowali schronienie, żywność, broń. Mój lud, moi poddani, przeciwko swojemu prawowitemu królowi!
Przez dni, tygodnie, miesiące ścigaliśmy go po wzgórzach Judei, przez pustynie, wąwozy i doliny. A on zawsze był o krok przed nami, jakby prowadzony przez niewidzialną rękę.
I może tak właśnie było. Może Bóg, który kiedyś był ze mną, teraz prowadził jego kroki, chroniąc go przed moim gniewem.
Pewnego dnia dotarliśmy do jaskiń Ein Gedi. Według naszych informatorów, Dawid mógł się tam ukrywać ze swoją bandą. Zostawiłem większość wojska u wejścia do wąwozu i z małą grupą najbardziej zaufanych ludzi ruszyłem dalej.
Jaskinie Ein Gedi były liczne i głębokie. Mogliśmy przeszukiwać je przez dni, a i tak nie mielibyśmy pewności, że sprawdziliśmy każdy zakamarek. Po kilku godzinach bezowocnych poszukiwań poczułem potrzebę oddalenia się, by… ulżyć naturze. Znalazłem ustronną jaskinię i wszedłem do niej, sądząc, że jest pusta.
Ciemność otoczyła mnie, gdy tylko oddaliłem się od wejścia. Nie wiedziałem wtedy, że w głębi jaskini, w najciemniejszym zakamarku, ukrywa się ten, którego szukałem.
Dopiero później, gdy już wróciłem do obozu, zauważyłem, że ktoś odciął skraj mojego królewskiego płaszcza. I wtedy usłyszałem głos dochodzący z krawędzi obozu, z bezpiecznej odległości:
— Ojcze mój, królu!
To był Dawid. Stał na skale, trzymając w ręku kawałek materiału.
— Zobacz, oto skraj twojego płaszcza w mojej ręce! Odciąłem skraj twojego płaszcza, ale cię nie zabiłem. Poznaj i zobacz, że nie ma we mnie złości ani niewierności. Nie zgrzeszyłem przeciwko tobie, a ty czyhasz na moje życie, aby mi je odebrać.
Jego słowa uderzyły mnie jak grom. Miał mnie na wyciągnięcie ręki. Mógł mnie zabić, a jednak tego nie zrobił. Czemu? Z szacunku dla namaszczenia Pańskiego, które nosiłem? Z miłości do Jonatana i Mikal? A może… może naprawdę nie było w nim tej złości i chęci odebrania mi tronu, które mu przypisywałem?
Poczułem, jak łzy napływają mi do oczu — pierwszy raz od wielu lat. Łzy wstydu, skruchy, a może także ulgi. Bo w tym jednym momencie wszystkie moje podejrzenia wydały się tak absurdalne, tak niesprawiedliwe.
— Czy to twój głos, synu mój, Dawidzie? — zawołałem, nie potrafiąc ukryć drżenia w głosie.
A potem zrobiłem coś, czego nie spodziewali się moi ludzie — rozpłakałem się. Płakałem jak dziecko, otwarcie, nie dbając o to, co pomyślą moi wojownicy, widząc swojego króla w takim stanie.
— Jesteś sprawiedliwszy ode mnie — wołałem przez łzy. — Ty odpłaciłeś mi dobrem, podczas gdy ja odpłacałem ci złem. Dziś pokazałeś, jak dobrze postąpiłeś wobec mnie, gdyż Pan wydał mnie w twoje ręce, a ty mnie nie zabiłeś. Gdy ktoś spotka swojego wroga, czy pozwoli mu odejść w pokoju? Niech Pan odpłaci ci dobrem za to, co dziś dla mnie uczyniłeś!
I wtedy, w chwili niezwykłej jasności umysłu, wypowiedziałem słowa, które były jednocześnie proroctwem i wyznaniem:
— Wiem dobrze, że ty będziesz królem i że w twoim ręku utrwali się królowanie nad Izraelem.
Dawid pochylił głowę, przyjmując moje słowa w milczeniu. A ja wróciłem z moimi ludźmi do pałacu, z sercem dziwnie lekkim, jakby wielki ciężar został z niego zdjęty.
Ale to uczucie nie trwało długo. Ledwie kilka dni później głosy powróciły, silniejsze niż wcześniej. Drwiły ze mnie, że dałem się nabrać na sztuczki Dawida, że uwierzyłem w jego fałszywą wspaniałomyślność.
„On tylko czeka na odpowiedni moment” — szeptały. „Udaje lojalność, a knuje za twoimi plecami.”
I znów ruszyłem w pościg, zbierając trzy tysiące wyborowych mężów z całego Izraela. Tym razem byłem zdeterminowany, by zakończyć to raz na zawsze.
Oszczędzony po raz drugi
Tropiliśmy Dawida w okolicach pustyni Zif. Według naszych informatorów ukrywał się gdzieś w górach Chakilah. To trudny teren, pełen stromych zboczy, wąwozów i jaskiń — idealny dla kogoś, kto chce uniknąć schwytania.
Rozbiliśmy obóz u podnóża wzgórza. Byłem pewien, że następnego dnia dopadniemy Dawida i jego ludzi. Ale tej nocy wydarzyło się coś, co znów wstrząsnęło moimi przekonaniami.
Zasnąłem w swojej królewskiej części obozu, otoczony przez Abnera i najbardziej zaufanych ludzi. Sen miałem ciężki, pełen mrocznych wizji i szeptów. A gdy się obudziłem, słońce już wschodziło, malując niebo na czerwono.
Wstałem, by rozpocząć przygotowania do pościgu, gdy niespodziewanie usłyszałem wołanie dochodzące z pobliskiego wzniesienia:
— Abnerze! Abnerze! Czy nie odpowiesz?
To był Dawid. Stał na szczycie wzgórza, a obok niego jeden z jego ludzi, obaj w bezpiecznej odległości od zasięgu naszych łuków.
Abner, zaskoczony, wyszedł z namiotu i spojrzał w górę.
— Kto woła do króla? — krzyknął.
— Czy nie jesteś mężem? Kto jest równy tobie w Izraelu? Dlaczego nie strzegłeś swego pana, króla? Przyszedł ktoś z ludu, aby zabić króla, twego pana. Niedobrze postąpiłeś. Na życie Pana, zasługujecie na śmierć, bo nie strzegliście swego pana, pomazańca Pańskiego. A teraz patrz, gdzie jest włócznia króla i dzban na wodę, które były przy jego głowie?
Dopiero wtedy zauważyłem, że moja włócznia i dzban, które zawsze stoją przy moim posłaniu, zniknęły. Dawid trzymał je w dłoniach, pokazując nam je z góry.
I zrozumiałem. Znów był w naszym obozie. Znów mógł mnie zabić. I znów tego nie zrobił.
Rozpoznałem głos Dawida i zawołałem do niego:
— Czy to twój głos, synu mój, Dawidzie?
— To mój głos, panie mój, królu — odpowiedział.
I zaczął mówić. O tym, dlaczego go prześladuję, jaką krzywdę mu wyrządziłem, jak zmusiłem go do ucieczki z kraju Pańskiego. Słuchałem go, czując, jak każde słowo wbija się w moje serce niczym ostrze.
A potem, jak przy Ein Gedi, poczułem nagły przypływ skruchy. Jasności umysłu, która rozświetliła ciemność mojej duszy.
— Zgrzeszyłem! — zawołałem. — Wróć, synu mój, Dawidzie, gdyż nie uczynię ci już nic złego, ponieważ dziś drogocenne było moje życie w twoich oczach. Postąpiłem głupio i bardzo zbłądziłem.
Dawid uniósł moją włócznię i odpowiedział:
— Oto włócznia króla! Niech przyjdzie jeden ze sług i ją zabierze. Pan odpłaci każdemu za jego sprawiedliwość i wierność. Pan wydał cię dzisiaj w moją rękę, ale nie chciałem podnieść ręki na pomazańca Pańskiego.
I znów rozstaliśmy się w pokoju. Ja wróciłem do Gibea, a Dawid zniknął gdzieś w górach. Mówiłem sobie, że to koniec, że więcej nie będę go ścigał. Że uznam wolę Pana i pogodzę się z tym, że tron Izraela przejdzie kiedyś w ręce syna Jessego.
Ale głosy nie milkły. A ja byłem za słaby, by im się oprzeć.
Konsultacja z umarłymi
Minęły miesiące. Dawid zniknął z granic Izraela — według naszych doniesień schronił się wśród Filistynów, w Gat, pod opieką króla Akisza. To wydawało się niemal zdradą, choć w głębi duszy wiedziałem, że to ja go do tego zmusiłem.
A tymczasem nad Izraelem zawisło nowe zagrożenie. Filistyni znów zbierali swoje siły, przygotowując się do wielkiej inwazji. Ich armia była liczniejsza i lepiej uzbrojona niż kiedykolwiek wcześniej.
Zebrałem wojska na wzgórzu Gilboa, by stawić czoła nadciągającemu wrogowi. Ale strach ściskał moje serce. Kiedyś, przed bitwami, modliłem się do Pana i otrzymywałem wskazówki — przez sny, przez proroków, przez Urim w efodzie arcykapłana. Teraz wszystkie te drogi były zamknięte. Bóg milczał, a ja stałem w ciemności.
Samuel, wielki prorok, który mnie namaścił, nie żył już od lat. Ale rozpaczliwie potrzebowałem jego rady, jego mądrości. I wtedy… wtedy zdecydowałem się na krok, który wiedziałem, że jest niegodny króla Izraela. Postanowiłem skonsultować się z wróżką, medium, które mogłoby wywołać ducha Samuela.
Choć sam wygnałem z kraju wszystkich czarowników i wróżbitów, teraz, przebrany, by nie zostać rozpoznany, udałem się do En-Dor, gdzie — jak mi doniesiono — mieszkała kobieta posiadająca takie zdolności.
Gdy stanąłem przed jej domem, zawahałem się. Czy naprawdę chciałem to zrobić? Czy byłem gotów na to ostateczne złamanie Prawa Pańskiego?
Ale strach przed nadchodzącą bitwą był silniejszy. Zapukałem.
Kobieta, która otworzyła, była stara, jej twarz znaczyły zmarszczki, a włosy były białe jak śnieg. Patrzyła na mnie podejrzliwie.
— Czego chcesz? — zapytała.
— Chcę, abyś mi wywróżyła przez ducha wieszczego i sprowadziła tego, kogo ci wskażę — odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał pewnie.
Kobieta zaśmiała się gorzko.
— Czy nie wiesz, co uczynił Saul? Jak wytępił wróżbitów i czarnoksiężników z kraju? Czemu zastawiasz sidła na moje życie, aby mnie zgubić?
Zaklnąłem się na Pana, że nie spotka jej żadna kara za to, co zrobi. Dopiero wtedy zgodziła się mi pomóc.
— Kogo mam ci wywołać? — zapytała.
— Samuela — odpowiedziałem bez wahania.
Kobieta rozpoczęła swój rytuał. Sala wypełniła się dymem kadzideł, a jej głos monotonnie intonował jakieś niezrozumiałe słowa. A potem… a potem nagle krzyknęła, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Dlaczego mnie oszukałeś? Ty jesteś Saul!
Uspokoiłem ją, powtarzając obietnicę bezpieczeństwa. Drżącym głosem opisała mi, co widzi — starca w płaszczu, wychodzącego jakby z ziemi.
To był Samuel. Poznałem go natychmiast, mimo że widziałem go tylko jako cień, zjawę.
— Dlaczego mnie niepokoisz, wywołując mnie? — zapytał głosem, który pamiętałem tak dobrze.
— Jestem w wielkim utrapieniu — odpowiedziałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Filistyni walczą przeciwko mnie, a Bóg odstąpił ode mnie i nie odpowiada mi ani przez proroków, ani przez sny. Wezwałem cię, abyś mi oznajmił, co mam czynić.
Samuel popatrzył na mnie z tym samym surowym spojrzeniem, które pamiętałem z życia.
— Dlaczego więc pytasz mnie, skoro Pan odstąpił od ciebie i stał się twoim wrogiem? Pan uczynił ci, jak zapowiedział przeze mnie. Wyrwał królestwo z twojej ręki i dał je twemu bliźniemu, Dawidowi. Ponieważ nie posłuchałeś głosu Pana i nie wykonałeś wyroku jego gniewu na Amaleku, dlatego Pan czyni ci to dzisiaj. Wyda też razem z tobą Izraela w ręce Filistynów. Jutro ty i twoi synowie będziecie razem ze mną.
Te słowa spadły na mnie jak wyrok. Poczułem, jak nogi się pode mną uginają. Upadłem na ziemię, przerażony tym, co usłyszałem.
Jutro ty i twoi synowie będziecie razem ze mną.
Samuel zniknął, a ja leżałem na ziemi, niezdolny do ruchu. Kobieta podeszła do mnie, próbując mnie podnieść, przynosząc jedzenie, które odmówiłem. W końcu jednak, pod jej namowami, wstałem i zjadłem trochę chleba, by mieć siłę wrócić do obozu.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, noc była ciemna, bez gwiazd. Jak moja przyszłość.
Ostatnia bitwa
Słońce wstało krwawo nad wzgórzami Gilboa. Wiedziałem, że to mój ostatni świt. Słowa Samuela brzmiały w mojej głowie jak dzwon pogrzebowy.
Jutro ty i twoi synowie będziecie razem ze mną.
Mimo to przygotowywałem się do bitwy. Co innego mogłem zrobić? Uciec? Poddać się? Nie. Byłem królem Izraela. I nawet jeśli miałem dziś umrzeć, zrobiłbym to z bronią w ręku, walcząc o swój lud.
Moi synowie — Jonatan, Abinadab i Malkiszua — stali obok mnie, również przygotowani do walki. Patrzyli na mnie z niepokojem. Musiałem wyglądać okropnie po bezsennej nocy, z cieniem upadłego proroctwa na twarzy.
— Ojcze — odezwał się Jonatan, kładąc mi dłoń na ramieniu. — Cokolwiek się dziś wydarzy, jesteśmy z tobą.
Spojrzałem na niego, czując, jak serce mi pęka. Mój najstarszy syn, moja duma. On nie powinien umierać dziś, na tym polu bitwy. To moja wina, moje grzechy ściągnęły ten wyrok na nas wszystkich.
— Nie zapominaj o swojej przysiędze wobec Dawida — powiedziałem cicho. — Gdyby… gdyby on przeżył, a ty nie… zaopiekuj się nim. I niech on zaopiekuje się naszą rodziną.
Jonatan patrzył na mnie z mieszaniną zdziwienia i zrozumienia. Wiedział, że coś jest nie tak, ale nie pytał. Tylko skinął głową i uścisnął moje ramię mocniej.
Gdy wojska ustawiły się w szyku bojowym, stanąłem na czele, z moimi synami u boku. Naprzeciw nas, w dolinie, czekały już zastępy filistyńskie — liczniejsze, lepiej uzbrojone, pewne zwycięstwa.
I wtedy, tuż przed rozpoczęciem bitwy, zauważyłem coś dziwnego w szeregach wroga. Grupę wojowników, którzy nie przypominali Filistynów. To byli… Izraelici? Tak, to musiała być grupa Dawida, który — jak wiedziałem — od miesięcy mieszkał wśród Filistynów. Czy naprawdę zamierzał walczyć przeciwko własnemu ludowi? Przeciwko mnie?
Ale zanim zdążyłem się nad tym dłużej zastanowić, rozległ się dźwięk rogów. Bitwa się rozpoczęła.
Pierwsze szeregi wojsk zderzyły się ze sobą jak dwie fale. Powietrze wypełnił szczęk broni, krzyki walczących i jęki rannych. Ja i moi synowie walczyliśmy ramię w ramię, próbując utrzymać naszą pozycję.
Ale Filistyni napierali nieubłaganie. Ich łucznicy zasypywali nas strzałami, dziesiątkując nasze szeregi. Jeden po drugim, nasi wojownicy padali wokół nas.
A potem zobaczyłem, jak Jonatan upada, trafiony strzałą w pierś. Krzyknąłem, próbując do niego dotrzeć, ale fala walki odepchnęła mnie w inną stronę. Gdy znów go zobaczyłem, leżał nieruchomo w kałuży własnej krwi, a jego oczy wpatrywały się niewidzącym wzrokiem w niebo.
Niedługo potem padli też Abinadab i Malkiszua. Moi synowie, moja duma, moja nadzieja. Wszyscy martwi.
Słowa Samuela wypełniały się z przerażającą dokładnością.
A potem poczułem ostry ból — strzała trafiła mnie w ramię, potem druga w bok. Upadłem na kolana, czując, jak siły mnie opuszczają. Wokół mnie bitwa trwała, ale dla mnie się już kończyła.
Wezwałem mojego giermka.
— Wyciągnij miecz i przebij mnie nim, aby nie przyszli ci nieobrzezańcy i nie przebili mnie, i nie naigrawali się ze mnie.
Ale giermek, przerażony, nie chciał tego zrobić. Drżał ze strachu, nie śmiąc podnieść ręki na pomazańca Pańskiego.
Podjąłem więc ostatnią decyzję w moim życiu. Chwyciłem własny miecz, oparłem jego rękojeść o ziemię, a czubek skierowałem w swoją pierś. I rzuciłem się na niego.
Ból był przeszywający, ale krótki. Czułem, jak życie wycieka ze mnie wraz z krwią. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłem, było niebo nad Gilboa — błękitne, spokojne, obojętne na ludzkie tragedie rozgrywające się pod nim.
A potem przyszła ciemność.
Epilog — Z mroku
Jestem Saul, syn Kisza, pierwszy król Izraela. I to jest moje świadectwo, spisane z krainy cieni, z miejsca, gdzie przebywam teraz, czekając na sąd.
Wiem, że ci, którzy przyjdą po mnie, będą mnie oceniać. Będą mówić o moich grzechach, o moich błędach, o zazdrości, która mnie pożarła. I będą mieć rację. Bowiem co może powiedzieć człowiek, który ścigał i próbował zabić tego, kogo Bóg wybrał na swoje narzędzie? Który własną ręką odebrał sobie życie, zamiast zaufać do końca Panu?
Nie jestem bez winy. Ale czy ktokolwiek z nas jest? Nawet Dawid, ten, który zajmie moje miejsce na tronie Izraela, nie jest bez skazy. Bo taka jest natura ludzka — upadła, grzeszna, skłonna do błądzenia.
Ale jest też prawda, którą poznałem zbyt późno. Prawda o miłosierdziu Bożym, które jest większe niż nasze grzechy. O łasce, która może odnowić nawet najbardziej złamane serce.
Gdybym tylko wcześniej zrozumiał, że moje królestwo nie było tak naprawdę moje. Że było mi dane jako zaufanie od Pana, a nie jako prawo. Że prawdziwa wielkość króla nie leży w jego potędze, ale w jego służbie.
Dawid zrozumiał to wcześniej ode mnie. Dlatego, mimo wszystkich prób, które go czekają — a wiem, że będzie ich wiele — ostatecznie to on będzie tym, który zbuduje fundament pod wielkość Izraela. Bo jego serce, mimo wszystkich słabości, szuka Pana.
A ja? Ja będę przestrogą dla przyszłych pokoleń. Przykładem tego, jak zazdrość i strach mogą zniszczyć nawet człowieka namaszczonego przez Boga. Jak ciemność może ogarnąć duszę, która odwraca się od światła.
Ale może też, w jakiś sposób, moja historia będzie mówiła o czymś więcej. O człowieku, który popełnił straszliwe błędy, ale który w ostatnich momentach swojego życia znalazł odwagę, by stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami swoich czynów. Który, choć upadł, nie przestał być królem.
Bo ostatecznie wszyscy jesteśmy takimi Saulami — upadającymi, powstającymi, walczącymi z ciemnością wewnątrz i na zewnątrz. I wszyscy potrzebujemy tego samego — miłosierdzia, które jest większe niż nasza wina.
To jest moje świadectwo. Moja spowiedź. Moja nadzieja.
Tutaj kończy się relacja Saula, pierwszego króla Izraela, spisana przez skrybę Królewskiego Domu Dawida na podstawie przekazów naocznych świadków, listów i dokumentów z czasów panowania Saula. Niech posłuży jako lekcja i przestroga dla wszystkich, którzy będą sprawować władzę w Izraelu, i niech przypomina, że nawet najzacieklejszy wróg może być człowiekiem o złamanym sercu, szukającym — jak my wszyscy — drogi w ciemności.